Nowa wersja „Uwięzionego w Serze”

jest dostępna tu.

Nowy „odcinek” zaczyna się od strony 133, od tytułu „O co chodzi”.

Informuję również, że od jakiegoś czasu publikuję „Uwięzionego” w mniejszych fragmentach na Portalu Pisarskim. Zapraszam do lektury w ten sposób zwłaszcza tych, których być może nuży czytanie wszystkiego naraz i woleliby czytać „Uwięzionego” właśnie w mniejszych, publikowanych co jakichś czas częściach. Zapraszam również do lektury zamieszczanych tam innych moich tekstów oraz komentarzy do nich.

Dwa rodzaje postu a abstynencja sierpniowa.

W katolicyzmie wyróżnić możemy dwa rodzaje postu:

  1. Post „okolicznościowy”.
  2. Post „indywidualny”.

Postem „okolicznościowym” nazywam taki post, który jest nakazany przez Kościół, a więc, w Kościele w Polsce: wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątki, post ścisły w Środę Popielcową i Wielki Piątek oraz powstrzymywanie się od „udziału w zabawach” w Wielkim Poście. Nazywam go „okolicznościowym”, ponieważ, jak łatwo zauważyć, jest on związany z wydarzeniami Roku Liturgicznego, czy też, nazwijmy to „tygodnia liturgicznego” (w przypadku wstrzemięźliwości piątkowej). Jego zadaniem jest zatem przede wszystkim pomoc w odpowiednim przeżyciu określonych wydarzeń, okazanie na zewnątrz ich przeżywania, jak również zjednoczenie Wspólnoty Kościoła w ich przeżywaniu. Dlatego też rodzaj postu jest z góry ustalony, ujednolicony – zakaz spożywania pokarmów mięsnych, 3 posiłki, w tym jeden do syta itp. To ujednolicenie z konieczności bazować musi oczywiście na pewnych generalnych przekonaniach, stereotypach, musi uogólniać – na przykład w tym, że akurat pokarmy mięsne traktuje jako szczególnie „luksusowe” czy smaczne – takie, których po prostu w pewnym sensie „nie wypada” spożywać w dniu śmierci Chrystusa czy w dniu pokuty, jest to zwyczajnie niekompatybilne ze smutkiem, zadumą, żalem za grzechy etc. W moim przekonaniu tak samo, a nawet bardziej jeszcze niekompatybilne z tymi przeżyciami jest np. jedzenie słodyczy czy picie alkoholu – dlatego rozszerzyłbym wstrzemięźliwość piątkową również na te produkty, nakazałbym również powstrzymywanie się do ich spożywania w okresie Wielkiego Postu. Trzeba tutaj zauważyć, że w związku z tym, co zostało wyżej napisane, post okolicznościowy nie dla każdego związany jest z jakimś realnym poważnym wyrzeczeniem, „cierpieniem” czy tzw. ćwiczeniem woli. Choćby na przykład piątkowa wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych dla wielu, o ile nie dla większości z nas  – o ile nie jesteśmy jakimiś wielkimi „mięsożercami” czy smakoszami mięsa – nie jest związana z jakimś wielkim wysiłkiem woli czy hamowaniem siłą swoich „żądz”. Co więcej, myślę, że nie tylko mnie zdarza się nie jeść mięsa nie tylko w piątki, ale również w inne dni – bo tak po prostu czasem wyjdzie. Wstrzemięźliwość piątkowa, czy ogólnie – post „okolicznościowy” – nie jest więc najczęściej kwestią wyrzeczenia, lecz kwestią pewnej dyscypliny, czy raczej pewnego porządku, pamięci o tym, że jest piątek i w związku z tym dzisiaj po prostu nie jem mięsa. Podobnie jest na przykład z odpoczynkiem niedzielnym – większość z nas (z wyjątkiem może znerwicowanych pracoholików itp.) – lubi odpoczywać i odpoczynku po prostu potrzebuje. Nakaz odpoczynku niedzielnego oznacza zatem nakaz organizacji życia, podzielenia pracy i odpoczynku tak, aby na niedzielę nie zostało nic oprócz „prac koniecznych”. Podobnie tutaj – rzadko wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych wygląda tak, że ktoś będzie wił się w męczarniach z powodu niemożności zjedzenia schabowego, bo już nie może wytrzymać do jutra. Jest to raczej kwestia pamiętania o tym, że jest piątek – czemu zresztą post okolicznościowy właśnie ma służyć. W związku z tym wszystkim należy w uzupełnieniu zauważyć, że tak rozumiany post „okolicznościowy” nie może być oczywiście postem w jakiejś intencji – bo po pierwsze jest nakazany, a po drugie, jak było wyżej powiedziane, najczęściej nie jest związany z żadnym szczególnym cierpieniem – więc nie ma czego „ofiarować” w jakiejś intencji.

Zupełnie innym rodzajem postu jest post „indywidualny”. Po pierwsze, w przeciwieństwie do „okolicznościowego” – nie jest on nakazany, lecz dobrowolny. Po drugie, nie jest związany z okolicznościami, z wydarzeniami Kalendarza Liturgicznego. Nawet więc jeżeli ktoś dobrowolnie „rozszerzy” post w związku z wydarzeniami liturgicznymi, będzie to raczej post „okolicznościowy” niż „indywidualny”. Po trzecie zaś i przede wszystkim – post „indywidualny” ma zupełnie inny cel niż „okolicznościowy”. Post „indywidualny” polega na tym, że człowiek odmawia sobie czegoś, czego rzeczywiście szczególnie „pożąda”, czegoś, co bardzo lubi – oczywiście nie tylko jeść. Powstrzymywanie się od tego wiąże się zatem dla niego z realnym wysiłkiem, „cierpieniem”, jest realnym wyrzeczeniem. Post taki ma za zadanie przede wszystkim ćwiczenie woli, a ponieważ towarzyszy mu realny trud i cierpienie – może być ofiarowany (jak każde cierpienie) w konkretnej intencji. Właściwie nie ma przeszkód, żeby dla niektórych – na przykład wspomnianych „mięsożerców” – sam post „okolicznościowy” był w pewnym sensie równocześnie postem „indywidualnym” – skoro wiąże się dla nich z wysiłkiem, jest z pewnością ćwiczeniem woli i może być ofiarowany w konkretnej intencji. Podkreślić trzeba również, że taki „post indywidualny” jest tak bardzo „indywidualny”, że w przypadku niektórych osób może zwyczajnie być niemożliwy czy nie mieć sensu. Post „indywidualny” zalecić należy przede wszystkim temperamentom czy też osobowościom emocjonalnym, gwałtownym, takim, które faktycznie bardzo mocno są z czymś emocjonalnie związane, mocno czegoś pożądają, a jednocześnie często mają problemy z panowaniem nad tymi „żądzami”. Natomiast może on być w ogóle bezsensowny w przypadku temperamentów o wyciszonej emocjonalności, spokojnych, flegmatycznych, które mało czego pożądają naprawdę mocno, nie pasjonują się szczególnie niczym, nie przywiązują się emocjonalnie do większości czynności czy rzeczy, a nawet zgoła do niczego i w związku z tym są raczej opanowane czy czasem wręcz „zimne” i „bezduszne”. Post indywidualny w ich przypadku jest właściwie niemożliwy.

Na tle powyższych rozważań bezsensowną, a w każdym razie co najmniej nieprzemyślaną wydaje się na przykład coroczna propozycja tudzież „zachęta” Episkopatu Polski do sierpniowej abstynencji, w tym roku przedłużonej do „100 dni dla stulecia niepodległości Polski”. Nie jest to bowiem na pewno żaden post „okolicznościowy”, ponieważ sierpień nie jest miesiącem Kalendarza Liturgicznego szczególnie skłaniającym do postu. Argumentacja w rodzaju „jest to miesiąc obfitujący w święta maryjne” jest zupełnym nieporozumieniem, gdyż po pierwsze są to uroczystości radosne, które raczej skłaniają do radości i uczczenia ich „kieliszkiem czegoś mocniejszego” niż do abstynencji. Nie wspominając już o tym, że gdy przyjrzeć się pilnie i dokładnie kalendarzowi, to każdy właściwie miesiąc obfituje w ważniejsze lub mniej ważne bardziej lub mniej znane wspomnienia i święta maryjne i nie tylko, dlaczego zatem wybrano sierpień? Zaś argumentacja o dużej ilości „rocznic narodowych” zupełnie już zahacza o herezję, gdyż Kościół nie jest narodowy tylko powszechny i mieszanie religijności ze stosunkiem do tzw. ojczyzny, narodu czy jego/jej historii jest nieporozumieniem. Czyż mamy tworzyć „post narodowy”? Dla kogo Powstanie Warszawskie jest faktycznie ważne emocjonalnie, ten oczywiście pościć może, również poprzez abstynencję, jest to jednak post indywidualny. Zaś druga z „wielkich rocznic”, czyli 15 sierpnia, jest raczej znowuż okazją do uczczenia „chwały naszej niezwyciężonej” „kieliszkiem czegoś mocniejszego” niż do „siedzenia o suchym pysku”. Trzeba sobie bowiem jasno powiedzieć, że wbrew jakiemuś purytańsko-postmanichejskiemu podejściu co niektórych alkohol nie jest jakimś szatańskim narzędziem zniewalania umysłów i dusz, lecz dozwoloną katolikowi „używką” mającą pomagać w wyrażaniu radości i w świętowaniu radosnych wydarzeń. Oczywiście – dozwoloną – jak wszystko – z umiarem, z ostrożnością i wstrzemięźliwością, z ograniczaniem się i z uwzględnianiem dbania o zdrowie, które jest darem Boga. Jednak podejście co niektórych do alkoholu wydaje się być niekatolickie. Nie chodzi o to, że ktoś alkoholu osobiście nie lubi, bo oczywiście żadnego przymusu nie ma, jednak co niektórzy zdaje się najchętniej zakazaliby alkoholu w ogóle. To jest jednak, zdaje się, temat na osobne rozważanie, tu staramy się rozważyć sensowność abstynencji sierpniowej jako postu i wychodzi nam, że zwyczajnie jako post „okolicznościowy” nie ma ona racji bytu, może mieć jedynie sens jako post „indywidualny”, ten zaś jest, jak to wyżej wspomnieliśmy, tak bardzo osobisty, że w niektórych przypadkach nie jest w ogóle możliwy, wzywanie więc do abstynencji akurat od alkoholu jest pomyłką. Z tych samych względów bezsensowne jest mówienie o tym, że abstynencja ta ma być w jakiejś intencji, gdyż, jak wykazaliśmy, post okolicznościowy nie może być w żadnej intencji, w intencji może być ofiarowany tylko post indywidualny, związany z prawdziwym osobistym cierpieniem i wyrzeczeniem. Oczywiście dla kogoś postem takim może być abstynencja, może akurat w sierpniu, ale wzywanie do niej powszechnie nie ma zbyt wielkiego sensu. Jeżeli już, lepiej byłoby, gdyby Episkopat wezwał do abstynencji w okresie Wielkiego Postu albo Adwentu, które są okresami pokuty (zwłaszcza Wielki Post, jako że Adwent przemianowano na „okres radosnego oczekiwania”, czego słuszność jest znów tematem na osobny wpis), a w których abstynencja nie jest nakazana. To miałoby sens, wiązałoby się z Rokiem Liturgicznym, byłoby wezwaniem do dobrowolnego rozszerzenia postu okolicznościowego. Wymyślanie zaś na siłę jakichś „postów narodowych”, połączone z manichejskim i maniakalnym wręcz podejściem do alkoholu nie ma niestety za dużo wspólnego z prawdziwym katolicyzmem.

PS A już szczytem szczytów jest uzasadnianie abstynencji tym, ileż to Polaków jest uzależnionych od alkoholu. A ilu Polaków ma zaburzenia odżywiania (anoreksję, bulimię)? A ilu ma otyłość, nadwagę lub niedowagę? Czy duża ilość tych, którzy są od czegoś uzależnieni jest argumentem do postu dla tych, którzy umieją się powstrzymać? Jakoś nigdy nie słyszałem jako uzasadnienia wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych czy postu ścisłego liczby ludzi mających problemy z żywieniem czy wagą w Polsce czy na świecie. Wręcz przeciwnie: słusznie podkreśla się, że post nie ma być dietą, tylko czymś zupełnie innym. A tu? Już po tym widać, że „abstynencja sierpniowa” nie ma być postem „okazjonalnym” ani „indywidualnym”, ma być jakimś nowym rodzajem postu, jakimś „postem narodowym”, „postem ojczyźnianym” czy „postem społecznym”. Z katolicyzmem za dużo wspólnego to nie ma.

Teologia Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ) a Tajemnica Trójcy Świętej.

Zgodnie z Teorią Bytów Zbiorowych (TBZ) Bóg jest jedynym bytem, który nie jest jedynie zbiorem właściwości, jest jedynym prawdziwym Podmiotem, jedynym, który może powiedzieć JA JESTEM. Inaczej mówiąc, Istotą Boga jest brak Istoty, brak właściwości, brak cech. Bóg jest ŻADEN. Wynika to nie tylko z TBZ, ale również z Wszechmocy i absolutnej wolności Boga, połączonej z Jego absolutnym pierwszeństwem. Gdyby bowiem Bóg miał Istotę, gdyby był Jakiś, Istota ta ograniczałaby Jego Wolę, Jego Wszechmoc, Jego Wolność. Co więcej, zgodnie z TBZ, gdyby był jedynie zbiorem właściwości czy cech, byłby abstrakcją, gdyż cecha jest czymś abstrakcyjnym, a więc zbiór cech jest również czymś abstrakcyjnym. Gdyby zaś był czymś więcej niż tylko zbiorem cech, gdyby miał podmiotowość „nadbudowaną” nad istotą, to, jak już była mowa, istota ograniczałaby podmiotowość, tak naprawdę niwelując ją, gdyż podmiotowość wynikałaby z istoty, a więc każda decyzja Boga, Wola Boża wynikałaby z Istoty, niezależnej od tej Woli, a zatem Wolna Wola Boga byłaby tylko złudzeniem, tak jak wolna wola człowieka. Tak oczywiście być nie może, zatem Bóg jest czystym Podmiotem, czystym Istnieniem, Osobą pozbawioną cech, pozbawioną Istoty.

Tu jednak pojawia się szereg problemów, które stają się wręcz nierozwiązywalne, jeśli uwzględnimy fakt, że Bóg istnieje poza czasem, co więcej, że jest niezmienny, a do tego, zgodnie z TBZ-em, cały świat jest Jego Abstrakcją, a więc istnieje w Jego Umyśle, oczywiście z Jego Woli. Pierwsze pytanie brzmi, czy Bóg w ogóle może mieć jakąś Wolę, skoro Wola oznacza chęć, chęć zaś po pierwsze sama w sobie jest zmianą, jakąś czynnością, po drugie zaś oznacza chęć zmiany właśnie, jakiegoś działania. Bóg zaś nie działa, nie działał i działać nie będzie, gdyż wszystko to oznaczałoby zmianę i czas, Bóg zaś się nie zmienia i istnieje poza czasem…”Wola” Boża jest więc oczywiście „odwieczna”…Z tym, że po pierwsze nie tyle „odwieczna”, ile istniejąca po prostu poza czasem…Tu trzeba zwrócić uwagę na pierwsze zdanie Pisma Świętego: „NA POCZĄTKU Bóg stworzył niebo i ziemię”, co oznacza, że świat ma początek, natomiast wcześniej…Nie ma żadnego wcześniej! Jest to problem dla umysłu ludzkiego, dla którego z jednej strony nieskończoność jest niepojęta, a z drugiej strony jest on ciągle na tą nieskończoność nastawiony, ciągle pyta się: „a co było wcześniej?”, „a z czego to wynikło?”, „jaka była przyczyna?” itp. Tymczasem tutaj nagle napotykamy granicę…Musimy więc, żeby w ogóle móc coś zrozumieć, wyobrazić sobie jednak, że wcześniej, przed powstaniem świata „był” tylko Bóg. Bóg, który jest czystym Podmiotem, czystą Osobą bez właściwości, jest jakby upodmiotowioną Nicością, upodmiotowionym Istnieniem…

I teraz część zasadnicza: Bóg ten „podejmuje decyzję” – ale poza czasem. „Nabywa wolę” – ale nie jest to czynność ani zmiana, a więc tak naprawdę ta „Wola” już w Nim „była” – wszystko to są uproszczenia. Czym jednak jest ta Wola? Co obejmuje? Powiemy – stworzenie świata, stworzenie nieba, ziemi itd., ale jakiego „stworzenia”? Co oznacza „stworzenie”? Z punktu widzenia Boga nie ma żadnej zmiany! Nie nastąpiło więc żadne „stworzenie”, tym bardziej, że wszystko jest w Umyśle Boga – jest tam „odwiecznie”, gdyż Bóg jest niezmienny! Co by oznaczało „stworzenie”? Tu pojawia się niebezpieczeństwo panteizmu, utożsamienia świata z Bogiem, musimy więc być ostrożni i powiedzieć, że to nas przerasta, że nie pozostaje nam nic innego jak przyjąć jakąś zmianę, jakiś upływ czasu, gdyż inaczej nic nie zrozumiemy. Powiedzmy więc tak: jest Bóg. Bóg jest ŻADEN, gdyż inaczej Jego Istota ograniczałby Jego Wolność i Wszechmoc i podważałaby Jego Pierwszeństwo. Taki Bóg Z NICZEGO podejmuje decyzję, jest to zatem prawdziwa Wola, Wola ex nihilo…Cóż jednak znaczy „z niczego”? A może raczej „z Niczego”, z tego Niczego, którym jest Bóg, skoro powiedzieliśmy wyżej, że Bóg jest „upodmiotowionym Niczym”? Ale Bóg jest Podmiotem – czy może istnieć Podmiot bez Woli? Co więcej, jest niezmienny – jakże więc może podjąć decyzję? Mamy tu więc zmianę, która jednak nie jest zmianą, decyzję, która nie jest decyzją, „nabycie” Woli, które nie jest nabyciem.

Wszystko to przypomina bardzo zrodzenie Syna przez Ojca w dogmacie o Trójcy Świętej. Syn „z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami”, a jednocześnie jest „współistotny Ojcu” – czy nie jest On zatem podobny do owej Woli, o której powiedzieliśmy wyżej? Jednocześnie pochodzi od Ojca, jest z Niego zrodzony, a jednak „przed wszystkimi wiekami”, jest z Niego zrodzony, a jednak współistotny. Byłoby więc tak: istnieje Bóg Ojciec, absolutnie Wolny, absolutnie Wszechmocny, absolutnie Żaden, bez Treści i Istoty, które by Go ograniczały. „Następnie” Tenże Bóg Ojciec, w Swojej Wolności i Podmiotowości „podejmuje” „z niczego” „Decyzję”, „nabywa” „Wolę”, „Chęć” – tą Wolą jest właśnie Syn, odwieczne Słowo Boga – to znaczy wyraz Jego Woli, Treść Jego Woli. Wszystko to dokonuje się poza czasem, bez zmiany, tak, że Syn jest współistotny Ojcu, choć od Niego pochodzi, że Wola jest współistotna Podmiotowi, ale Go nie ogranicza – jest to owo Zrodzenie. Czego ta Wola jednak dotyczy? Co obejmuje? „Uczynienia” czego jest to Wola? Powiemy – stworzenia świata, nieba, ziemi itp. Tak, ale najpierw jest to Wola dotycząca…Samego Siebie! Samego Boga! Tak oto Bóg „stwarza” Siebie, choć przecież nie w taki sposób jak stworzenie, dlatego mówimy, że Syn jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu”. Jest to „zrodzenie” tego, co tak naprawdę już „było” w Bogu – a jednocześnie Bóg nie zostaje pozbawiony Wolności, gdyby bowiem Bóg „przed” zrodzeniem miał jakieś właściwości, ograniczałyby one Jego Wolność. Jeżeli zaś jest zrodzenie, zostają pogodzone te dwie „przeciwności” – absolutna Wolność Boga z Jego Niezmiennością. Dlatego właśnie Syn jest „Obrazem Boga Niewidzialnego”. Dlatego też zapewne Bóg objawia się nam właśnie jako Ojciec i Syn, a nie na przykład jako dwaj bracia – żeby było miejsce na owo zrodzenie, żeby wyrazić pochodzenie Syna od Ojca – mimo, że Obaj są współistotni i że są Jednym Bogiem. Święty Augustyn z kolei tłumaczył to inaczej, ale podobnie: że Syn jest Obrazem, który tworzy się w Umyśle Ojca „po”, „wskutek” tego, że poznaje On Samego Siebie. Jednak dla TBZ to oczywiście za mało: gdyby Ojciec jedynie „poznawał”, to nie mógłby decydować o tym, co poznaje, a zatem Jego Wolność byłaby ograniczona. On musi jakoś „decydować”, choć jednocześnie ta Wola, ta Decyzja, Jej Treść jest z Nim współistotna – i to jest ta Tajemnica, coś, czego pojąć już nie możemy.

Oczywiście „dalej”, przez Syna, przez Słowo Boże wszystko jest tworzone – jest to jakby dalsza część Treści Woli Bożej, dlatego „w Nim zostało wszystko stworzone” i „przez Nie [Słowo] wszystko się stało”. „Pomiędzy” Ojcem a Synem jest też oczywiście Duch Święty – ale o tym nie mam (jeszcze) tak rozbudowanych refleksji. Te zaś wyżej zrodziły się m.in. z lektury fragmentów pewnej książki, gdzie przedstawiano powszechną tezę, że „Bóg jest miłością” – w znaczeniu ontologicznym i z tego wywodzono, że Bóg jest Trójcą Świętą. Oczywiście Bóg jest miłością – cokolwiek to znaczy – jednak nie w takim znaczeniu, że na przykład „nie potrafi nie kochać”. Bóg może wszystko, dlatego właśnie nie może mieć żadnej Istoty. Istotą tą nie może być też miłość, wbrew temu co się dziś uważa. Tym bardziej miłość nie może „zmuszać” Boga do niczego, na przykład do stworzenia świata – jak pisała nawet św. Katarzyna ze Sieny. Takie tezy brzmią może bardzo pięknie, jeżeli jednak brać je ontologicznie i rozważać filozoficznie są na granicy herezji, gdyż podważają Wszechmoc i Wolność Boga.

Nowy odcinek „Uwięzionego w Serze”

jest dostępny tu. Jak zwykle razem z „poprzednimi” odcinkami. Nowy fragment zaczyna się od „Samobójstwa” na stronie 114. Większa część tego nowego fragmentu była już tu publikowana jako osobne wpisy, jednak publikuję całość, jako że zorientowałem się, iż od publikacji ostatniego „odcinka” „Uwięzionego” minął już ponad rok. Dla porządku więc zamieszczam to, co przez ten rok do niego przybyło.

Kodeks Cywilny, nowa wersja Kodeksu Karnego i podstawowe założenia mojego systemu prawnego.

Projekt mojego Kodeksu Cywilnego jest dostępny tu.

Najnowsza wersja projektu mojego Kodeksu Karnego jest dostępna tu.

Kodeksy te są ze sobą powiązane, w związku z tym KC znacznie różni się od współczesnych kodeksów cywilnych (bardziej chyba nawet niż mój KK od współczesnych jego odpowiedników), co może zdziwić Czytelnika, stąd należy mu się parę słów wyjaśnienia.

Otóż specyficzny kształt mojego KC wynika ze specyficznego rozumienia miejsca prawa cywilnego w systemie prawa, co wynika z pewnych założeń, które postaram się poniżej skrótowo przedstawić. Otóż:

1. Prawo winno być systemem, co oznacza, że wszystkie jego działy winny być ze sobą powiązane.

2. Powiązanie to winno mieć charakter hierarchiczny, tak aby oprócz „gałęzi” prawa istniał również jego „pień” – centralny dział prawa, wokół którego orbitować będą niejako wszystkie pozostałe.

3. Z wielu powodów najbardziej optymalnym rozwiązaniem wydaje się uczynienie owym „pniem” prawa karnego.

4. Prawo karne winno być oparte na zasadzie kary sprawiedliwej, to jest odpowiadającej w jak największym stopniu przestępstwu (zasada talionu = „oko za oko, ząb za ząb”).

5. Z zasady powyższej wynika, iż państwo może użyć przemocy tylko w odpowiedzi na przemoc.

6. Za powyższego wynika, iż państwo może używać przemocy wyłącznie wymierzając karę, a zatem każda przemoc, którą państwo stosuje wobec obywatela winna być karą (z wyjątkiem obrony, która jednak de facto nie jest przemocą w tym rozumieniu).

7. Z powyższego wynika, iż prawo cywilne nie może konstytuować żadnych roszczeń jednostki wobec innej jednostki, gdyż egzekucja takiego roszczenia wiąże się z użyciem przemocy przez państwo. W związku z tym Kodeks „Cywilny” staje się de facto rozbudowanym słowniczkiem terminów ustawowych dla Kodeksu Karnego, przez co zostaje spełniony postulat z punktu 2. i 3.

8. W związku z powyższym roszczenia z KC muszą zostać przemianowane na kary w KK.

9. Realizacja powyższego jest względnie prosta w przypadku deliktów, trudniejsza natomiast w przypadku roszczeń związanych z naruszeniem zobowiązania, jako iż nie można kary za coś takiego jak „naruszenie zobowiązania”, która byłaby zgodna z zasadą talionu.

10. W związku z powyższym należy zrezygnować z pojęcia „zobowiązania” i rozumieć umowę inaczej, tak aby dopasować to rozumienie do KK – stąd specyficzne rozumienie umowy w moim KC.

To tylko pewne szybkie wyjaśnienia. Planuję dłuższy wpis, a nawet serię wpisów na ten temat, ale dopiero za jakiś czas.

„Wolność tkwi w samotności” – manifest.

[Jest to fragment nieopublikowanego jeszcze fragmentu "Uwięzionego w Serze"].

Wolność tkwi w samotności. W samotności mogę nareszcie być sobą. Być sobą to znaczy – grać! To znaczy udawać! Nieustannie udawać, zakładać co chwilę coraz to nową maskę, wykrzywiać gębę w coraz to nowym grymasie! Mogę to robić swobodnie – bo wiem, że nie zostanę zinterpretowany. Wiem, że nic nie komunikuję, więc wiem, że nie zostanę źle zrozumiany przez siebie samego. Mogę swobodnie mówić, bo i tak nikt nie słucha, nie rozumie, nie myśli, nie interpretuje, nie traktuje poważnie ani niepoważnie. Mogę swobodnie udawać, gdyż wiem, że jest to udawanie dla samego udawania i nikt mi nie zarzuci, że udaję, nikt mi nie powie, że udaję marnie, że moja gra nic nie warta, sztuczna, sztywna i bez wczucia i wyczucia. To jest wolność! Wolność swobodnego szalonego aktorstwa, wolność udawania dla samego udawania, zabawy z samym sobą samym sobą! Wtedy właśnie najbardziej jestem sobą…

Bo czymże wreszcie jestem, jeśli nie samożonglującymi się piłeczkami? Jeśli nie ręką, która podrzuca własne palce? A właściwie nie, nawet nie tym jestem, to źle powiedziane, jestem raczej samym żonglowaniem piłeczek, samym ich lotem, układem, który przez moment przyjmują w powietrzu. Lecz nie ja je podrzucam. Nie ja również wyprodukowałem piłeczki. Nawet nie kupiłem ich na targu. O, nie. Jestem tylko lotem, ruchem kolorowych piłeczek, zabawką klauna, powodem śmiechu dla dzieci, pośmiewiskiem dla ludu.

Czy już rozumiecie? Gdy jestem wśród ludzi każdy mój gest i słowo tworzy w nich mój obraz. Nie ma nic, co by nie miało znaczenia, nie ma nic niewinnego, nie ma miejsca na zabawę słowami, gestami, minami, ruchami i stylami, gdyż nawet to, że chciałbyś tak się bawić wpływa na Twój obraz w ludzkich oczach. Zrozum, że ludzie nie mogą zobaczyć Cię całego. Widzą jedynie jakiś urywek, moment, pierwsze i drugie zachowanie, które kształtuje pierwsze i drugie wrażenie, a ono kształtuje Twój obraz w ludziach. Wszystko co zrobisz ma znaczenie. Wszystko coś komunikuje. Ludzie ocenią Cię na podstawie jednego stylu, w który akurat chciałeś się wcielić. Ocenią jedną Twoją maskę i pomyślą, że to Ty, podczas, gdy Ty jesteś zbiorem masek. Pomyślą, że taki jesteś, podczas gdy Ty jedynie chciałeś się zabawić. Podczas gdy to nie było na poważnie. Albo zorientują się, że to maska i zarzucą Ci, że zakładasz maski, że źle udajesz, nieumiejętnie grasz, że to jakaś żałosna farsa, że to wszystko nienaturalne, na siłę i nawet nieśmieszne.

Dlatego musisz siedzieć cicho. Dlatego tylko w samotności możesz żonglować wszystkimi piłeczkami, które na Ciebie się składają. Tylko w samotności możesz swobodnie zmieniać maski, bo wiesz, że poza nimi nie ma nic, że jest tylko ich układ, relacja, hierarchia i zmiana. Tylko w samotności możesz swobodnie grać i udawać, bo wiesz, że grasz i udajesz dla zabawy, a nie żeby wzięto Cię na poważnie. Wiesz, że jeżeli zakładasz maskę Zorro, to nie po to, aby ktoś wziął Cię za Zorro, gdyż wiesz, że Zorro nie jesteś. I wiesz, że jest to tylko maska, podobna do stu tysięcy masek, nieoswojona maska w teatrze Twego własnego „Ja”. Natomiast inni, gdy zobaczą Cię w masce Zorro wezmą Cię za Zorro albo za kogoś, kto pragnie uchodzić za Zorro, którym nie jest, więc jest żałosny w swoim przeciętnym dość aktorstwie, nieśmieszny i nachalny, gdyż wszystkim się wciska jako Zorro, zamiast „być sobą”. Nie rozumieją, że ja właśnie w ten sposób „jestem sobą”, gdyż jestem po części i Zorro, i Robin Hoodem, i Piotrusiem Panem, i Terminatorem, i jeszcze 20 tysiącami różnych postaci, różnych masek, różnych twarzy, osób, czyli masek, prosoponów, ról. Jestem nimi wszystkimi, ale żadnym na poważnie, żadnym w całości i do końca, jestem tylko wieczną ich zmianą, wymianą, walką o hierarchię, walką o władzę nad ciałem moim. Tyle duchów, stylów, postaci, kontekstów, toposów i archetypów walczy…nie, nie we mnie. Walczy. I to ja jestem tą walką. Nie ma nic poza tym, żadnego „Ja”, żadnego wnętrza, w którym walka się toczy, nie ma żadnego sędziego ani arbitra, żadnego decydenta, nie ma nikogo, kto ogłasza zwycięzcę, gdyż on ogłasza się sam, sam namaszcza się na króla nad ciałem i ten akt jego nie wymaga żadnej kontrasygnaty. Każdy z nich jest dyktatorem bezwzględnym, absolutnym i totalitarnym tyranem, niemających sobie równego w całych mrocznych i krwawych dziejach ludzkości. Jednak władza każdego trwa tylko chwilę. Może dłużej, może krócej. W końcu jednak każdy musi upaść pod ciosami innego, aby kiedyś, być może po chwili, być może dopiero po latach, odzyskać władzę, znowu tylko na pewien czas. A wszyscy oni czerpią energię do walki żywiąc się światem, żywiąc się społeczeństwem i całym Zewnętrzem, postrzeganym przez ciało. To to Zewnątrz piłeczki produkuje i to Zewnątrz piłeczki podrzuca, ono samo składa się z piłeczek, ono samo jest zbiorem, ciągiem zdarzeń, łańcuchem przyczyn i skutków. Ono „mnie” tworzy, rysując na tablicy zawieszonej na ścianie genów, rysując kredą zdarzeń, przypadków, doświadczeń, słów, myśli, czynów, ludzi, zwierząt, rzeczy i informacji. Ono poniża i wywyższa ich wszystkich, ono daje siłę do walki Zorro, Terminatorowi i Piotrusiowi Panowi. Ono ich karmi. Ono ich poi. Ono kieruje ich ruchami, gdy walczą bez litości i bez zasad o walkę nad ludzkimi ciałami.

Niech więc nigdy więcej nie usłyszę już słów o „byciu sobą”. Niech już nigdy więcej nie przeczytam o „byciu szczerym” i „ściąganiu masek”. Maski nie da się ściągnąć. Da się ją tylko zmienić. Nawet nie to – ona sama się zmienia. A Ty jesteś tylko jej złudzeniem i wytworem, jesteś kłamstwem własnego umysłu.

I tylko w samotności możesz wyciągnąć z szafy wszystkie swoje maski. Możesz być, niczego nie komunikując. Możesz być, nie będąc interpretowanym. Być, nie będąc postrzeganym przez ludzkie oczy, słyszanym przez ludzkie uszy, rozumianym, ocenianym i kształtowanym. To jest właśnie wolność. Wolność bezsensowności działania. Wolność bezcelowości gestów, spojrzeń i słów. Wszystko jest tylko dla zabawy, dla misia, für mich, dla mnie samego i tylko dla mnie samego. A inni i tak tego nie zrozumieją. Inni i tak nie docenią. Ja sam nie docenię siebie w ich oczach, nawet jeżeli oni by się ośmielili. Ja sam siebie nie zrozumiem w ich umysłach, nawet gdyby oni śmieli. Ja sam siebie wyśmieję w nich, nawet jeżeli oni by się nie odważyli. Gdyż z zewnątrz jestem śmieszny i żałosny dla siebie samego. Gdyż dla wszystkiego jestem niczym, więc dla siebie muszę być wszystkim. Gdyż dla siebie we wszystkim jestem niczym, więc muszę być wszystkim, gdy jestem sam w sobie!

I dlatego mam swój własny świat. Świat, który jest śmieszny dla innych. Żałosny. Nawet gdyby nie był to MUSI być, rozumiecie?! Musi! Muszę być niczym dla Was, aby móc być wszystkim dla siebie! Ja sam sobą pogardzam za Was, sam siebie już poniżyłem i wyśmiałem, zanim zdążyliście otworzyć usta, zanim zdążyliście nawet pomyśleć! Gdy przed Wami stoję, muszę być gównem, i nie pomogą tu Wasze pocieszenia, Wasze docenienia, Wasze oklaski, Wasze uczucia i opinie, nawet gdyby były szczere i prawdziwe! Nie pomogą, gdyż mnie nie obchodzą! Gdyż Wy mnie nie obchodzicie! To ja sam jestem w Was, to ja już tam siedzę i patrzę na siebie Waszymi oczami, słyszę się Waszymi uszami, rozumiem się Waszym rozumem, śmieję się z siebie Waszym śmiechem! I ustami Waszymi miotam na siebie najgorsze przekleństwa, ustami Waszymi się wyśmiewam, widzę oczami Waszymi w sobie człowieka żałosnego, marnego aktora, udawacza, nic niewartego dziwaka albo jeszcze mniej wartego normalnego. I ja sam za Was siebie odrzucam, sam za Was uznaję się za niewartego zainteresowania, sam za Was siebie olewam, lekceważę i przechodzę nad sobą do porządku dziennego, więc nie psujcie mi tego! Ja WIEM, że jestem nikim dla Was, muszę być dla Was gównem, a Wy będziecie gównem dla mnie, a wtedy ja sam sobie postawię pomnik, którego żaden z Was by mi nigdy nie wystawił, choćbyście mnie nie wiem jak podziwiali, szanowali i kochali! Lecz po cóż mi Wasza miłość, po co szacunek, po co pochwały i docenienie, skoro ja sam siebie po milionkroć bardziej, mocniej i lepiej będę chwalić, szanować, podziwiać i kochać! Więc nie psujcie mi tego, podziwiając mnie, gdyż wtedy i ja bym musiał zacząć Was podziwiać! Nie psujcie mi tego, zachwycając się mną, gdyż i ja Wami bym musiał się zacząć zachwycać! Nie psujcie mi tego, kochając mnie, gdyż i ja Was musiałbym ukochać! A ja nie mogę, nie mogę, nie wolno mi zachwycać się czymkolwiek i kimkolwiek, nie wolno niczego podziwiać, szanować ani kochać, niczego, czego sam bym nie stworzył w swoim własnym światku! Światku, który ze świata się wyłonił, lecz o tym cicho sza! Światku, który z Was pochodzi, lecz nikt nie wie w jakim stopniu i w jaki sposób, ani ja, ani Wy!

Więc błagam Was i zaklinam: gardźmy sobą nawzajem! Ach, gardźmyż sobą, dalejże, przeklinajmy, wyzywajmy, wyśmiewajmy, poniżajmy jeden drugiego! A w cichych i ciemnych pokoikach swej chorej jaźni wznośmy sobie pomniki twardsze niż ze spiżu, budujmy sobie samym świątynie i ołtarze wspanialsze niż jakiekolwiek na świecie i palmy kadzidła swojemu obrazowi w sobie samym. Lecz niech nas Ręka Boska broni przez tym, abyśmy mieli to robić wobec innych! Zamykajmy kapliczki swoje szczelnie, aby nikt nie poczuł dymu kadzidła, osłaniajmy je, aby nikt nie zobaczył posągu ze złota. Oblepmy się z zewnątrz gównem, poniżajmy siebie i mieszajmy z błotem, zanim zdążą to zrobić inni, wyprzedzaj bliźniego swego w poniżaniu jego i siebie samego! Wyzywaj bliźniego swego jak siebie samego! Poniżaj bliźniego swego jak siebie samego! Och, czyż przecież nie na tym wreszcie polega miłość?! Ależ tak, ależ przecież Bóg, Który jest Miłością samą uniżył Siebie Samego, poniżył Siebie Samego, zostawiając nam przykład najdoskonalszej Miłości…Dalejże więc! Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, a więc: poniżaj go jak siebie samego! Wyśmiewaj go jak siebie samego! Gardź nim na równi z sobą samym! A w nocy, gdy matka śpi, siostra śpi, ojciec śpi, babcia śpi zapylaj kwiaty najwspanialsze i najcudowniej pachnące we wspaniałym ogrodzie swojego własnego świata, świata Twojej samotni, do którego nikt nie ma wstępu i mieć nie może, gdzie Ty Sam z Sobą żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.