Moja teoria sztuki – rozwinięcie.

Jakiś czas temu przedstawiłem tu dosyć kontrowersyjną definicję sztuki (w tym wpisie). Dzisiaj chciałbym ją rozwinąć, przedstawiając pełniejszą i (mam nadzieję) dojrzalszą intelektualnie teorię sztuki. Być może pozwoli to również lepiej zrozumieć, o co mi wówczas chodziło.

Otóż aby jakiś wytwór kultury można było nazwać sztuką, musi on po pierwsze posiadać dwa poziomy odbioru – poziom „dosłowny”, czyli poziom zewnętrznej formy oraz poziom „ukryty”, czyli poziom treści, którą jest jakiś szeroko rozumiany przekaz światopoglądowy. Poziomy te zjednoczone są w jednym obiekcie kulturowym – obrazie, wierszu, powieści, filmie etc. Mimo jednak tego zjednoczenia, muszą one zachować swoją autonomię i to ta właśnie autonomia, autonomia poziomów jest drugim elementem konstytutywnym dla sztuki. Autonomia owa jest właściwie autonomią dwóch obiektów, powstających z jednego podczas procesu jego odbioru albo inaczej: autonomią dwóch odbiorów: zewnętrznego, czyli nastawionego na formę oraz „wewnętrznego”, nastawionego na „ukrytą” w formie treść. Chodzi tu o to, aby obiekt kulturowy pozwalał odbierać się jednocześnie całkowicie jako forma i całkowicie jako treść albo, posługując się terminami zdefiniowanymi w podanym na początku wpisie, jako wytwór rzemiosła i jako wytwór publicystyki. Musi on być więc po pierwsze wytworem rzemiosła, wykonanym zgodnie z wymogami i standardami danej dziedziny „rzemieślniczej” (malarstwa, literatury, filmu itp.; to, co w poprzednim wpisie nazwałem „odpowiednią formą”). Gdy więc widzimy obraz, który chcemy nazwać wytworem sztuki, musimy najpierw zobaczyć w nim „dobry obraz”, obraz wykonany zgodnie z zasadami malarstwa, świadczący o znajomości tych zasad i o znajomości „sztuki” malarskiej. Gdy czytamy wiersz, który chcemy nazwać sztuką, musimy najpierw zobaczyć w nim „dobry wiersz”: rytmiczny, napisany odpowiednim językiem etc., a więc dobry na poziomie „dosłownym”, zewnętrznym, na poziomie formy. Nie musi on być nawet „dobry”, chodzi tu raczej bardziej o to, aby dał się czytać jako wiersz, bez interpretacji, aby stanowił zamkniętą całość na tym jednym poziomie. Podobnie obraz – najpierw musi być rzemiosłem, obrazem rozumianym jako czysto zewnętrzna forma. Łatwiej być może zrozumieć to na przykładach. Jeżeli weźmiemy na przykład słynny obraz Malewicza „Czarny kwadrat na białym polu”, to widzimy wytwór kultury, który tego kryterium nie spełnia. Widząc go, nie widzimy bowiem nie tylko „dobrego obrazu”, ale nie widzimy w pewnym sensie obrazu w ogóle, nie widzimy tego pierwszego, rzemieślniczego poziomu, nikt nie powie: „och, jaki piękny kwadrat!”. Nie, cała siła tego obrazu tkwi w interpretacji, w przekazie światopoglądowym, estetycznym, artystycznym, czyli na poziomie drugim. Jest on jednak tak zespolony z pierwszym, że obiekt nie daje się w pełni dualizować, nie daje się separować na dwa osobne, zamknięte całości, lecz forma zaraz odwołuje się do treści, do interpretacji, nie istnieje jako osobna, „dobra” całość. Jeżeli zaś na przykład czytam powieść, którą można by nazwać sztuką, to po pierwsze muszę w niej zobaczyć pewną zamkniętą historię, pewien świat przedstawiony, autonomiczny wobec jego interpretacji. Jeżeli mam coś nazwać „dobrą sztuką”, jeżeli mam nazwać powieść „dziełem”, to musi być ona najpierw dziełem na poziomie samej formy, na poziomie dosłownym, musi być, powiedzmy, wciągająca, ciekawa, emocjonująca, dobrze napisana etc. Przede wszystkim jednak musi dawać się w ogóle czytać jako pewna historyjka, ot, opowiastka, która dopiero KRYJE w sobie pewien przekaz światopoglądowy.

Ów bowiem przekaz światopoglądowy, czyli treść, jest bowiem tak samo ważnym elementem sztuki jak zewnętrzna i łatwo dostrzegalna forma. Jest on w tej formie ukryty, można by rzec – zakodowany. Kodowanie to dokonuje się za pomocą „niedosłownego języka” – języka metafor, symboli, alegorii etc., które odkrywa odbiorca, dokonując interpretacji. Interpretacja ta oczywiście w dużym stopniu zależy do samego odbiorcy, jednak sam autor wytworu kultury powinien zawrzeć już w samej zewnętrznej formie pewne elementy „pomagające” w tym procesie, a jednocześnie wskazujące, że on sam wie, że ów drugi poziom, poziom treści, istnieje i że było jego zamiarem, aby istniał. Elementy te łączą obydwa poziomy wytworu kultury, stanowiąc jednocześnie trzeci (po istnieniu dwóch poziomów oraz ich autonomiczności) składnik, pozwalający nazwać go sztuką. Są to: sygnał kodowania oraz znak kodu.

Sygnał kodowania (inaczej sygnał przejścia) to taki element w zewnętrznej formie wytworu kultury, który daje się interpretować jako sygnał (jak sama nazwa wskazuje) do przejścia na drugi poziom tego wytworu, to jest do odczytywania go na poziomie niedosłownym, w poszukiwaniu treści. Inaczej jest to wskazówka mówiąca o tym, że dany wytwór kultury, według jego autora, w ogóle nadaje się do interpretacji i że powinien być interpretowany. Po tej definicji od razu widać, że jest on jakby zawieszony między poziomami – z jednej strony należy do zewnętrznej formy obiektu, czyli do poziomu pierwszego, z drugiej strony samo nazwanie go sygnałem kodowania jest już interpretacją, czyli należy do poziomu drugiego.

Znak kodu (inaczej znak kodowania) natomiast to taki element w zewnętrznej formie wytworu kultury, który daje się interpretować jako ogólny znak (jak sama nazwa wskazuje) wyznaczający ogólny kierunek interpretacji. Po tej definicji również widać, jak w przypadku sygnału kodowania, owo zawieszenie pomiędzy poziomami. Trzeba tu tez zauważyć, że sygnał kodowania i znak kodu często mogą być dokładnie tym samym elementem zewnętrznej formy wytworu kultury. Często bywa tak, przynajmniej według mnie, w przypadku obrazów, gdzie rolę tą pełni tytuł. Jeżeli bowiem na przykład ktoś namaluje nawet najpiękniejsze jabłko i obraz swój zatytułuje „Jabłko”, to można będzie z pewnością nazwać ten obraz znakomitym wytworem rzemiosła, wręcz Meisterstück malarstwa, jednak na gruncie podanej wyżej definicji nie będzie go można nazwać sztuką, gdyż wprawdzie jabłko samo w sobie niesie wiele znaczeń i skojarzeń kulturowych (poczynając od jabłka jako zakorzenionej w tradycji interpretacji zakazanego owocu z Księgi Rodzaju), jednak brak sygnału kodowania zawartego w obrazie nie pozwala dokonywać żadnej interpretacji, równie dobrze bowiem można by interpretować jabłko rzeczywiste, leżące na stole. Oczywiście i taka „interpretacja” jest możliwa (np.w duchu Boga-Artysty, dającego znaki poprzez rzeczywistość), jednak jest to inna interpretacja niż ta, o której mówimy. Brak też będzie w tym obrazie znaku kodowania, pozwalającego ustalić ogólny kierunek interpretacji. Jeżeli jednak ktoś namaluje takie samo, a nawet o wiele brzydsze jabłko i zatytułuje swój obraz, dajmy na to, „Zazdrość”, to tytuł ów będzie jednocześnie sygnałem i znakiem kodowania, pozwalającym na interpretację owego wytworu kultury i na nazwanie go sztuką. Oczywiście sygnał i znak kodowania w malarstwie mogą być zawarte nie tylko w tytule: jeżeli ktoś na przykład ktoś namaluje jabłko lewitujące w powietrzu nad studnią, to będzie to obraz nietypowy, obraz czegoś, co w naturze nie występuje – i sam ten fakt będzie mógł być interpretowany jako sygnał kodowania, choćby nawet obraz miał tytuł „Jabłko lewitujące nad studnią”.

Można też zauważyć, że istnienie sygnału kodowania jest w pewnym stopniu powiązane z autonomią poziomów. Jeżeli bowiem wytwór kultury jest bardziej „publicystyką” niż sztuką, jak na przykład wspomniany obraz Malewicza, a więc autonomia poziomów jest zaburzona, to sygnałem i znakiem kodowania jest właściwie cały wytwór kultury, nie jest to jednak tak naprawdę sygnał kodowania, ponieważ brak autonomicznego pierwszego poziomu, na którym mógłby istnieć jako jego element, dający się dopiero interpretować jako sygnał kodowania. Inaczej mówiąc można powiedzieć, że słowo „jedz” nie jest żadnym sygnałem do jedzenia, lecz wprost poleceniem tej czynności, tak samo tu – powiedzenie „interpretuj” nie jest żadnym sygnałem kodowania.

Na marginesie głównych rozważań poruszyć można tematykę obszaru kodowania, to jest ilości elementów w zewnętrznej formie wytworu kultury, które w świetle znaku kodowania dają się interpretować, to jest są nośnikami treści ukrytej na drugim poziomie. Moim osobistym ideałem jest, aby obszar kodowania oscylował wokół 100%, czyli aby żaden element wytworu kultury nie był przypadkowy, lecz każdy coś symbolizował, niósł jakieś ukryte znaczenie. Jest to dosyć trudne do osiągnięcia i powszechnie raczej do tego się nie dąży. Nie jest to też żaden element konieczny do nazwania wytworu kultury sztuką. Wypadałoby jednak, aby przynajmniej większość głównych elementów wytworu kultury nazywanego sztuką leżała w obszarze kodowania.

Można by jeszcze podać tutaj parę przykładów i snuć rozważania, co w świetle przedstawionej wyżej teorii sztuki się do niej zalicza, a co nie, jednak takie rozstrzygnięcia pozostawię już Wam, moi PT Czytelnicy.

Życzenia świąteczne.

Dziś Wigilia Uroczystości Narodzenia Pańskiego. W związku z tym chciałbym wszystkim moim PT Czytelnikom życzyć dobrego, owocnego i pobożnego przeżycia tego Świętego Czasu w prawdziwej miłości, zgodzie i pokoju. A ponieważ z tej okazji składa się również ogólne życzenia, w związku z tym również ja życzę Wam, moi Drodzy PT Czytelnicy, jak co roku, wszystkiego, co najlepsze. To znaczy przede wszystkim życia wiecznego po śmierci w Niebie, a wcześniej wszelkich Łask Bożych potrzebnych do osiągnięcia tego Celu, jak również do realizacji swoich własnych małych i większych zamierzeń.

Radosnych, a równocześnie Spokojnych Świąt!

Kodeks Karny – wersja nr 5.

Tym razem zmian nieco więcej. Trochę porządkowania terminologii, trochę uzupełnienia tego, czego w większości można się było domyślić, trochę innych zmian, w tym dwa nowe typy czynów zabronionych.

Nowa wersja mojego projektu Kodeksu Karnego jest dostępna tu.

Kodeks Karny – wersja nr 3.

Pod wpływem dalszych przemyśleń dokonałem kolejnych zmian w moim projekcie nowego Kodeksu Karnego, przede wszystkim usuwając z niego przestępstwo składania fałszywych zeznań. Oczywiście zrobiłem to nie dlatego, abym uważał, że powinno być to dozwolone, lecz dlatego, że doszedłem do wniosku, że powinno to być regulowane w samej przysiędze, a więc pewnego rodzaju umowie, zawieranej przecież dobrowolnie (nie zakładam obowiązku składania zeznań) z państwem. Zresztą sama treść artykułu mówiła o składaniu zeznań „wbrew złożonej przysiędze”, w tej więc przysiędze może i powinna być również zawarta kara za jej złamanie, nie ma więc potrzeby regulowania tego w Kodeksie Karnym.

Nowa wersja mojego projektu KK jest dostępna tu.

O niewłaściwym i właściwym rozumieniu predestynacji.

Jestem aktualnie w trakcie lektury książki prof. Adama Wielomskiego pt. „Myśl polityczna reformacji i kontrreformacji. Tom I. Rewolucja protestancka.”. Rodzi ona moje refleksje na temat podstawowych założeń teologicznych i filozoficznych reformacji, stąd i mój poprzedni wpis. W tym zaś chciałbym zająć się podstawowym niejako założeniem protestanckim, a więc predestynacją.

Predestynacja oznacza przeznaczanie z góry człowieka do zbawienia lub potępienia. Często wnioskuje się z tego, że w takim razie zbawienie człowieka jest niezależne od jego woli, od jego wyborów, chęci, pragnień, a więc i od jego czynów. Tak też rozumieli predestynację „ojcowie” reformacji. Uważali oni, że Bóg dokonał przed wiekami wyboru, kto z ludzi zostanie zbawiony, a kto potępiony. Zbawiony zaś będzie zbawiony przez samą wiarę (sola fide), wiara ta jednak nie zależy do jego woli, lecz wynika z Bożego wybrania, z danej mu przez Boga „łaski nieodpartej”, za pomocą której Bóg niejako zmusza człowieka, aby mu uwierzyć. Nie ma żadnego sposobu rozpoznania, kto został wybrany do zbawienia, a kto do potępienia. Nie mają na to wpływu żadne ludzkie czyny. Liczy się tylko łaska (sola gratia), za pomocą której również człowiek nią obdarzony może właściwie pojąć i zrozumieć Pismo Święte, bez pomocy żadnej Tradycji Kościoła (Sola Scriptura). Łaska ta jest czymś skrajnie subiektywnym, nie można dowieść jej posiadania w żaden sposób, jest to tylko moje własne przekonanie, uczucie, że zostałem obdarzony łaską. Łaska ta zaś na pewno nie ma nic wspólnego z rozumem. Reformatorzy nienawidzą rozumu, Luter nazywał wręcz rozum „k***ą diabelską”. Dowodzenie więc wewnętrznej sprzeczności i bezsensowności nauk reformatorów, tylko umacniało ich w pewności, że mają rację, że jest tak, jak oni twierdzą, gdyż jest to właśnie nielogiczne, a Bóg jest nielogiczny.

Warto mimo tego zwrócić uwagę, że takie pojmowanie predestynacji jest niezgodne przede wszystkim z samą Ewangelią, z ową Scripturą, którą rzekomo tak cenili „ojcowie” reformacji. Jeżeli bowiem zbawienie w ogóle nie zależy od czynów człowieka, to w takim razie dlaczego cała Ewangelia jest pełna rozmaitych nakazów i zakazów, z nakazem miłości Boga i bliźniego na czele? I dlaczego św. Paweł, na którego reformatorzy tak się powoływali mówi, że „choćbym miał wiarę tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”? Co więcej: postawienie sprawy tak, jak to uczynili pierwsi protestanci, jest właściwie destrukcją religii. Każda bowiem religia, jak to już wspomniałem w poprzednim wpisie, jest przede wszystkim etyką, zespołem nakazów i zakazów dotyczących postępowania ludzkiego. Jeżeli zaś uczynki te nie mają żadnego znaczenia, to znaczy, że „wybranym” wolno wszystko, a i tak zostaną zbawieni, zaś „niewybrani” i tak zostaną potępieni. Czy nie mamy tu pierwowzoru nietzscheańskiego podziału na „nadludzki” stojących „poza dobrem i złem” i podludzi? Można powiedzieć, że Nietzsche jedynie zlaicyzował protestantyzm, w którym się wychował i który tak krytykował (jak i całe chrześcijaństwo), a „łaskę” zastąpił „wolą mocy”…Protestantyzm nie jest więc nawet właściwie religią, jest podważeniem całej etyki i jeżeli tak go pojmujemy, to stanowi usprawiedliwienie dla każdej zbrodni….

Jak więc powinno się rozumieć predestynację? Otóż tak, jak to już chyba tu pisałem, a co wynika właściwie z mojej Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ). Wcale nie trzeba jednak zbyt mocno się do niej odwoływać, aby zrozumieć, że człowiek faktycznie nie ma wolnej woli. Nie ma wolnej woli, gdyż cokolwiek wybiera, jego wybór zawsze opiera się na jakichś kryteriach, te zaś kryteria na jeszcze innych, aż w końcu dojdziemy do tych kryteriów, norm, przekonań, cech charakteru etc., których człowiek nie wybierał. Człowiek może bowiem wybrać, co zrobić, nie może jednak wybrać siebie, jego zaś wybór pochodzi zawsze z niego. Więcej o tym pisałem już m.in. tu. Jeżeli spojrzymy na to w kategoriach chrześcijaństwa, to staje się jasne, że faktycznie teoria predestynacji jest prawdziwa. To Bóg tworzy człowieka takiego, a nie innego, on zaś jest pozbawiony wolnej woli, ponieważ nie wybiera siebie. Jest więc z góry przeznaczony do zbawienia lub potępienia, ponieważ jego wybory są zdeterminowane przez to, kim jest, przez jego właściwości, cechy, które połączone z konkretnymi wydarzeniami, mogą dać jeden i tylko jeden rezultat: taki, a nie inny wybór człowieka. Czy to oznacza jednak, że uczynki faktycznie nie mają znaczenia i że rację miał Luter i inni reformatorzy?

Otóż nie, gdyż predestynację należy rozumieć nie tyle, ile działanie Boga niejako obok czy niezależnie od ludzkiej woli, lecz raczej jako działanie POPRZEZ tę wolą wolę, jako zdeterminowanie wyborów człowieka. Są one owszem, zdeterminowane i Bóg zna je wszystkie, inne w twierdzenie uwłaczałoby Wszechmocy i/lub Wszechwiedzy Boga. My jednak nie znamy tego, nie wiemy, co wybierzemy. Mamy zatem złudzenie, że jesteśmy podmiotem, a przede wszystkim wynikające z niego złudzenie, że dokonujemy wolnego wyboru, mamy więc ZŁUDZENIE WOLNEJ WOLI. Złudzenia tego nie potrafimy się pozbyć, nie potrafimy się wyrzec swojego „ja”, nie możemy zniszczyć swojej samoświadomości, nawet zaś gdybyśmy mogli, to i tak byłby to „nasz” wybór, podjęty w złudzeniu podmiotowości i wolnej woli. Jesteśmy więc skazani na wybór, choć tak naprawdę nie jest to wybór. Dla nas jednak jest to wybór, mamy to nieustanne złudzenie wolnej woli i dlatego właśnie jest ono ZOBOWIĄZUJĄCE. Choć zatem prawdziwa jest teoria predestynacji, to jednak dla nas tak naprawdę NIC z tego nie wynika! Teoria predestynacji wynika z Wszechmocy i Wszechwiedzy Boga, wynika z praw nauki połączonych z dogmatami chrześcijańskimi, jednak dla nas jest tak, jakbyśmy wcale nie byli do niczego z góry przeznaczeni, jakbyśmy faktycznie wybierali w sposób wolny swoje postępowanie. Nie ma więc żadnej sprzeczności między zbawieniem przez uczynki a teorią predestynacji. Zbawienie dokonuje się przez nasze uczynki, nasze wybory. Są one zdeterminowane, jednak nie wiemy na jakie.

Oczywiście ma tu też niebagatelne znaczenie Łaska Boża, jednak nie rozumiana jako jakieś szczególe wybranie i namaszczenie, które nie objawia się na zewnątrz, którego nie możemy udowodnić, a które miałoby nam zapewniać zbawienie, niezależnie od naszych czynów. Wręcz przeciwnie. Łaską jest wszystko, łaską jest to, kim jesteśmy, to, w jakiej rodzinie się urodziliśmy i wychowaliśmy, wszystkie nasze dobre cechy, dzięki którym możemy dokonywać dobrych czynów i unikać złych (łaska uczynkowa). „Co bowiem, czego byś nie otrzymał?” mówi św. Paweł. Największą zaś Łaską było Misterium Paschalne Chrystusa, dzięki któremu nasze postępowanie w ogóle może nam otworzyć drogę do Nieba. Co zaś do wiary, to wiara musi przejawiać się w miłości, w przestrzeganiu Przykazań. Jest to logiczne następstwo wiary, jej zewnętrzny wyraz i dowód na nią. Jeżeli przestrzegam Przykazań, to muszę wierzyć, bo inaczej byłoby to bez sensu, nie byłoby uzasadnienia, abym przestrzegał Przykazań.

Podsumowując, właściwie rozumiana predestynacja nie niszczy etyki ani nie unieważnia roli uczynków w zbawieniu. Nie usprawiedliwia zbrodni ani nie jest wezwaniem do bezczynności, lecz wręcz przeciwnie: jest wezwaniem do przestrzegania Przykazań Bożych i Kościelnych, od tego bowiem, dzięki Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa, zależy nasze zbawienie. To zaś, że nasze wybory tak naprawdę są zdeterminowane, że nie są wolnymi wyborami, lecz złudzeniem takowych, nie ma dla nas znaczenia, ponieważ nie możemy nie wybierać, nie znamy naszych przyszłych wyborów, a w związku z tym i naszego losu po śmierci. Bóg więc przeznacza człowieka z góry do zbawienia lub potępienia nie niezależnie od jego woli, wyborów i czynów, lecz poprzez i za pomocą jego woli i jego wyborów, determinując je poprzez stworzenie człowieka takiego, a nie innego. Ponieważ jednak nie znamy samego siebie w całości, a co więcej nie wiemy, co nas czeka, nie wiemy też, jakie podejmiemy decyzje, a więc również tego, czy zostaniemy zbawieni, czy też potępieni.

O relacjach między rozumem a wiarą (nauką a religią).

Przede wszystkim należy zadać sobie pytanie, czy przedstawione w tytule byty w ogóle mogą być z sobą w jakiejkolwiek relacji. Często bowiem posługujemy się tym zestawieniem jako zestawieniem przeciwieństw, czyniono tak również w wielu rozważaniach filozoficznych. Tymczasem, choć problem, który miano tu na myśli jest rzeczywiście istotny, to określanie go jako problemu relacji „rozum-wiara” jest fałszywe. Przeciwieństwem bowiem rozumu nie jest wiara, a rozum nie jest przeciwieństwem wiary. Przeciwieństwem wiary jest wiedza, zaś przeciwieństwem rozumu raczej uczucia, jednak problem, który ma się na myśli, rozważając relacje rozumu z wiarą lepiej chyba byłoby określić jako problem relacji „dogmaty-tezy”, a szerzej również „aksjomaty-tezy”, a więc to mniej więcej, co Kant nazwałby „sądy a priori - sądy a posteriori„. Zacznijmy jednak od podstaw.

Przede wszystkim: co to jest rozum? Rozum można by określić jako normy, jako zasady logicznego wnioskowania i dowodzenia, a również jako zasady klasyfikacji, czyli odnajdywania podobieństw w bytach i tworzeniu „uniwersaliów”, czyli idei, z których składa się każdy język (o czym więcej pisałem m.in. tu). Rozum więc na początku to normy nieuświadomione, niewyrażone językowo. Aby bowiem wyrazić normę, zasadę logicznego myślenia potrzebny jest język…Język zaś jest już wynikiem działalności rozumu, który klasyfikuje, a raczej – odnajduje ukryte w bytach podobieństwa, tworząc idee, czyli słowa. Mówimy tu oczywiście o początku języka, o czasach, gdy język się tworzył. Można rozważać, na ile język faktycznie został stworzony przez rozum, a na ile powstał razem z rozumem…Nie jest to jednak tu istotne. Po powstaniu języka, jest on przekazywany w procesie socjalizacji kolejnym pokoleniom, a razem z nim obraz sklasyfikowanego świata. Rozum jednak to nie tylko sam język, ale przede wszystkim wyrażone w tym języku prawidła logicznego myślenia, dowodzenia i wnioskowania. Prawidła te mają z pewnością postać aksjomatów, wszak nie da się udowodnić samych zasad dowodzenia. Tu już pojawia się więc to, co przyjmujemy na wiarę – sam rozum jest niejako przyjmowany na wiarę, widzimy więc absurd przeciwstawiania sobie tych dwóch bytów, widzimy całą nietrafność tego nazewnictwa.

Idźmy dalej. Rozum, a więc zasady logicznego wnioskowania, potrzebuje materiału, na którym mógłby działać. Same bowiem zasady logiki, dowodzenia i wnioskowania są bezprzedmiotowe i bezużyteczne, jeżeli nie ma tego, na podstawie czego można dowodzić i z czego można wnioskować. Materiał ten dostarczają rozumowi przede wszystkim zmysły, odbierając określone bodźce, czyli postrzeżenia zmysłowe (odkładamy tu na bok TBZ, wg której istnieją tylko bodźce, a tak naprawdę istnieje tylko Bóg, to w tej chwili nie jest ważne). Postrzeżenia te są jednak odpowiednio „przerabiane”, przepuszczane przez filtr języka (a więc tworu rozumowego), zamieniając się w zdania, stwierdzające fakty (zdania deskryptywne). Na tych zdaniach rozum może przeprowadzać operacje, wyciągając z nich wnioski i udowadniając na ich podstawie prawdziwość tez (a więc twierdzeń, które można udowodnić). Rozum jednak pracuje nie tylko na tym. Równie dobrym materiałem do rozumowej analizy są aksjomaty, na których na przykład zbudowana jest matematyka. Są one również przyjmowane „na wiarę” i nikt nie ma z tym najmniejszego problemu. Podobne do aksjomatów są religijne dogmaty. I tu dochodzimy do sedna.

Zarówno religijne dogmaty, jak i naukowe aksjomaty są czymś, co przyjmujemy na wiarę i czego prawdziwości nie sposób dowieść. Jedne i drugie są nam przekazywane w procesie socjalizacji, a więc stanowią element pewnej tradycji (podobnie jak np. sam język). Jedne i drugie w końcu nie odnoszą się bezpośrednio do świata poznawanego przez zmysły. Wszak matematyka jest systemem kompletnie abstrakcyjnym, nikt nigdy nie widział liczby 2, nie mówiąc już np. o liczbach urojonych. Jest to abstrakcja, ale jednak nie fikcja, ponieważ ma zastosowanie do świata poznawanego przez zmysły. Prawidłowości matematyczne zatem muszą jakoś tkwić w bytach, tak jak tkwią w nich podobieństwa, na podstawie których zostały stworzone idee, czyli słowa. A zatem aksjomaty, choć nie odnoszą się wprost do świata zmysłowego, to jednak mają doń zastosowanie pośrednio. Inaczej jednak jest z religijnymi dogmatami. One bowiem nie mają odniesienia do świata zmysłowego, co więcej, SAME SIĘ JAKO TAKIE OKREŚLAJĄ! Dogmaty bowiem mówią nam o cudach, a więc czymś, co nie jest zgodne z prawami świata zmysłowego. Nie tyle jednak nie jest zgodne, ile jest PONAD te prawa i jako takie samo się przedstawia! I tu tkwi esencja właściwej relacji między nauką a religią („rozumem a wiarą”): nie są one mianowicie w ŻADNEJ relacji. Religia nie zaprzecza prawom nauki ani ich nie potwierdza. Nauka nie dowodzi prawdziwości dogmatów ani ich fałszywości. Wszystko to jest z samej definicji niemożliwe, albowiem dogmaty odnoszą się do innego świata niż aksjomaty czy tezy naukowe, świata, który sam siebie definiuje jako ponadzmysłowy. Dlatego jest oczywiste, że żaden dogmat nie może (nie powinien) zaprzeczać żadnemu prawu naukowemu, żadne też prawo naukowe nie może (nie powinno) wykluczać żadnego dogmatu. To, że zdarzają się cuda, a więc odstępstwa od normalności definiowanej prawami nauki, nie podważa samych praw nauki, co więcej: pojęcie cudu jako cudu jest możliwe tylko wtedy, gdy znamy prawa nauki i wiemy, co jest z nimi niezgodne. Inaczej cudem jest dla nas nic albo wszystko, a wtedy wkraczamy już raczej na teren magii niż religii, na teren wyznań ludów pierwotnych, gdzie każdą niezrozumiałą zmianę w świecie natury pojmujemy jako bezpośrednią interwencję sił nadprzyrodzonych, a więc cud. Znajomość zaś praw naukowych, praw rządzących naturą, sprzyja rozróżnianiu cudów prawdziwych od rzekomych, a przez to podnosi jeszcze niezwykłość tych pierwszych.

Podsumowując: rozum jest narzędziem analizy. Analizować może to, co dostarczą mu zmysły, analizować może aksjomaty, a wreszcie analizować może religijne dogmaty. Te ostatnie stanowią więc po prostu część obrazu świata. Dlatego tak trudno mi jest zrozumieć zjawisko „nawrócenia” (zmiany religii/wyznania), o czym pisałem już tu. Dlatego tak ważne jest wychowanie od dzieciństwa w wierze. Dlatego sens ma chrzest dzieci. Albowiem dogmaty są częścią obrazu świata na równi z logicznymi aksjomatami, na równi z językiem, na równi z aksjomatem, że to, co postrzegamy zmysłami, jest prawdziwe (a nie, że np. żyjemy w „Matrixie”) i powinny być w jednakowym czasie wpajane. Tak jak nie dyskutuje się z językiem i kryteriami jego klasyfikacji, tak jak nie dyskutuje się z aksjomatami logiki i matematyki, tak jak nie dyskutuje się z prawdziwością świata zmysłowego, tak jak nie dyskutuje się z zasadami dowodzenia, tak samo nie dyskutuje się z dogmatami, bo zwyczajnie nie ma tu pola do dyskusji. Jest to część obrazu świata. Albo została ona wpojona w dzieciństwie, albo nie. Bardzo trudno musi być potem nagle uwierzyć w dogmat, bowiem nie ma ku temu najmniejszego powodu, co zresztą zakłada sam dogmat i co stanowi o jego wartości, jak i o wartości wiary i religii (o czym pisałem we wspomnianym wyżej wpisie).

Dogmaty poddają się rozumowej analizie, jednak wcale nie muszą pozostawać ze sobą w jakichś logicznych związkach. Jest to jednak możliwe, i to pomimo tego, że same poszczególne dogmaty często mogą być niezgodne z prawami logiki. Zazwyczaj jednak to wcale nie dogmaty stanowią sedno religii, a ich rozumowa nawet analiza nie jest najistotniejsza dla przeciętnego wiernego, co najwyżej zajmują się tym wyspecjalizowane instytucje, kapłani, teolodzy lub inne elity danej religii. Zdecydowanie jednak ważniejsze, zarówno dla przeciętnego wiernego, jak i dla samej religii, są normy postępowania, a więc etyka, jako że religię można by określić jako „etykę uzasadnioną w sposób nadprzyrodzony/ponadzmysłowy”. To etyka stanowi centrum i właściwą domenę religii. Co bowiem człowieka może obchodzić, że istnieje jakiś tam Bóg lub bogowie, skoro niczego oni od niego nie wymagają, niczego nie zakazują, nie karzą go ani nie nagradzają? Same dogmaty nie tworzą religii – istnienie istot nadprzyrodzonych, które nie wymagają nawet tego, żeby w nie wierzyć czy oddawać im cześć nie może zainteresować ani zmienić życia zbyt wielu osób. Sednem zatem religii jest etyka, a więc normy sensu stricto, nakazujące określone postępowanie lub zakazujące go. Te zaś są z natury swej niemożliwe do udowodnienia i związek ich z nauką jest żaden, albowiem mówią nie o tym, co jest, a o tym, co być powinno. Między zaś tymi dwoma światami zionie wielka przepaść, o czym szerzej pisałem tu. Niemniej, rozum może analizować normy postępowania, a nawet powinien to czynić, aby z norm generalno-abstrakcyjnych uzyskać normy indywidualno-konkretne. I to jest właściwe i zasadnicze zadanie rozumu w religii. Najbardziej bowiem nawet szczegółowe i kazuistyczne prawo religijne nie jest w stanie określić wszystkich możliwych przypadków ani przewidzieć wszystkich możliwych sytuacji. Zdarza się więc, w zależności od prawa danej religii rzadziej lub częściej, że jednostka staje przed nieoczywistym moralnie wyborem i musi posłużyć się czymś, co nazywają „sumieniem”, a co w rzeczywistości jest raczej rozumem zastosowanym do analizy generalno-abstrakcyjnych norm moralnych. Pisałem już chyba o tym tu.

Podsumowując: dychotomia rozum-wiara jest fałszywa, a może raczej niedokładnie określona. Rozum jest tylko narzędziem analizy: może analizować zarówno materiał dostarczany przez zmysły, jak i dogmaty religijne przekazane przez tradycję. Podstawowym jednak jego zadaniem w religii jest analiza norm moralnych, a konkretnie zamiana norm generalno-abstrakcyjnych w indywidualno-konkretne.