Zarys historii klimatów światopoglądowych.

Pierwotny światopogląd ludzkości można by określić jako generyzm (od łac. genus, generis – ród, szczep, plemię). Wyróżnić można trzy zasadnicze jego elementy:

  1. Generyzm sensu stricto - to znaczy przekonanie, że jednostka jest jedynie częścią rodu, a później szczepu, plemienia, a więc pewnego ciągu pokoleń; jednostka jest jedynie zbiorem przodków, jest ich kontynuacją.
  2. Pewnego rodzaju „materializm”, który można by określić jako materializm celów. Ludzie pierwotni oczywiście nie byli materialistami w tym sensie, że uznawali za prawdziwy jedynie świat materialny. Niemniej, główne cele, jakie stawiali sobie w życiu, były celami czysto materialnymi, co wiązało się też ze słabo rozwiniętą eschatologią. Stąd na przykład Bóg nie obiecuje Abrahamowi za posłuszeństwo życia wiecznego, lecz dary czysto materialne, dotyczące życia doczesnego – ziemię (a więc bogactwo, dostatek), długie życie, a przede wszystkim – liczne i sławne potomstwo. Ten „materializm celów” widać też w innych kulturach, gdzie modlitwy kierowane do bóstw dotyczą spraw czysto ziemskich, doczesnych, materialnych. Eschatologia nie jest zbyt rozwinięta. Zazwyczaj świat pośmiertny nie jest nawet podzielony na „niebo” i „piekło”, lecz jest jakąś jedną wielką otchłanią (Szeol, Hades), jedną wielką przestrzenią, w której przebywają zmarli. Eschatologia nie pełni więc tu przede wszystkim roli uzasadnienia etycznego postępowania (na zasadzie: jak będziesz zły, pójdziesz do piekła, a jak dobry to do nieba), lecz jest raczej wyrazem generystycznego przekonania o trwałości tego, co minęło. To, że przodkowie, chociaż umarli, dalej gdzieś istnieją i mogą oddziaływać na świat doczesny (jako duchy, zjawy) stanowi uzasadnienie tego, aby pamiętać o nich i szanować ich i ich zwyczaje, stanowi więc pełne logiczne dopełnienie punktu 1.
  3. „Spirytualizm” (nadnaturalizm) środków - jak już wyżej napisałem, ludzie pierwotni nie byli materialistami w znaczeniu oświeceniowym. Wręcz przeciwnie, wierzyli oni w rozbudowany świat duchowy, niematerialny, pełny duchów, zjaw, demonów, a później również bóstw i bogów, którzy rządzili pewnymi sferami świata materialnego (przyrody). Wszelkie zaklęcia, modlitwy i cały pierwotny kult był więc środkiem do osiągnięcia czysto materialnych celów z punktu 2 poprzez opanowanie sił przyrody. Były więc pewną „techniką”, narzędziem zapewnienia sobie (magia) albo ubłagania (modlitwa) powodzenia w życiu doczesnym.

Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na punkt 1., który wydaje się tu najważniejszy. Jak daleko sięga zależność jednostki od przodków, można zauważyć np. w tym, że Bóg w Księdze Wyjścia „karze występki do siódmego pokolenia”, zaś „błogosławi do tysięcznego pokolenia”. Wyraźnie więc widać, że potomstwo jest tu niejako postrzegane jako kontynuacja człowieka. To dopiero w księgach prorockich pojawia się idea, że „każdy umrze za swój własny grzech”. Pierwotnie jednostka jest częścią rodu, jest kontynuacją swoich przodków. Wszystko, co robi, ma robić dla dobra rodu, dla dobra potomstwa. Mienie, które ma nie należy do niej, gdyż nie ona go wypracowała, lecz otrzymała go od przodków. Stąd koncepcja własności jest bardzo ograniczona. Stąd, do czasów postania idei testamentu w Starożytnym Rzymie, dziedziczenie odbywa się „według ustawy”, a właściwie wg zwyczaju, tradycji. Stąd nawet w Starożytnym Rzymie można było ograniczyć zdolność do czynności prawnych tzw. marnotrawcy (prodigus), czyli tego, który rozrzutnie rozporządzał majątkiem, który teoretycznie był jego, ale w praktyce był przodków i potomków, był rodu. Stąd obecna do dziś w prawie instytucja zachowku (alternatywnie z systemem rezerwy), która ma zabezpieczać interesy tzw. dziedziców koniecznych, czyli nikogo innego jak właśnie rodu, rodziny. Stąd utrzymująca się przez wiele wieków zasada, że małżeństwo bez zgody rodziny (rodu) jest nieważne. Wszystko to są przejawy generyzmu, przekonania, że jednostka jest częścią rodu i nie może sobie ot tak zarządzać swoim życiem, zdrowiem czy mieniem, gdyż wszystko to otrzymała od rodu (przodków) i rodowi (potomkom) ma to oddać. Sama jest jedynie czasowym zarządcą rodu, jest jedynie wkładem w ową ponadczasową Formę, jaką jest Ród, jest jedynie twarzą, schowaną za maskami swoich przodków, za maską Rodu.

Taki był pierwotny światopogląd ludzkości. Z czasem jednak zaczęła następować emancypacja jednostki z rodu. Pojawiła się idea indywidualnej duszy i indywidualnej odpowiedzialności („każdy zginie za swój własny grzech”). Pierwsze jednak znaczące zaczątki indywidualizmu pojawiły się w prawie rzymskim, na przykład w przełomowym na skalę światową koncepcie testamentu, który oznacza, że jednostka przestaje być jedynie czasowym zarządcą mienia rodowego, która ma go strzec i w miarę możliwości pomnażać dla potomnych, lecz może spowodować, że część tego mienia wyjdzie zupełnie poza ród (!), zapisana np. przyjacielowi. Co więcej, w prawie rzymskim pojawia się też koncepcja małżeństwa przez porozumienie stron (Nuptias non concubitus, sed consensus facit). Wszystko to są jednak jedynie zaczątki indywidualizmu. Prawdziwa rewolucja, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym, przychodzi wraz z chrześcijaństwem.

Ewangelie, odczytywane dosłownie, stanowią wręcz radykalne zaprzeczenie generyzmu. Ich przesłanie można by streścić tak: porzuć wszystko, porzuć rodzinę, najlepiej się nie żeń (wyższość stanu bezżennego nad małżeństwem podkreśla również św. Paweł), nie grzeb nawet ojca („Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych”), sprzedaj wszystko, co masz (dziedzictwo rodowe!) i rozdaj ubogim, chodź po świecie właściwie bez niczego i głoś Ewangelię, a jak cię zabiją, to tym lepiej, bo będziesz miał skarb w niebie. Nie można sobie wyobrazić bardziej kompleksowego i całościowego zaprzeczenia idei generystycznej. Oto człowiek ma porzucić swój ród, ma sprzedać dziedzictwo rodowe, ma go nie pomnażać (nie gromadzić sobie skarbów na ziemi), ma nie dbać o potomstwo, o ród, o żadne dobra materialne („nie troszczcie się zbytnio (zbytnio jest tam podobne dodane później!) o pokarm”, o odzienie, lecz o „Królestwo Boże i Jego sprawiedliwość, a wszystko inne będzie wam przydane), lecz ma włóczyć się po całym świecie, żyjąc z tego, co mu dadzą i głosić Ewangelię. Jest to mentalność sekty. Jest to mentalność, którą później przejmowały liczne herezje, a za nimi Bohema i postmodernistyczne komuny roku 1968. Zmieniało się otoczenie ideowe, zmieniały się czasy, ale jedno pozostawało i pozostaje wspólne: emancypacja jednostki z rodu. Emancypacja jednostki z celów i wartości rodu, na rzecz jej własnych idei, przy czym „własnych” niekonieczne oznacza, że przez siebie wymyślonych, lecz oznacza, że nie są to idee rodu, nie są to idee przodków. Powstaje więc pewna wspólnota, sekta, komuna ludzi wyrwanych z ich rodów, z ich rodzin, którzy rezygnują z tradycyjnych, naturalnych wręcz i pierwotnych wartości generystycznych, aby wspólnie żyć w inny sposób, najczęściej skupiający się na celach i wartościach „duchowych”, niematerialnych, a więc innych od tych, które głosi generyzm.

I faktycznie, gdy spojrzymy na pierwotne chrześcijaństwo, na pierwotny Kościół, widzimy właśnie to: małe grupki, „komuny”, ludzi, którzy zrywają z rodem, z rodziną, którzy sprzedają majątek i przynoszą do Apostołów, którzy rozdzielają „każdemu według potrzeby” (sic!). Widzimy ludzi fanatycznie wręcz oddanych wierze, „radykalnych”, czy może raczej: ekstremalnych, gotowych umrzeć za wiarę, gotowych dla wiary wszystko porzucić. Ludzi, którzy żyją wśród prześladowań i w związku z tym w ogóle nie dbają o dobra materialne. Ludzi, którzy żyją w oczekiwaniu końca świata albo własnej śmierci. Wszystko to było wtedy uzasadnione. Było uzasadnione, dopóki chrześcijaństwo faktycznie było malutką, prześladowaną sektą na marginesie judaizmu, w której wszyscy znali Apostołów, a jak nie, to kogoś, kto bezpośrednio ich znał. W której wszystko działo się właściwie w jednym, góra dwóch, trzech kręgach kulturowych, połączonych przez panowanie rzymskie.

Później jednak chrześcijaństwo przestało być prześladowane. Później stało się religią państwową. Jeszcze później dotarło do zupełnie innych kręgów kulturowych niż te, w których powstało. Przyszło mu zmierzyć się z wierzeniami dzikich plemion germańskich i słowiańskich, przyszło mu dostosować się do tego, że rozszerzało się z dnia na dzień, że ewangelizacja następowała masowo, całymi wioskami, krajami. Przyszło mu dostosować się do własnych rozmiarów i potęgi, które uzyskało. Przyszło mu dostosować się do generystycznej mentalności pierwotnych plemion, dzikich ludów Europy. I tak narodził się katolicyzm. Tak, sądzę, że uzasadnione jest to rozróżnienie – chrześcijaństwo – katolicyzm. Chrześcijaństwo to Kościół pierwotny, mały i prześladowany, złożony z grupek ekstremistów o mentalności sekty, gardzących dobrami materialnymi i wszystkimi wartościami generystycznymi; to „Kościół komunistyczno-bohemistyczny”, zbuntowany przeciw generystycznemu światu dookoła. Katolicyzm z kolei, to Kościół, który dojrzał, ostygł, rozrósł się, ustabilizował i „ucywilizował”. To Kościół, który na nowo zinterpretował Nowy Testament tak, aby dostosować go do Rzeczywistości. Nie sposób bowiem, żeby Kościół mający miliony wiernych, obejmujący swym zasięgiem całe kraje i społeczeństwa składał się z maleńkich sekt włóczęgów-żebraków, ponieważ zwyczajnie nie będzie ich miał kto utrzymać. Nie sposób, żeby Kościół taki był czymś na kształt komuny. Nie sposób, żeby taki Kościół mógł zupełnie gardzić dobrami materialnymi i nie troszczyć się o nie. Nie sposób, żeby wszyscy wierni tego Kościoła mogli sprzedać wszystko, co mają, rozdać ubogim (pytanie, co wtedy mają zrobić ci ubodzy z tym, co dostaną…) i poświęcić się wyłącznie życiu duchowemu czy głoszeniu Słowa. Nie, Kościół musi jakoś zaakceptować wartości i cele generystyczne. Musi jakoś pogodzić się z generyzmem, nie tracąc jednocześnie swego indywidualistycznego ducha, który leży u jego podstaw i który tryska z każdego wręcz zdania Ewangelii. Kościół musi wręcz znaleźć równowagę i tej równowagi szuka w Średniowieczu. Z jednej strony przyjmuje wartości generystyczne, nie gardzi dobrami materialnymi, nie każe chłopom porzucać swojej ziemi ani rezygnować z troski o doczesność. Z drugiej strony mówi jednak: są rzeczy ważniejsze. I tak powstaje hierarchizm, owa najbardziej katolicka postawa, o której więcej pisałem tu. Promuje również, o czym już była mowa, indywidualistyczną zasadę, wywodzącą się z prawa rzymskiego, że małżeństwo tworzy porozumienie, a co więcej, że jest ważne nawet bez zgody rodziny (rodu). Indywidualistyczna jest też instytucja legitymacji dzieci nieślubnych przez późniejsze małżeństwo.

Widzimy więc, że Kościół katolicki jest wręcz z natury swojej „konserwatywno-liberalny”, a raczej: generystyczno-indywidualistyczny. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że protestantyzm, jak również zmiany następujące w Kościele współcześnie, zwłaszcza po Vaticanum II (nie bez powodu zwane właśnie „protestantyzacją Kościoła”) są przeważeniem szali na stronę indywidualizmu, o ile nie są w ogóle odrzuceniem generyzmu. Ideałem ma tu być chrześcijaństwo pierwotne, odrzucone jest budowanie doczesnej potęgi Kościoła („Kościół ubogi”), odrzucana jest również (protestantym) lub lekceważona (Kościół posoborowy) Tradycja Kościoła na rzecz „radykalizmu ewangelicznego” lub wręcz zasady sola Scriptura. Promowany jest ekstremizm i „charyzmatyzm”, rodem z Dziejów Apostolskich. Odrzucany jest hierarchizm (o czym pisałem już w zalinkowanym wcześniej wpisie). Z protestantyzmu zaś, jak to już tu nieraz pisałem, wyrasta cała nowożytna Antycywilizacja, rzekomo „indywidualistyczna”, ale jedynie w tym sensie, że jest antygenerystyczna. W prawosławiu zaś chyba generyzm pokonał prawie zupełnie indywidualizm, choć tutaj nie mogę się wypowiedzieć, gdyż brak mi wiedzy w tym temacie. W powyższym twierdzeniu opieram się jedynie na pewnej wizji Aleksandra Dugina, którą roztoczył on w tym wywiadzie. Nie wiem jednak, czy właściwie interpretuje on prawosławie i czy jego poglądy są reprezentatywne dla prawosławia. Raczej tak nie jest, jednak chyba „coś jest na rzeczy”, w tym sensie, że prawosławie jest bardziej generystyczne i mniej indywidualistyczne niż katolicyzm, a przynajmniej powinno tak być, choćby dlatego, że prawosławie nie przejęło prawa rzymskiego i jego indywidualizmu, a przynajmniej nie tak, jak zrobił to katolicyzm rzymski.

Widzimy więc, że katolicki radykalizm nigdy nie oznacza ekstremizmu. Katolicyzm z natury swojej szuka „złotego środka” pomiędzy leżącym w naturze ludzkiej generyzmem, a głoszonym przez Ewangelie indywidualizmem.

Nowy odcinek „Uwięzionego w Serze”

jest dostępny tu. Jak zwykle zawiera on też wszystkie poprzednie „odcinki”. Nowa część zaczyna się od tytułu „Pamiętnik egoteisty” na stronie 99.

Na zachętę poniżej podaję parę fragmentów z „nowego odcinka”:

I powiem Ci jeszcze jedno: Bóg nie ma litości. Nie ma litości, ponieważ ma litość i litość nakazuje! Spójrz dookoła! Jakże wiele jest ludzi, którym nigdy nie odpłacimy za to, co nam wyświadczyli, wobec których nigdy nie będzemy kwita, nigdy nie będziemy z nimi równi, lecz zawsze niżej, zawsze coś zawdzięczający, zawsze jako dzieci, niewolnicy, słudzy! Jeżeli chcesz móc pomiatać człowiekiem, wyświadcz mu dobro, za które nie będzie w stanie się odpłacić, a wtedy nie ośmieli się nawet pisnąć. Badź wobec niego dobry i litościwy, miłosierny i wyrozumiały, nic nie żądaj, a wszystko dawaj, a wtedy…Ach, czy już widzisz tę złotą klatkę, te okropne więzy, kajdany daru, oplatające zewsząd macki bezinteresownej miłości, poświęcenia, które jak pajęczyna duszą Cię i nie pozwalają Ci swobodnie oddychać? Och, jak chciałbym być z kimś na równi! Jak chciałbym ze wszystkimi załatwiać tylko interesy, niech ja nie będę nikomu nic dłużny, ani nikt niech nie będzie miał wobec mnie długu, niech wymieniamy się swobodnie i według chęci, nie będąc przymuszani przez palącą ofiarność i zawstydzające miłosierdzie!”

Ach, co za poniżenie! Co za rywalizacja, konkurs poniżenia! Musimy umywać nogi tym, którzy dali nam ręce, którymi możemy to czynić, lecz oni nie pozwolą nam umyć nóg, nie, nie, oni życie za nas dadzą!

Czy nigdy nie możemy być w normalnych relacjach? Czy musimy ciągle wszystkim dookoła dawać fory, jak fory daje się dzieciom w szachach? Czy musimy wszystkim dookoła służyć, nie oczekując rzekomo niczego w zamian? Czy musimy ciągle wszystkich poniżać swoim poświęceniem, oddaniem, ofiarnością, a na koniec miłosierdziem i miłością?
Czy nie widzisz jak jesteś poniżany, niewolony przez wszystkim dookoła? Czy nie widzisz tego, że wszyscy traktują Cię jak dziecko, a Ty starasz się im odpłacić tym samym, ale są tacy, wobec których jest to niemożliwe? Czy nie widzisz, że wszyscy ciągle dają Ci fory, tak jakbyś był dzieckiem, któremu trzeba pobłażać, jakbyś niegodny był tego, aby Cię potraktować normalnie, na równi…

Czy nie widzisz, jak wszyscy dookoła wywyższają się wiekiem? Nikt nie traktuje poważnie młodszych od siebie, wszyscy traktują ich jak niepełnosprawnych umysłowo, jak wariatów, jak dzieci. „Tak, oczywiście, zobaczymy”, „Tak, ja też tak kiedyś myślałem”. Ta ciągła rywalizacja! „Matura to nic, zobaczysz co to studia”, „Studia to nic, zobaczysz co to praca”, „Praca to nic, zobaczysz co to starość”. Gdyby umarli mogli do nas przemówić, zapewne powiedzieliby: „Starość to nic, zobaczysz co to śmierć”. Co za wieczne poniżanie innych! Co za wieczne wywyższanie się, co za pycha, a wszystko w atmosferze jakże luźnej, swobodnej i niewinnej. Pokazywanie człowiekowi, gdzie jego miejsce w sposób na pozór delikatny i subtelny, a jednak, a może przez to właśnie, tak bolesny i nie do zniesienia. Ciągłe poniżanie. Ciągłe szyderstwo. Ciągłe wyśmiewanie i pobłażanie. A jakby tego było mało – ciągłe służenie, przebaczanie, bezinteresowność i poświęcenie. I oczywiście bez żądania niczego w zamian, bo „to wszystko z miłości”. To nazywacie miłością?”

Jesteś nowy. Nowy w życiu. Nowy w rodzinie. Nowy w dzieciństwie. Nowy w świecie, który musisz poznać. Nowy w pisaniu, czytaniu, chodzeniu. Nowy w szkole. Nowy wśród kolegów. Nowy na egzaminie. Nowy na studiach. Nowy na praktykach. Nowy w pracy. Nowy w zawodzie. Nowy w piciu. Nowy w prowadzeniu samochodu. Nowy w uczeniu się. Nowy w bawieniu się. Nowy w relacjach międzyludzkich. Nowy w zakochaniu. Nowy w narzeczeństwie. Nowy w małżeństwie. Nowy w rodzicielstwie. Nowa w macierzyństwie i nowy w ojcostwie. Nowy w byciu mężem i nowa w byciu żoną. Nowy w kapłaństwie. Nowy w zakonie. Nowy w każdym kolejnym roku życia, w każdym okresie życia, w który wchodzisz. Nowy w starości. Nowy na emeryturze. Nowy w byciu dziadkiem. Nowa w byciu babcią. A kiedy w końcu tak się zestarzejesz, że będzie Ci się wydawać, że w końcu jesteś dojrzały, to okaże się, że jesteś nowy w nowym świecie, który się zmienił. Nowy w nowych technologiach. Nowy w nowych obyczajach. Nowy w nowej wiedzy, której nie znałeś. I tak w całej swojej starości okażesz się wciąż niemowlakiem, w całej swej dojrzałości pozostaniesz dzieckiem. Zawsze niższym. Zawsze niedojrzałym. Zawsze poniżanym swoim nowicjuszostwem, swoją młodością, swoją pupą, swoim smarkaczem. I jedyne co Ci pozostaje, to poniżanie innych tak, jak Ty byłeś poniżany. Bo są młodsi od Ciebie. Bo są mniej doświadczeni. Coś już przeszedłeś.

Albowiem życie jest nieustanną drogą od bycia poniżanym do poniżania, jest przechodzeniem ze stanowiska poniżanego na stanowisko poniżającego, nieustannym wspinaniem się na kolejne szczyty tylko dlatego, że siedzi na nich stado Dojrzałych, których szyderczego śmiechu rozbrzmiewającego wśród skał nie możesz już wytrzymać, których pełnych politowania i zrozumienia spojrzeń nie możesz już znieść i dlatego musisz ciągle przeć na przód, aby im pokazać, aby sobie nie myśleli, aby poznać, doświadczyć, zrównać się z nimi, żeby już nie być dzieckiem, nie być młodzieńcem, nie być smarkaczem, aby w końcu być Dojrzałym, którego traktuje się poważnie!

Lecz ci Dojrzali sami są niedojrzali wobec tych na wyższych szczytach, więc i oni nieustannie uciekają, prąc do przodu bez celu, popędzani, przymuszani do wspinaczki tym samym śmiechem szyderstwa, uśmiechem doświadczenia, politowania i zrozumienia, tymi samymi nieznośnymi forami i tolerancją nie do wytrzymania. I tak aż do śmierci. I jedyne co możesz zrobić w drodze między kolejnymi szczytami, to odwrócić się i popatrzeć w dół, za siebie. To są jedyne chwile przyjemności, kiedy z wysokości swego szczytu patrzysz do tyłu. Patrzysz i śmiejesz się szyderczo i uśmiechasz się z politowaniem, z tą cudowną wyższością wieku, doświadczenia i przeżycia, bezlitośnie chłoszczesz młodych, smarkaczy, te bachory, niemowlęta, tych, co się nie znają, o tak, bezlitośnie chłoszczesz ich swoją wyższością, która jest faktem i na którą dlatego właśnie nic nie mogą poradzić. Okrutnie przeszywasz ich mieczem swego szyderstwa, swego politowania, swego zrozumienia.

Jednak te cudowne chwile nie trwają długo, gdyż zaraz znów dociera do Ciebie śmiech tych wyżej, którzy krzyczą: „Hej, Ty tam na dole! Co ty niby wiesz o życiu, co? Co Ty tam widzisz z poziomu swojej małej góreczki, tego marnego pagóreczka, co ledwo od ziemi odstaje? Jak dojdziesz tu, gdzie ja jestem, to dopiero zobaczysz! Wtedy zrozumiesz, tak! Ja też myślałem tak jak Ty, gdy byłem na tej Twojej śmiesznej góreczce, tak, tak, nie myśl sobie, ja to rozumiem!”.

Podstawowa relacja międzyludzka – poniżanie i bycie poniżanym. Wyśmiewanie i bycie wyśmiewanym.”

Życzę przyjemnej lektury (choć może nie jest to w tym przypadku do końca właściwe słowo…).

Już jutro wieczorem rozpoczyna się Święte Triduum Paschalne!

Z tej okazji, jak co roku, składam wszystkim moim PT Czytelnikom życzenia dobrego, pobożnego i owocnego przeżycia tego Świętego Czasu, aby nic w te Dni nie przeszkadzało, nie przesłaniało Najważniejszych Prawd Wiary, które będziemy wspominać, rozważać i celebrować.

Tym zaś z moich PT Czytelników, którzy nie są katolikami, życzę Łaski Nawrócenia i zapewniam o swojej modlitwie w tej intencji.

Wszystkim zaś życzę po prostu zdrowych i spokojnych Świąt!

PS Może trochę nieporadne te życzenia i z roku na rok coraz krótsze…Spragnionym bardziej rozbudowanych życzeń polecam wpisy świąteczne z poprzednich lat. Np. z zeszłego roku.

Zbiorowość bytu w aspekcie temporalnym.

Wielokrotnie (np. tu) już przedstawiałem na tym blogu podstawowy typ Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ), czyli ten aspekt zbiorowości bytu, który można by nazwać aspektem kwalitatywnym, jakościowym, a który streszcza się w stwierdzeniu, że byt jest zbiorem cech, tego, co nazywamy jego cechami. Ostatnio (tu) przedstawiłem też „ograniczoną” wersję TBZ, a właściwie nowy aspekt zbiorowości bytu, który można by nazwać aspektem kwantytatywnym, ilościowym, a który zawiera się w tezie, że byt jest zbiorem tego, co nazywamy jego częściami. We wpisie niniejszym chciałbym przedstawić trzeci aspekt zbiorowości bytu – aspekt temporalny, a więc czasowy, który można by wyrazić zdaniem: byt jest zbiorem tego, co nazywamy jego stanami, wersjami w czasie.

Wynika to właściwie bezpośrednio z aspektu jakościowego zbiorowości bytu. Jeżeli bowiem byt jest jedynie zbiorem tego, co nazywamy jego cechami, to oczywiste jest, że każda, nawet najmniejsza zmiana w jakiejkolwiek cesze powoduje, że mamy do czynienia z nowym zbiorem, a więc nowym bytem. TBZ bowiem, zarówno w swoim aspekcie kwalitatywnym, jak i kwantytatywnym eliminuje właściwie rozróżnienie na byt „ten sam”, a „taki sam”, likwiduje bowiem owego „ducha bytu”, to, co powoduje, że zwykliśmy mówić, że byt „ma” cechy czy części, a nie nimi jest, że zwykliśmy sobie stwarzać abstrakcyjny byt, abstrakcyjnego „konia” ponad głową, nogami i tułowiem, abstrakcyjnego „konia” ponad długością, szerokością, wysokością, kolorem, masą i innymi jego cechami. Każda więc „zmiana bytu”, to nie zmiana – to stworzenie nowego bytu. Byt nie może się zmieniać – musiałby bowiem być czymś więcej niż zbiorem cech, musiałby wyjść ponad siebie, musiałby „SIĘ zmieniać”, zaś nawet aspekt kwalitatywny TBZ mówi, że żaden byt nie może oddziaływać sam na siebie, nie może być jednocześnie przedmiotem i podmiotem czynności. Zmiany zaś zachodzą NIEUSTANNIE. Każdy materialny byt zmienia się wciąż, zmienia się bez przerwy, bez zatrzymania, mimo, że nie każda zmiana jest dla nas widoczna. A jednak każdy byt jest nieustannie w ruchu, elektrony nieustannie krążą dookoła jąder atomowych, każdy byt jest nieustannie w ruchu, nieustannie się zmienia w czasie, co możemy nazwać, i często nazywamy, starzeniem, zużyciem, niszczeniem. Nic nie jest wieczne, wszystko podlega zniszczeniu, a więc przemianie – trwa ona nieustannie, choć dla nas jest widoczna dopiero po jakimś czasie. Należy to dobrze zrozumieć – jeżeli przemiana trwa NIEUSTANNIE, to znaczy, że nie ma zatrzymania, nie ma „stopu”, a więc NIE MA TERAŹNIEJSZOŚCI. Nie ma stanu. Nie ma statusu. Jeżeli powiemy „teraz”, to już nie jest „teraz”. Jeżeli wszystko to ze sobą zestawimy, okaże się jeszcze raz, że NIE MA BYTU. Byt po raz kolejny okaże się czymś nie do uchwycenia, czymś rozmytym – tym razem rozmytym w czasie, tak jak w aspektach kwalitatywnym i kwantytatywnym był rozmyty w przestrzeni. Najlepiej pokazać to na przykładzie – jeżeli np. patrzę na szampon, to nie ma tam szamponu – tam jest NIESKOŃCZONA ILOŚĆ BYTÓW – nieskończona ilość wersji szamponu, wersji tego bytu, tego zbioru cech i części, który nazywamy szamponem. Tak samo, jak wtedy, gdy patrzę na szampon w aspekcie kwantytatywnym, ilościowym i mówię – to nie jest szampon, to jest nieskończona ilość części, cząsteczek, zbiór nieskończonej ilości elementów. Nieskończonej – bo każda część jest zbiorem części, bo zawsze właściwie mogę część podzielić na jeszcze mniejsze części, bo każda część okazuje się zbiorem, okazuje się uproszczeniem mojego umysłu. Tak samo tu, w aspekcie temporalnym – szampon jest uproszczeniem, to co widzę jest ekstraktem, abstrakcyjnym wyciągiem, jakąś medianą wielu szamponów, które następują po sobie NIEUSTANNIE. Jeżeli NIEUSTANNIE – to oznacza, że nie ma ustanku, a więc nie ma tak naprawdę żadnej wersji, nie ma szamponu, nie ma konia, ołówka, jabłka, czegokolwiek – rozpłynęły się w czasie, gdyż wszystko dzieje się zbyt szybko, byt się rozpływa, rozmywa w nieskończonej ilości wersji. Nieskończonej – gdyż zmiana następuje w każdej, najmniejszej nawet części sekundy, a każdą część sekundy można podzielić na mniejsze jeszcze części – i tak w nieskończoność, tak jak z dzieleniem na części atomu, protonu, kwarka, każdej najmniejszej cząsteczki.

Nie ma więc bytu, który się zmienia, nie ma ołówka, który MA swoje wersje – on JEST zbiorem tych wersji, tych stanów, a tak naprawdę jest niczym, abstrakcją – ponieważ każdy jego stan jest abstrakcją, uproszczeniem naszego umysłu, który nie dostrzega nieustannej zmiany, nieustannego następstwa bytów, z którego żadnego nie da się uchwycić, bo każde uchwycenie będzie uproszczeniem. Tak samo, jak nie da się uchwycić konia, który jest tylko zbiorem – zbiorem zbioru zbioru zbioru i tak aż w nieskończoność, aż w końcu nie wiadomo co jest tak naprawdę zebrane, gdyż na końcu część jest tak mała, że właściwie jej nie ma, a raczej – nie ma jej, bo nie ma końca, nie ma więc tak naprawdę żadnej części, bo każda część jest uproszczeniem, wyciągiem, ekstraktem z części. Tak samo tu, w aspekcie temporalnym – każda wersja, każdy stan butelki szamponu będzie tylko uproszczeniem, medianą, wyciągiem z nieskończonej ilości „jego” wersji – a tak naprawdę nowych bytów. Tu więc kolejny raz docieramy do tego, że byt materialny jest abstrakcją.

Ale nie tylko materialny, ponieważ dotyczy to (jak każdy aspekt TBZ) również człowieka i to nie tylko w aspekcie cielesnym, co jest logiczne, jako że ciało jest materią, ale również w aspekcie „duchowym” czy „psychicznym”, w aspekcie jego jaźni, czy jak tam chcemy to nazwać, w aspekcie jego charakteru. Nie ma jednego człowieka – jest nieskończona ilość ludzi, gdyż człowiek podlega nieustannym zmianom na skutek oddziaływania środowiska – zmianom psychicznym, duchowym, umysłowym, charakterologicznym etc. To znowu powoduje, że po raz kolejny nie możemy powiedzieć „ja”, gdyż mówiąc „ja jestem” kłamiemy – bo nie jesteśmy, rozpłynęliśmy się w czasie, jesteśmy w nieustannej zmianie, nieustannie nowi, mający tylko złudzenie jednej podmiotowości, złudzenie jedności wszystkich „naszych” wersji – tak jak mamy złudzenie jedności „naszych” części.

Widzimy więc wyraźne powiązanie aspektu temporalnego TBZ z jej aspektami: kwantytatywnym i kwalitatywnym. Wszystkie te trzy aspekty łączą się, wynikają z siebie nawzajem i dopełniają się, tworząc razem całkiem nowe spojrzenie na byt jako zbiór – spojrzenie, które byt unicestwia, przenosi do abstrakcji. Nie zmienia naszego postrzegania bytu, gdyż zmienić nie może – my zawsze będziemy postrzegać byt w uproszczeniu, zawsze będziemy jednoczyć części, tworząc abstrakcyjny „byt”, który wszystkie je „ma”, zawsze będziemy odróżniać byt od „jego” cech i zawsze będziemy ekstrahować, sztucznie „wyciągać” jeden „byt” z nieskończonego strumienia następujących po sobie w czasie „bytów”, tworząc abstrakcję „bytu”, który „się zmienia” i „ma wersje” czy „jest w jakimś stanie”. Zawsze będziemy postrzegać siebie jako podmiot, jako „ja” oderwane od naszych części, cech i jednolite, tożsame w czasie. „Ja”, które w związku z tym może wybierać, może „zmieniać siebie”, „poznawać siebie”, „decydować o sobie” i robić „ze sobą” różne rzeczy. Będziemy też tak postrzegać innych ludzi. TBZ nie ma na celu tego zmienić, bo jest to niemożliwe. TBZ ma na celu tylko i aż pokazać, że nasze postrzeganie jest uproszczeniem, jest złudzeniem, a przede wszystkim: że wszystko, co postrzegamy jest abstrakcją i że my sami w końcu też nią jesteśmy i że w związku z tym musi istnieć Umysł, którego to wszystko jest abstrakcją i Umysł Ten nazywamy Bogiem. Ma na celu też pokazać, że Władza i Hierarchia jest czymś zakorzenionym w bycie, że sam byt jest wręcz Władzą i Hierarchią (więcej o tym tu). Ma też na celu pokazać wiele innych rzeczy, o których tu pisałem, a które pozwalają oprzeć na niej, oprzeć na TBZ i na jej fundamencie wznieść cały system światopoglądowy, na zasadzie analogii wnioskować np. o kształcie państwa, o czym już tu pisałem.

Nie wiem po co właściwie napisałem powyższy akapit, skoro nie wnosi on nic nowego. Skoro już jednak jest, to niech służy za pewne podsumowanie TBZ, jej roli, znaczenia i celów, dla których o niej pisałem, piszę i pewnie będę jeszcze pisał.

O zakazie handlu w niedzielę.

Wśród tematów poruszanych w przestrzeni publicznej w ostatnim czasie jest i zakaz handlu w niedzielę, a to w związku z planowanym wprowadzeniem takiego zakazu przez PiS. W związku z tym warto zwrócić uwagę na kilka kwestii.

Po pierwsze w państwie normalnym zakaz taki oczywiście nie ma racji bytu, nie ma powodu, aby go wprowadzać. Jest on niedopuszczalnym pozbawieniem wolności: jeżeli ja chcę coś kupić, a drugi chce sprzedać, to państwo nie może mi tego zabronić ani mnie za to karać. Co więcej, w państwie normalnym nie robi się różnicy między handlem np. rodzinnym, a jakąś „działalnością gospodarczą”. Innymi słowy: jeżeli mogę w niedzielę sprzedać np. samochód mojemu koledze w moim prywatnym domu, to mogę również sprzedawać ludziom żywność i inne produkty w moim prywatnym hipermarkecie. Nie ma tu żadnej różnicy. Po trzecie w końcu, w państwie normalnym nie istnieje coś takiego jak „prawo pracy” czy „kodeks pracy”, w związku z tym pracodawca może rozwiązać umowę z pracownikiem na zasadach określonych w tej umowie – i tylko w tej umowie. W związku z tym zakaz handlu w niedzielę jest właściwie nie do wyegzekwowania. Gdyby nawet został wprowadzony, pracodawca może powiedzieć: „zakaz, zakazem, ale jak Pan nie przyjdzie do pracy w niedzielę, to nie ma Pan pracy!”. I gdy pracownik nie przyjdzie, pracodawca może go wyrzucić z roboty – jako powód podając oficjalnie cokolwiek, choć prawdziwym powodem będzie fakt, że ów pracownik nie przyszedł do pracy w niedzielę. Zresztą nie jestem pewien czy i dziś nie może tak zrobić – nie znam prawa pracy. Myślę jednak, że pomimo iż na pewno jest socjalistyczne i pełne przepisów „chroniących pracownika”, to sprytny pracodawca i dziś znajdzie sposób, żeby zwolnić niechcącego pracować w niedzielę pracownika zgodnie z prawem…

Warto też zwrócić uwagę, że zakaz handlu w niedzielę nigdy nie będzie całkowitym zakazem. Zwracano zresztą na to uwagę, że mianowicie zakaz „ulży” pracownikom hipermarketów czy innych sklepów spożywczych, nie „ulży” jednak dużym grupom innych pracowników. Gdyby chcieć być konsekwentnym, należałoby w niedzielę zamknąć nie tylko Biedronkę czy Lidla, ale również restauracje, kawiarnie, baseny, parki rozrywki, ogrody zoologiczne, kina, teatry, muzea, być może nawet parki narodowe (przecież tam też pani siedzi w tej budce i sprzedaje te bilety!)…Taki zaś zakaz nie jest planowany, nie jest nawet przez nikogo postulowany, a jego wprowadzenie spotkałoby się chyba z masowymi protestami. Obecnie rozważany zakaz jest więc niekonsekwentny, uprzywilejowujący bez powodu akurat jedną grupę pracowników. Z drugiej zaś strony uprzywilejowuje on tych, którym handlu nie zakazuje, powodując, że konsumenci zostają pozbawieni wyboru między supermarketem a kawiarnią czy restauracją, wszyscy więc idą do kawiarni, restauracji, ZOO, na basen etc., sztucznie zwiększając konsumpcję w tych obszarach rynku. Co więcej, na „rynku niedzielnym” pojawiają się nowi konsumenci – pracownicy zamkniętych hipermarketów. Jest to więc niedopuszczalna ingerencja państwa w rynek, uprzywilejowanie jednych kosztem drugich.

A jakie będą rzeczywiste skutki zakazu? Część „obdarowanych” wolną niedzielą pracowników zatrudni się dorywczo w obleganych kawiarniach, restauracjach etc. Inna część będzie z takich miejsc korzystać, przysparzając pracy zatrudnionym tam kucharzom, kelnerom, ochroniarzom, kasjerkom, ratownikom na basenach etc. Zaś ci, którzy dotychczas w niedzielę robili zakupy, będą (oczywiście nie wszyscy, uogólniam) leżeć w domu, patrząc się bezmyślnie w ekran telewizora lub komputera. Albo pójdą do tych kawiarni, restauracji etc. Pytanie, czy lepszym odpoczynkiem jest kupowanie (tak, dla niektórych to jest odpoczynek, choć mnie samemu trudno to sobie wyobrazić!), siedzenie w kawiarni, pływanie na basenie czy oglądanie telewizji, a jeszcze lepsze pytanie brzmi: dlaczego ma o tym decydować państwo, a nie pozwolić każdemu wybrać taką formę odpoczynku, którą najbardziej lubi.

Zaś o aspekcie religijnym nie warto nawet mówić. Wystarczy powiedzieć, że największe restrykcje dotyczące handlu w niedzielę są podobno we Francji – jak wiadomo jest to kraj bardzo religijnych…wyznawców islamu (a też niekoniecznie), ewentualnie wyznawców „laickiej Republiki”, chrześcijaństwo zaś jest tam w odwrocie. Wystarczy powiedzieć, że zwolennikami zakazu handlu w niedzielę są również partie, które z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego. Wystarczy to, aby zrozumieć, że zakaz ten nie ma charakteru religijnego, choć może się tak wydawać. Nie miałoby to zresztą sensu – zakaz handlu w niedzielę nie jest równoznaczny z nakazem jej świętowania i przeżywania w sposób zgodny z Prawem Bożym i Kościelnym. Nawet gdyby wprowadzić „super-zakaz”, o którym pisałem wyżej i pozamykać w niedziele kawiarnie, restauracje, ogrody zoologiczne, muzea, kina etc. – to nikt nikogo nie zmusi do świętowania niedzieli. Nikt nikogo nie zmusi, żeby w niedzielę nie pracował w domu, nie odkurzał, nie naprawiał samochodu, nie robił tysiąca innych rzeczy, które mają mało wspólnego z odpoczynkiem. A przede wszystkim nikt nikogo nie zmusi, żeby uczestniczył we Mszy Świętej, no chyba że wprowadzimy jakieś totalitarne państwo wyznaniowe.

Podsumowując to wszystko można powiedzieć, że zakaz handlu w niedzielę jest typowym pomysłem „z kosmosu”: z niczego nie wynikającym, nie zakorzenionym w żadnym systemie, w żadnej doktrynie. Zamknijmy sobie akurat markety na niedzielę, bo tak nam pasuje. Nie ma to wprawdzie żadnego sensu, nie spowoduje, że ludzie w niedzielę będą odpoczywać, nie spowoduje, że będą ją świętować, a do tego pracować będzie mnóstwo innych ludzi w wielu innych miejscach – ale co z tego. Ważne, że przypniemy sobie łatkę „chadeków”, „dbających o pracowników” i nie wiadomo jeszcze kogo, i będziemy mogli nadal zwodzić łatwowiernych katolików, że jesteśmy partią katolicką i kreować się na wielkich „konserwatystów”. Takie jest myślenie PiS, taki jest powód wprowadzenia tego zakazu. Zakazu bezsensownego, którego intencje są być może szlachetne i który pozornie wygląda na bardzo konserwatywny i „chadecki”, ale który w rzeczywistości nie przyniesie zamierzonych skutków, zwiększając jedynie ogromny i tak już zakres ingerencji państwa w gospodarkę.

Sposoby akcji i reakcji moralnej.

Z poprzedniego wpisu wiemy, że tak naprawdę cała moralność opiera się na kryterium przyjemności i nieprzyjemności, że jest to jedyne dostępne człowiekowi kryterium, na podstawie którego może on oceniać zjawiska i czyny. Czyny nie tylko swoje, ale również czyny innych ludzi, których jest on obiektem. Może więc on oceniać, czy powodują one u niego przyjemność, czy też nieprzyjemność – i to zarówno bezpośrednio, a więc czy są wprost przyjemne lub nieprzyjemne, jak i też docelowo, to jest, czy są korzystne, czy niekorzystne. Każda taka „akcja” bliźniego domaga się jakiejś mojej „reakcji”.

Sposoby tej reakcji mogą być różne:

  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność większą nieprzyjemnością, nazywamy to okrucieństwem.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność mniejszą nieprzyjemnością, nazywamy to litością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność mniejszą od niej (niższą w hierarchii) przyjemnością, możemy to nazwać…miłosierdziem (?).
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność większą od niej (wyższą w hierarchii) przyjemnością, nazywamy to miłosierdziem (a może wielkim miłosierdziem?).
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność większą od niej przyjemnością, nazywamy to hojnością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność mniejszą od niej przyjemnością, nazywamy to skąpstwem.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność mniejszą od niej (niższą w hierarchii) nieprzyjemnością, nazywamy to niewdzięcznością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność większą od niej (wyższą w hierarchii) nieprzyjemnością, nazywamy to…wielką niewdzięcznością? A może okrucieństwem?

Oczywiście nazwy te są umowne, można je zmieniać, powyższe wyliczenie to tylko taka propozycja. Jest jednak jeszcze jeden sposób reakcji, którego nazwa ma już większe znaczenie, gdyż jest często przywoływaną cnotą, jedną z cnót kardynalnych. Sposób ten obejmuje właściwie dwa sposoby:

  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność taką samą (równą jej w hierarchii) przyjemnością, nazywamy to sprawiedliwością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność taką samą (równą jej w hierarchii) nieprzyjemnością, nazywamy to sprawiedliwością.

W tych dwóch punktach zawiera się cała definicja sprawiedliwości. Jej istotą jest owa tożsamość reakcji z akcją, a być może raczej nie dosłownie tożsamość (a przynajmniej nie zawsze), ale pewna równość hierarchiczna, pewna proporcjonalność, zgodność, podobieństwo. Problem leży w ustaleniu granic tej proporcji, w ustaleniu, co jest reakcją proporcjonalną, równą, podobną. Najprościej byłoby reagować dosłownie tak samo, czynem identycznym, nie zawsze jednak jest to możliwe, a nawet gdy jest możliwe, to nie zawsze jest sensowne. Tak jest na przykład w przypadku handlu, począwszy od handlu wymiennego: nie po to daję drugiemu garnek, aby w zamian otrzymać garnek, gdyż jestem garncarzem i garnków mam w brud. Za garnek chcę otrzymać co innego, na przykład mięso. Problem więc leży w ustaleniu ceny, wartości: ile garnków za jaką ilość mięsa.

Tu warto zwrócić uwagę, że w istocie sprawiedliwość jest subiektywna, ponieważ kryterium leżące u jej podstaw – kryterium przyjemności – jest subiektywne. Nie każdemu ten sam czyn sprawia tą samą przyjemność lub nieprzyjemność, gdyż, jak to było powiedziane w poprzednim wpisie, każdy tworzy własną hierarchię przyjemności i nieprzyjemności, korzyści i niekorzyści. Przed sprawiedliwością kroczy więc wolność, która jest jej niejako warunkiem koniecznym. Nie da się powiedzieć, co jest sprawiedliwe, jeżeli nie wiemy, co drugiemu sprawia przyjemność, a co nieprzyjemność, jakie przyjemności są dla niego ważne, jakie przyjemności gotowy jest poświęcić na rzecz jakich, jakie nieprzyjemności jest gotów znosić. Możemy się tego dowiedzieć, rzecz jasna, tylko od niego. Podobnie oczywiście, nawiasem mówiąc, nie jest możliwe zdefiniowanie innych sposób reakcji bez tej wiedzy.

Tu więc pojawia się nam wolny rynek, pojawia się wolność jako podstawa sprawiedliwości. Nie ma sprawiedliwości bez wolności, gdyż nie ma jednego, obiektywnego kryterium sprawiedliwości. A właściwie jest – ale taką sprawiedliwość może stosować tylko Bóg, ponieważ Bóg zna nas, Bóg wie wszystko i dokładnie wie, co komu sprawia przyjemność, a co nieprzyjemność, on tylko zna hierarchię przyjemności i nieprzyjemności każdego człowieka. My, ludzie, możemy tylko podejrzewać, na podstawie pewnych generalnych prawideł, że na przykład ukłucie igłą jest mniejszą nieprzyjemnością niż cięcie ręki piłą mechaniczną, nigdy jednak nie będziemy mieli pewności. Oczywiście, nie będziemy jej mieli również wtedy, gdy drugi człowiek powie nam, co sprawia mu przyjemność i w jakim stopniu, niemniej jednak nie mamy sposobu sprawdzenia jego twierdzeń.

Wolność więc przekracza sprawiedliwość ludzką. Pytanie, co zrobić, gdy ktoś wolność narusza, stosując wobec drugiego przemoc. Jak zareagować? Jaka reakcja na to byłaby sprawiedliwa? Mowa tu oczywiście o państwowym wymiarze sprawiedliwości i o prawie karnym: o tym za co i jak karać. Jak wymierzać sprawiedliwość, skoro nie ma jednej sprawiedliwości ludzkiej? Otóż tu trzeba oprzeć się na naszej ułomnej definicji sprawiedliwości, ułożonej na podstawie pewnych ogólnych prawideł. Upoważnienie do przełożenia sprawiedliwości nad wolność daje nam w tym przypadku sam sprawca, który swoim czynem sam przedkłada nijako nad wolność swoje własne definicje sprawiedliwości, hojności, okrucieństwa etc. Tu widzimy, że karać możemy wyłącznie za naruszenie wolności, ono bowiem daje nam tylko uprawnienie do przedłożenia naszej domniemanej, zobiektywizowanej jak to tylko możliwe definicji sprawiedliwości nad własną, subiektywną definicję sprawiedliwości sprawcy. Jest to zgodne z ogólną definicją sprawiedliwości, z jej istotą, którą jest proporcjonalność. W szczególe – proporcjonalność przyjemności i nieprzyjemności (i tu jest miejsce na różne „definicje” sprawiedliwości), ale w ogóle – proporcjonalność. Proporcjonalnie więc na to, że ktoś lekceważy sobie wolność drugiego, odpowiadamy naszym lekceważeniem jego wolności. Nie bierzemy więc tu już pod uwagę odczuć sprawcy, tego, czy kara sprawi mu przyjemność czy nieprzyjemność i w jakim stopniu i to nie tylko dlatego, że nie sposób tego ustalić, ale też dlatego, że on sam dał nam takie prawo, a wręcz zobowiązał nas do tego, nie interesując się tym, co sprawia przyjemność i nieprzyjemność ofierze. Aby więc zadośćuczynić pierwotnej sprawiedliwości, a więc proporcjonalności, lekceważymy jego odczucia. Zostaje nam więc sam czyn – i tylko na podstawie czynu możemy ustalać, jaka odpowiedź na niego będzie „sprawiedliwa”, ale już nie w sensie właściwym – proporcjonalności przyjemności i nieprzyjemności, ale w sensie ograniczonym do istoty sprawiedliwości, którą jest czysta tożsamość czy proporcjonalność – już nie odczuć, ale czynów. Z tego wynika, że w prawie karnym (ale właściwie tylko tam!) ma zastosowanie definicja sprawiedliwości jako prawa talionu, a więc „oko za oko, ząb za ząb”.

Oprócz wymienionych już sposobów reakcji moralnej, istnieją również, jak mówi tytuł, sposoby akcji moralnej, to jest działania, które nie jest odpowiedzią na działanie drugiego. Czy jednak jest tak w istocie? Właściwie tak – możemy przecież dokonać czynu sprawiającego przyjemność lub nieprzyjemność wobec kogoś obcego, którego widzimy pierwszy raz w życiu i który w związku z tym nie miał okazji dokonać czynu, który sprawiłby nam przyjemność lub nieprzyjemność. Nie oznacza to jednak, abyśmy czynili to bezinteresownie, to jest bezprzyczynowo. Zgodnie bowiem z tym, co pisałem w poprzednim wpisie, a także wcześniej, zawsze spodziewamy się jakiejś reakcji, jakiegoś skutku w postaci przyjemności bezpośredniej lub pośredniej (korzyści), jeżeli nie ze strony tego, który jest obiektem naszego działania, to ze strony innych ludzi bądź Boga. Mimo wszystko jednak odróżnimy akcję od reakcji i powiemy, że są następujące sposoby akcji moralnej:

  • Jeżeli ktoś dokonuje czynu powodującego przyjemność u neutralnej mu osoby, nazywamy to jałmużną.
  • Jeżeli ktoś dokonuje czynu powodującego nieprzyjemność u neutralnej mu osoby, nazywamy to…znowu okrucieństwem?

Tu oczywiście nazwy są znowu umowne. Warto jednak zauważyć, że nie ma tu mowy o sprawiedliwości. Sprawiedliwość jest wyłącznie sposobem reakcji, nigdy zaś akcji moralnej. Sprawiedliwość nie mówi nam nic o tym, co mamy czynić wobec człowieka, który nam nic nie uczynił.

Rozważania z zakresu ogólnej teorii moralności, czyli czym w istocie jest dobro i zło.

Według Jeremiasza (Jeremy’ego) Benthama człowiek poznaje świat jedynie za pomocą zmysłów (sensualizm), z czego wysnuwa on logiczny wniosek, że jedynym dostępnym człowiekowi kryterium oceny zjawisk i czynów jest przyjemność. Coś jest albo przyjemne, albo nieprzyjemne – i to jest jedyna rzecz, a przynajmniej podstawowa rzecz, jaką człowiek może o czymś powiedzieć. Stąd wynika benthamowski hedonizm, czyli utożsamienie fizycznej, zmysłowej przyjemności z dobrem. Co jest przyjemne, jest dobre, a co nie jest przyjemne, nie jest dobre. Taki pogląd może wydawać się radykalnie sprzeczny z moralnością nie tylko chrześcijańską czy katolicką, ale nawet z pewnymi moralnymi pryncypiami, uznawanymi przez większość. I faktycznie tak jest, niemniej zawiera on pewną ważną intuicję i jeżeli tylko odpowiednio się go uzupełni, zmodyfikuje i rozszerzy, to okaże się on z moralnością chrześcijańską i katolicką zgodny, choć wniesie on do niej pewne, być może zaskakujące, wnioski.

Otóż podstawowy błąd Benthama polega na tym, że nie uznaje on hierarchii przyjemności, co prowadzi do pewnego totalizmu: albo przyjemne, albo nieprzyjemne, koniec kropka. Tymczasem jest to bzdura, nie ma chyba człowieka, który powiedziałby, że na przykład pewna nieprzyjemność związana z ukłuciem igłą jest w jakikolwiek sposób porównywalna z nieprzyjemnością spowodowaną na przykład złamaniem nogi, nie mówiąc już o odcięciu ręki, czy gorszych jeszcze rodzajach bólu spowodowanych różnymi wymyślnymi torturami czy poważnymi chorobami. Podobnie rzecz ma się z przyjemnościami. Zarówno więc przyjemności, jak i nieprzyjemności są stopniowalne i można je ułożyć w pewną hierarchię (tu znów okazuje się, że hierarchiczność jest podstawową zasadą świata). A skoro tak, to z samej istoty hierarchii wynika, że niższy jej stopień musi czy przynajmniej może zostać poświęcony, gdy wymaga tego stopień wyższy. Możemy więc znieść małą nieprzyjemność, aby uniknąć nieprzyjemności większej, możemy też znieść nieprzyjemność, aby osiągnąć pewną znajdującą się wyżej w hierarchii przyjemność, albo też poświęcić przyjemność na rzecz większej przyjemności. Logiczne jest jednak, że to, na rzecz czego się poświęcamy, następuje później, gdyż nie może następować na raz przyjemność i nieprzyjemność. Poświęcenie więc polega właśnie na tym, że godzimy się na pewną nieprzyjemność albo rezygnujemy z przyjemności, licząc na to, że spowoduje to osiągnięcie większej przyjemności lub uniknięcie większej nieprzyjemności w przyszłości. Nie mamy jednak nigdy stuprocentowej pewności co do tego, czy tak będzie, gdyż przyszłość jest dla nas tajemnicą. Przewidujemy ją jednak z pewnym prawdopodobieństwem, do oceny zaś tego prawdopodobieństwa potrzebne nam jest poznanie pewnych praw, zasad rządzących światem, zjawiskami, pewnych związków przyczynowo-skutkowych, do czego służy nam rozum, którego roli Bentham zdaje się nie dostrzegać. Gdyby jednak chcieć konsekwentnie i radykalnie stosować jego teorię, to właściwie okazać by się mogło, że w każdej prawie czynności czai się zło, czyli nieprzyjemność – każda bowiem właściwie czynność wymaga wysiłku, nieprzyjemności, pokonywania przeciwności. Działając w ten sposób nie zrobilibyśmy właściwie nic i mogło by się okazać, że umrzemy z głodu, gdyż wstanie z krzesła czy pójście do sklepu po jedzenie uznamy za nieprzyjemność, a więc zło. To oczywiście przykład skrajny, ale już na przykład znoszenie bólu towarzyszącego szczepieniu czy pobieraniu krwi przy badaniu po to, aby uniknąć większej nieprzyjemności, czyli choroby, byłoby raczej niezgodne z etyką Benthama, co pokazuje cały jej bezsens. Jest oczywiste, że trzeba znosić mniejsze nieprzyjemności, aby uniknąć większych – robi to codziennie każdy człowiek, wiele razy nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Działanie takie, to jest znoszenie mniejszej nieprzyjemności, aby uniknąć większej lub osiągnąć większą przyjemność, albo też wyrzekanie się mniejszej przyjemności, aby osiągnąć większą lub uniknąć większej nieprzyjemności, będziemy nazywać działaniem KORZYSTNYM, zaś cel, do którego zmierzamy KORZYŚCIĄ. Szczepienie zatem nie jest przyjemne, ale jest KORZYSTNE, ponieważ stoi za nim przyjemność, a raczej – uniknięcie nieprzyjemności, z tym, że oddalone w czasie. Faktycznie więc nie wprowadzamy tu żadnego nowego kryterium – fizyczna, zmysłowa przyjemność i nieprzyjemność dalej pozostaje podstawowym i właściwie jedynym kryterium myślenia o świecie i oceny zjawisk. Wprowadzamy jedynie pewną modyfikację, uzupełnienie w postaci hierarchii przyjemności i nieprzyjemności, co powoduje, że możemy wybierać działania nieprzyjemne lub unikać przyjemnych, nie dla innego jednak celu, jak dla osiągnięcia większych przyjemności lub uniknięcia większych nieprzyjemności. Korzyść jest więc fizyczną przyjemnością lub nieprzyjemnością – z tym, że odłożoną w czasie. Nie zaprzeczamy tu więc, co jest bardzo ważne, nie zaprzeczamy tu owej intuicji tkwiącej u podłoża założeń filozofii benthamowskiej, gdyż nie wprowadzamy nowego kryterium, które byłoby niezwiązane z poznawaniem zmysłowym i czysto fizyczną (bądź ewentualnie psychiczną, pytanie, czy nie jest to to samo, co jednak nie jest tematem tego wpisu) przyjemnością i nieprzyjemnością.

Pozostaje jednak jeszcze kwestia moralności, a więc kwestia dobra i zła, kwestia oceny, czy czyn jest dobry, czy też zły. Otóż korzyści oczywiście też mają swoją wewnętrzną hierarchię – coś może być bardziej lub mniej korzystne. Coś jest bardziej korzystne, jeżeli powoduje większą przyjemność lub prowadzi do uniknięcia większej nieprzyjemności. I tak na przykład napad na bank jest korzystny. Z pewnością nie jest przyjemny – wymaga przygotowań, poświęceń, jest związany ze stresem, jednak przynosi przyjemność, pod warunkiem, że chociaż na chwilę się uda, to jest, że rabusie zdążą w jakikolwiek zamierzony sposób wydać zrabowane pieniądze i w ten sposób osiągnąć przyjemność, która według nich stoi wyżej w hierarchii niż nieprzyjemności związane z przeprowadzaniem napadu. Jednak może się okazać, że powstrzymanie się od napadu jest bardziej korzystne – gdyż napad może być udany tylko chwilowo, w końcu zaś złodzieje zostaną schwytani i pójdą do więzienia, nawet zaś jeżeli nie – to będą żyć w ciągłym stresie. Zauważmy jednak, że wszystko jest tu subiektywne i relatywne – wszystko zależy od indywidualnej oceny, indywidualnej hierarchii przyjemności i nieprzyjemności, a także od indywidualnej oceny prawdopodobieństwa osiągnięcia korzyści, czyli wywołania zakładanego skutku. Nie ma tu jakiejkolwiek normy – coś, co jest korzystne dla jednego, może być niekorzystne według drugiego. Ktoś może uznać, że chwilowe użycie i chwilowa przyjemność warte są nieprzyjemności, zarówno tych związanych z napadem na bank, jak i nawet tych, związanych z odsiadką w więzieniu. Nie ma tu więc mowy o jakichkolwiek kategoriach absolutnych, uniwersalnych, a więc nie ma mowy o jakiejkolwiek moralności, o uznaniu czegoś za dobre bądź złe. Nie ma na to miejsca, a więc również władza, zakazując jakichś zachowań i karząc za nie, kieruje się niczym innym jak korzyścią, interesem, a więc w gruncie rzeczy czysto fizyczną przyjemnością i nieprzyjemnością. Pytanie oczywiście czy tylko swoją…? Otóż właściwie tak, gdyż żaden człowiek nie odczuwa żadnych innych przyjemności czy nieprzyjemności, jak tylko swoje, jeżeli więc rządzący zakazuje czegoś, to robi to po to, aby utrzymać swoją Władzę, aby utrzymać porządek, aby w państwie nie nastąpił chaos, aby nie został obalony przez zbuntowanych poddanych, aby został wybrany na następną kadencję etc. Może zaś zakazać, bo ma Władzę. Może karać, bo ma Władzę. Prawo jego jest prawem silniejszego i jeżeli jego skuteczność jest duża, jeżeli jego Władza jest silna, to ludzie rzadko występują przeciw temu prawu, gdyż…jest to niekorzystne. Nie ma tu cały czas mowy o jakimś „dobru”! Owszem, Władza często posługuje się tym pojęciem, ale tak naprawdę wciąż nie jest to dobro, wciąż jest to tylko korzyść – oceniana subiektywnie, relatywna. Powód tego jest właściwie jeden – nikt nie ma takiej władzy, aby mógł zapewnić, że każdy, kto jej się sprzeciwi zostanie na pewno złapany i ukarany. A ewentualnie po drugie – nikt nie jest w stanie ukarać tak, aby nie znalazł się człowiek, który przedłoży chwilową przyjemność nad związaną z karą nieprzyjemność. Wynika to głównie z tego, że owa nieprzyjemność jest…również chwilowa! Również czasowa, gdyż cały czas mówimy o kategoriach doczesnych. W tych kategoriach nie ma racji bytu żaden, ŻADEN uniwersalny system etyczny czy moralny, nie ma sensu pojęcie dobra i zła, jest tylko korzyść i niekorzyść.

Gdy jednak wejdziemy na teren religii, gdy przekroczymy granice czasu, gdy zaczniemy myśleć w kategoriach eschatologicznych, cały czas NIE PRZESTAJĄC myśleć jednocześnie w kategoriach Benthama, a więc fizycznej przyjemności i nieprzyjemności – to sprawa zaczyna wyglądać inaczej. Jeżeli bowiem jest system normatywny, za którego nieprzestrzeganie kara jest pewna i powszechna, a co więcej – jest największą i niekończącą się nieprzyjemnością – to już nie można powiedzieć, że jego nieprzestrzeganie jest korzystne, że jest bardziej korzystne niż jego przestrzeganie. Takie stwierdzenie byłoby nieracjonalne – gdyż każda ewentualna przyjemność w życiu doczesnym, którą miałoby dać nieprzestrzeganie norm owego systemu jest niepewna, a co ważniejsze – skończona, trwająca tylko jakiś czas. Zauważmy, że właściwie dalej mówimy tu o korzyści – o wyrzekaniu się przyjemności albo znoszeniu nieprzyjemności po to, aby uniknąć większej nieprzyjemności albo osiągnąć większą przyjemność. Istnieją jednak pewne różnice. Po pierwsze, korzyść, że tak to nazwę „pośmiertna”, jest zasadniczo inna od korzyści doczesnych. Nie da się ocenić jej prawdopodobieństwa na podstawie rozumowej analizy danych dostarczanych przez zmysły. Co więcej – jej prawdopodobieństwa nie da się ocenić w ogóle. Można albo w nią wierzyć, albo nie. Po drugie, korzyść ta nie zależy do indywidualnych ocen, o czym mowa była już wcześniej, gdyż po pierwsze – jest pewna (nieunikniona – o ile się w nią wierzy), a po drugie jest nieskończona; podobne cechy ma odpowiadająca jej niekorzyść (wieczna kara). Skutki zatem, zarówno nieprzestrzegania, jak i przestrzegania pewnego systemu normatywnego maja charakter absolutny i uniwersalny, a więc sam ten system ma charakter absolutny i uniwersalny, można go zatem nazwać systemem etycznym we właściwym znaczeniu tego słowa, można więc w końcu mówić tu o „dobru” i „złu” – a więc wprowadzić nową kategorię, odrębną od przyjemności i korzyści. Zauważmy jednak, że kategoria ta jest tylko pewną modyfikacją kategorii korzyści, która znowuż była tez jedynie modyfikacją kategorii przyjemności. Wszystko zatem nadal pozostaje osadzone w czysto fizycznej, zmysłowej przyjemności, pozostając, jak to zapowiedziałem na wstępie, w zgodzie z pewną intuicją tkwiącą w teorii Benthama. Nawiasem mówiąc, to uzasadnia dlaczego tak ważny jest dogmat o zmartwychwstaniu ciała – niebo pozbawione przyjemności fizycznych, czy też piekło pozbawione takowych nieprzyjemności nie byłoby tym samym, nie przemawiałoby tak do wyobraźni, gdyż podstawową kategorią, na podstawie której człowiek na tym świecie ocenia zjawiska jest właśnie przyjemność i nieprzyjemność fizyczna, zmysłowa, a więc cielesna…

Czym zatem jest dobro, a czym jego przeciwieństwo, czyli zło? Otóż na podstawie powyższych rozważań dochodzimy do następujących definicji:

Dobro - zgodność z absolutnym i uniwersalnym systemem normatywnym.

Zło - niezgodność z absolutnym i uniwersalnym systemem normatywnym.

Zauważmy więc kilka kwestii. Po pierwsze, tak rozumiane dobro może być jedynie cechą CZYNU człowieka. Czynu rozumianego oczywiście szeroko – jako świadoma, dobrowolna i celowa myśl, mowa, uczynek i zaniedbanie. Nie można jednak cechy tej przypisać niczemu ani nikomu innemu, przede wszystkim zaś nie można przypisać jej człowiekowi, a wreszcie – nie można przypisać jej Bogu.

Po drugie, taka definicja dobra jest z jednej strony nadal relatywna i subiektywna, oparta na podmiocie. Nic nie jest dobre czy złe samo w sobie – czyn jest dobry tylko dlatego, że jego skutkiem jest nieunikniona i nieskończona, a zatem najwyższa w hierarchii przyjemność, zaś zły jest dlatego, że jego skutkiem jest najwyższa w hierarchii nieprzyjemność. To zaś spowodowane jest niczym innym jak suwerenną i niczym nieuzasadnioną decyzją Boga (oczywiście mówię tu już o religiach monoteistycznych, zwłaszcza zaś o chrześcijaństwie, a w jego ramach zwłaszcza o katolicyzmie, jak uprzedzałem na wstępie). Decyzja ta była niczym nieuzasadniona – gdyż wszelkie uzasadnienie godziłoby w istotę Boga. Bóg bowiem nie ma przyczyny, a zatem żadna Jego decyzja nie ma przyczyny. Z drugiej strony te definicje dobra i zła są absolutne i uniwersalne, jednak stają się takie tylko przez odniesienie do Absolutu i Uniwersum, którym jest Bóg. Dlatego, jak kiedyś napisałem, Prawo Boże jest nadal prawo silniejszego, jednak zasadnicza różnica polega na tym, że jest to Prawo Najsilniejszego, przed Którym nie ma ucieczki i Którego nikt nie może pokonać, co powoduje, że obiecana przez Niego kara i nagroda są absolutne, pewne, nieuniknione, nieunikniona jest więc też przyjemność i nieprzyjemność.

Po trzecie, z dwóch powyższych spostrzeżeń wynika wprost rozwiązanie, oczywiście tylko częściowe, wielkiego pytania filozoficznego: unde malum (skąd zło). Otóż odpowiedź na to jest prosta: Bóg, tworząc system normatywny, tworzy zarówno dobro, jak i zło. Oczywiście nie rozwiązuje to pytań o to, dlaczego Bóg dał człowiekowi wolną wolę, czy faktycznie w ogóle ją dał, tym bardziej zaś nie rozwiązuje pytania o to, dlaczego pierwsi rodzice zgrzeszyli, czy o to dlaczego wcześniej zło wybrał Lucyfer czy inni aniołowie – jednak daje pewną odpowiedź, odpowiedź być może nieco zaskakującą, bo i definicja zła jest zaskakująca. Okazuje się bowiem, że filozofowie pytając przez całe wieki o pochodzenie zła, tak naprawdę mylili pojęcia. Zło bowiem jest kategorią moralną: zła może być tylko decyzja człowieka. Nie jest złem cierpienie, nie jest złem choroba, nie są złe wojny, nie jest zła śmierć, nie są złe kataklizmy. To wszystko jest tylko nieprzyjemne, jakkolwiek głupio brzmiałoby to w przypadku straszliwych cierpień. Nikt jednak nie powiedział, że cierpienie jest złe. Cierpienie nie może być złe ani dobre. Nie podlega ocenie z tego punktu widzenia.

Podobnie, jak to było powiedziane, nie podlega ocenie takiej człowiek. Możemy ewentualnie nazwać kogoś „dobrym”, jeżeli przeważają u niego dobre czyny, zaś „złym”, jeżeli przeważają złe. Zawsze będzie to jednak nasza ułomna ocena, gdyż nie znamy wszystkich decyzji człowieka, wszystkich jego czynów (zwłaszcza, gdy zaliczymy do nich np. myśli). Po drugie, zawsze będzie to pewne uogólnienie, gdyż mimo wszystko człowiek to coś więcej niż jego czyny i decyzje.

A w końcu dobrym ani złym nie może być nazwany Bóg. Nie może być On też tak nazwany również z tego powodu, że jest poza dobrem i złem. Nie tylko On Sam nie jest dobry ani zły, ale również żaden Jego czyn nie może być takim nazwany, gdyż nie podlega ocenie z tego punktu widzenia, nie podlega zresztą ocenie w ogóle. Jeżeli zaś Pismo Święte powiada, że Bóg jest dobry, to oznacza to jedynie, że jest dobry dla nas, to znaczy: Jego decyzje są korzystne dla nas, to znaczy: są ostatecznie przyjemne, co oznacza, że ich przyjemne skutki przewyższają nieprzyjemne. Sam w Sobie jednak nie jest oczywiście dobry ani zły. To stwierdzenie, połączone ze specyficzną definicją zła, powoduje, że bezsensowne staje się słynne pytanie: „jak to jest, że dobry Bóg dopuszcza zło?”. Pytanie to, w ten sposób postawione, traci wszelki sens i rację bytu.

I wreszcie dobrym i złym nie może być nazwany sam ów system normatywny, co jest oczywiste, nie można bowiem oceniać zgodności norm systemu z samymi tymi normami albo inaczej mówiąc: nie można oceniać, czy dobre są kryteria, na podstawie których oceniamy, co jest dobre, gdyż brakuje nam kryteriów, na podstawie których moglibyśmy dokonać takiej oceny. System ten możemy oceniać jedynie z punktu widzenia jego prawdziwości. Powiemy, że system etyczny jest prawdziwy, jeżeli przestrzeganie jego norm skutkuje przyjemnością, a nieprzestrzeganie nieprzyjemnością. Oczywiście nie możemy mieć pewności co do prawdziwości systemu etycznego, jakim jest Prawo Boże, o tym przekonamy się dopiero po śmierci. Nie możemy mieć też pewności co do prawdziwości systemów etycznych innych religii i wyznań. O tym również przekonamy się po śmierci, pewne jest jednak, że jeżeli jeden jest prawdziwy, to nieprawdziwe są pozostałe. Na pewno możemy również stwierdzić, że nieprawdziwe są wszelkie systemy etyczne, które nazywają czyn „dobrym” albo „złym” zupełnie nie zwracając uwagi na to, czy skutkuje on przyjemnością czy nieprzyjemnością.

Kryterium prawdziwości pozwala nam też inaczej ująć definicje dobra i zła:

Dobro – zgodność z prawdziwym systemem etycznym.

Zło – niezgodność z prawdziwym systemem etycznym.

System etyczny zaś jest z pewnością najwyższym systemem normatywnym, jako że jest systemem absolutnym i uniwersalnym (co wykazaliśmy wyżej), a więc możemy powiedzieć też inaczej:

Dobro – zgodność (czynu, decyzji) z najwyższym prawdziwym systemem normatywnym.

Zło – niezgodność (czynu, decyzji) z najwyższym prawdziwym systemem normatywnym.

Podsumowując: dobro i zło nie są jakimiś obiektywnymi cechami czynu. Czyn jest dobry jedynie dlatego, że tak zadecydował Bóg, obiecując za niego nagrodę – przyjemność. O innym zaś zdecydował, że będzie zły, gdyż za niego obiecuje karę – nieprzyjemność. Dobro i zło są zatem pojęciami relatywnymi i subiektywnymi, które stają się absolutne i uniwersalne jedynie przez zakorzenienie w Absolucie, jakim jest Bóg. Co więcej, czyn jest dobry i zły jedynie dla człowieka, gdyż jemu może przynieść przyjemność lub nieprzyjemność, dlatego kategoria etyczna pozostaje kategorią subiektywną – podmiotową. Zauważmy tu też paradoks: z jednej strony fizyczne odczucia czy psychiczne uczucia są najmniej ważne, o czym często tu wspominałem. Powinniśmy je powstrzymywać, podejmując decyzję najpierw na podstawie Norm, dając pierwszeństwo Normom Prawa Bożego. Jednak z drugiej strony, jeżeli to robimy, to celem pozostają zawsze jedynie odczucia (uczucia) – poświęcamy je jedynie dla nich samych, nie ma bowiem innego pozytywnego lub negatywnego bodźca, który byłby dostępny dla człowieka, nie ma więc w istocie innego kryterium, na podstawie którego człowiek mógłby dokonywać jakichkolwiek ocen zjawisk czy swoich własnych decyzji. Zatoczyliśmy więc koło i wróciliśmy do teorii Benthama, która po części okazała się słuszna, wymagała jednak pewnych zasadniczych modyfikacji i uzupełnień.