Teologia Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ) a Tajemnica Trójcy Świętej.

Zgodnie z Teorią Bytów Zbiorowych (TBZ) Bóg jest jedynym bytem, który nie jest jedynie zbiorem właściwości, jest jedynym prawdziwym Podmiotem, jedynym, który może powiedzieć JA JESTEM. Inaczej mówiąc, Istotą Boga jest brak Istoty, brak właściwości, brak cech. Bóg jest ŻADEN. Wynika to nie tylko z TBZ, ale również z Wszechmocy i absolutnej wolności Boga, połączonej z Jego absolutnym pierwszeństwem. Gdyby bowiem Bóg miał Istotę, gdyby był Jakiś, Istota ta ograniczałaby Jego Wolę, Jego Wszechmoc, Jego Wolność. Co więcej, zgodnie z TBZ, gdyby był jedynie zbiorem właściwości czy cech, byłby abstrakcją, gdyż cecha jest czymś abstrakcyjnym, a więc zbiór cech jest również czymś abstrakcyjnym. Gdyby zaś był czymś więcej niż tylko zbiorem cech, gdyby miał podmiotowość „nadbudowaną” nad istotą, to, jak już była mowa, istota ograniczałaby podmiotowość, tak naprawdę niwelując ją, gdyż podmiotowość wynikałaby z istoty, a więc każda decyzja Boga, Wola Boża wynikałaby z Istoty, niezależnej od tej Woli, a zatem Wolna Wola Boga byłaby tylko złudzeniem, tak jak wolna wola człowieka. Tak oczywiście być nie może, zatem Bóg jest czystym Podmiotem, czystym Istnieniem, Osobą pozbawioną cech, pozbawioną Istoty.

Tu jednak pojawia się szereg problemów, które stają się wręcz nierozwiązywalne, jeśli uwzględnimy fakt, że Bóg istnieje poza czasem, co więcej, że jest niezmienny, a do tego, zgodnie z TBZ-em, cały świat jest Jego Abstrakcją, a więc istnieje w Jego Umyśle, oczywiście z Jego Woli. Pierwsze pytanie brzmi, czy Bóg w ogóle może mieć jakąś Wolę, skoro Wola oznacza chęć, chęć zaś po pierwsze sama w sobie jest zmianą, jakąś czynnością, po drugie zaś oznacza chęć zmiany właśnie, jakiegoś działania. Bóg zaś nie działa, nie działał i działać nie będzie, gdyż wszystko to oznaczałoby zmianę i czas, Bóg zaś się nie zmienia i istnieje poza czasem…”Wola” Boża jest więc oczywiście „odwieczna”…Z tym, że po pierwsze nie tyle „odwieczna”, ile istniejąca po prostu poza czasem…Tu trzeba zwrócić uwagę na pierwsze zdanie Pisma Świętego: „NA POCZĄTKU Bóg stworzył niebo i ziemię”, co oznacza, że świat ma początek, natomiast wcześniej…Nie ma żadnego wcześniej! Jest to problem dla umysłu ludzkiego, dla którego z jednej strony nieskończoność jest niepojęta, a z drugiej strony jest on ciągle na tą nieskończoność nastawiony, ciągle pyta się: „a co było wcześniej?”, „a z czego to wynikło?”, „jaka była przyczyna?” itp. Tymczasem tutaj nagle napotykamy granicę…Musimy więc, żeby w ogóle móc coś zrozumieć, wyobrazić sobie jednak, że wcześniej, przed powstaniem świata „był” tylko Bóg. Bóg, który jest czystym Podmiotem, czystą Osobą bez właściwości, jest jakby upodmiotowioną Nicością, upodmiotowionym Istnieniem…

I teraz część zasadnicza: Bóg ten „podejmuje decyzję” – ale poza czasem. „Nabywa wolę” – ale nie jest to czynność ani zmiana, a więc tak naprawdę ta „Wola” już w Nim „była” – wszystko to są uproszczenia. Czym jednak jest ta Wola? Co obejmuje? Powiemy – stworzenie świata, stworzenie nieba, ziemi itd., ale jakiego „stworzenia”? Co oznacza „stworzenie”? Z punktu widzenia Boga nie ma żadnej zmiany! Nie nastąpiło więc żadne „stworzenie”, tym bardziej, że wszystko jest w Umyśle Boga – jest tam „odwiecznie”, gdyż Bóg jest niezmienny! Co by oznaczało „stworzenie”? Tu pojawia się niebezpieczeństwo panteizmu, utożsamienia świata z Bogiem, musimy więc być ostrożni i powiedzieć, że to nas przerasta, że nie pozostaje nam nic innego jak przyjąć jakąś zmianę, jakiś upływ czasu, gdyż inaczej nic nie zrozumiemy. Powiedzmy więc tak: jest Bóg. Bóg jest ŻADEN, gdyż inaczej Jego Istota ograniczałby Jego Wolność i Wszechmoc i podważałaby Jego Pierwszeństwo. Taki Bóg Z NICZEGO podejmuje decyzję, jest to zatem prawdziwa Wola, Wola ex nihilo…Cóż jednak znaczy „z niczego”? A może raczej „z Niczego”, z tego Niczego, którym jest Bóg, skoro powiedzieliśmy wyżej, że Bóg jest „upodmiotowionym Niczym”? Ale Bóg jest Podmiotem – czy może istnieć Podmiot bez Woli? Co więcej, jest niezmienny – jakże więc może podjąć decyzję? Mamy tu więc zmianę, która jednak nie jest zmianą, decyzję, która nie jest decyzją, „nabycie” Woli, które nie jest nabyciem.

Wszystko to przypomina bardzo zrodzenie Syna przez Ojca w dogmacie o Trójcy Świętej. Syn „z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami”, a jednocześnie jest „współistotny Ojcu” – czy nie jest On zatem podobny do owej Woli, o której powiedzieliśmy wyżej? Jednocześnie pochodzi od Ojca, jest z Niego zrodzony, a jednak „przed wszystkimi wiekami”, jest z Niego zrodzony, a jednak współistotny. Byłoby więc tak: istnieje Bóg Ojciec, absolutnie Wolny, absolutnie Wszechmocny, absolutnie Żaden, bez Treści i Istoty, które by Go ograniczały. „Następnie” Tenże Bóg Ojciec, w Swojej Wolności i Podmiotowości „podejmuje” „z niczego” „Decyzję”, „nabywa” „Wolę”, „Chęć” – tą Wolą jest właśnie Syn, odwieczne Słowo Boga – to znaczy wyraz Jego Woli, Treść Jego Woli. Wszystko to dokonuje się poza czasem, bez zmiany, tak, że Syn jest współistotny Ojcu, choć od Niego pochodzi, że Wola jest współistotna Podmiotowi, ale Go nie ogranicza – jest to owo Zrodzenie. Czego ta Wola jednak dotyczy? Co obejmuje? „Uczynienia” czego jest to Wola? Powiemy – stworzenia świata, nieba, ziemi itp. Tak, ale najpierw jest to Wola dotycząca…Samego Siebie! Samego Boga! Tak oto Bóg „stwarza” Siebie, choć przecież nie w taki sposób jak stworzenie, dlatego mówimy, że Syn jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu”. Jest to „zrodzenie” tego, co tak naprawdę już „było” w Bogu – a jednocześnie Bóg nie zostaje pozbawiony Wolności, gdyby bowiem Bóg „przed” zrodzeniem miał jakieś właściwości, ograniczałyby one Jego Wolność. Jeżeli zaś jest zrodzenie, zostają pogodzone te dwie „przeciwności” – absolutna Wolność Boga z Jego Niezmiennością. Dlatego właśnie Syn jest „Obrazem Boga Niewidzialnego”. Dlatego też zapewne Bóg objawia się nam właśnie jako Ojciec i Syn, a nie na przykład jako dwaj bracia – żeby było miejsce na owo zrodzenie, żeby wyrazić pochodzenie Syna od Ojca – mimo, że Obaj są współistotni i że są Jednym Bogiem. Święty Augustyn z kolei tłumaczył to inaczej, ale podobnie: że Syn jest Obrazem, który tworzy się w Umyśle Ojca „po”, „wskutek” tego, że poznaje On Samego Siebie. Jednak dla TBZ to oczywiście za mało: gdyby Ojciec jedynie „poznawał”, to nie mógłby decydować o tym, co poznaje, a zatem Jego Wolność byłaby ograniczona. On musi jakoś „decydować”, choć jednocześnie ta Wola, ta Decyzja, Jej Treść jest z Nim współistotna – i to jest ta Tajemnica, coś, czego pojąć już nie możemy.

Oczywiście „dalej”, przez Syna, przez Słowo Boże wszystko jest tworzone – jest to jakby dalsza część Treści Woli Bożej, dlatego „w Nim zostało wszystko stworzone” i „przez Nie [Słowo] wszystko się stało”. „Pomiędzy” Ojcem a Synem jest też oczywiście Duch Święty – ale o tym nie mam (jeszcze) tak rozbudowanych refleksji. Te zaś wyżej zrodziły się m.in. z lektury fragmentów pewnej książki, gdzie przedstawiano powszechną tezę, że „Bóg jest miłością” – w znaczeniu ontologicznym i z tego wywodzono, że Bóg jest Trójcą Świętą. Oczywiście Bóg jest miłością – cokolwiek to znaczy – jednak nie w takim znaczeniu, że na przykład „nie potrafi nie kochać”. Bóg może wszystko, dlatego właśnie nie może mieć żadnej Istoty. Istotą tą nie może być też miłość, wbrew temu co się dziś uważa. Tym bardziej miłość nie może „zmuszać” Boga do niczego, na przykład do stworzenia świata – jak pisała nawet św. Katarzyna ze Sieny. Takie tezy brzmią może bardzo pięknie, jeżeli jednak brać je ontologicznie i rozważać filozoficznie są na granicy herezji, gdyż podważają Wszechmoc i Wolność Boga.

Nowy odcinek „Uwięzionego w Serze”

jest dostępny tu. Jak zwykle razem z „poprzednimi” odcinkami. Nowy fragment zaczyna się od „Samobójstwa” na stronie 114. Większa część tego nowego fragmentu była już tu publikowana jako osobne wpisy, jednak publikuję całość, jako że zorientowałem się, iż od publikacji ostatniego „odcinka” „Uwięzionego” minął już ponad rok. Dla porządku więc zamieszczam to, co przez ten rok do niego przybyło.

Kodeks Cywilny, nowa wersja Kodeksu Karnego i podstawowe założenia mojego systemu prawnego.

Projekt mojego Kodeksu Cywilnego jest dostępny tu.

Najnowsza wersja projektu mojego Kodeksu Karnego jest dostępna tu.

Kodeksy te są ze sobą powiązane, w związku z tym KC znacznie różni się od współczesnych kodeksów cywilnych (bardziej chyba nawet niż mój KK od współczesnych jego odpowiedników), co może zdziwić Czytelnika, stąd należy mu się parę słów wyjaśnienia.

Otóż specyficzny kształt mojego KC wynika ze specyficznego rozumienia miejsca prawa cywilnego w systemie prawa, co wynika z pewnych założeń, które postaram się poniżej skrótowo przedstawić. Otóż:

1. Prawo winno być systemem, co oznacza, że wszystkie jego działy winny być ze sobą powiązane.

2. Powiązanie to winno mieć charakter hierarchiczny, tak aby oprócz „gałęzi” prawa istniał również jego „pień” – centralny dział prawa, wokół którego orbitować będą niejako wszystkie pozostałe.

3. Z wielu powodów najbardziej optymalnym rozwiązaniem wydaje się uczynienie owym „pniem” prawa karnego.

4. Prawo karne winno być oparte na zasadzie kary sprawiedliwej, to jest odpowiadającej w jak największym stopniu przestępstwu (zasada talionu = „oko za oko, ząb za ząb”).

5. Z zasady powyższej wynika, iż państwo może użyć przemocy tylko w odpowiedzi na przemoc.

6. Za powyższego wynika, iż państwo może używać przemocy wyłącznie wymierzając karę, a zatem każda przemoc, którą państwo stosuje wobec obywatela winna być karą (z wyjątkiem obrony, która jednak de facto nie jest przemocą w tym rozumieniu).

7. Z powyższego wynika, iż prawo cywilne nie może konstytuować żadnych roszczeń jednostki wobec innej jednostki, gdyż egzekucja takiego roszczenia wiąże się z użyciem przemocy przez państwo. W związku z tym Kodeks „Cywilny” staje się de facto rozbudowanym słowniczkiem terminów ustawowych dla Kodeksu Karnego, przez co zostaje spełniony postulat z punktu 2. i 3.

8. W związku z powyższym roszczenia z KC muszą zostać przemianowane na kary w KK.

9. Realizacja powyższego jest względnie prosta w przypadku deliktów, trudniejsza natomiast w przypadku roszczeń związanych z naruszeniem zobowiązania, jako iż nie można kary za coś takiego jak „naruszenie zobowiązania”, która byłaby zgodna z zasadą talionu.

10. W związku z powyższym należy zrezygnować z pojęcia „zobowiązania” i rozumieć umowę inaczej, tak aby dopasować to rozumienie do KK – stąd specyficzne rozumienie umowy w moim KC.

To tylko pewne szybkie wyjaśnienia. Planuję dłuższy wpis, a nawet serię wpisów na ten temat, ale dopiero za jakiś czas.

„Wolność tkwi w samotności” – manifest.

[Jest to fragment nieopublikowanego jeszcze fragmentu "Uwięzionego w Serze"].

Wolność tkwi w samotności. W samotności mogę nareszcie być sobą. Być sobą to znaczy – grać! To znaczy udawać! Nieustannie udawać, zakładać co chwilę coraz to nową maskę, wykrzywiać gębę w coraz to nowym grymasie! Mogę to robić swobodnie – bo wiem, że nie zostanę zinterpretowany. Wiem, że nic nie komunikuję, więc wiem, że nie zostanę źle zrozumiany przez siebie samego. Mogę swobodnie mówić, bo i tak nikt nie słucha, nie rozumie, nie myśli, nie interpretuje, nie traktuje poważnie ani niepoważnie. Mogę swobodnie udawać, gdyż wiem, że jest to udawanie dla samego udawania i nikt mi nie zarzuci, że udaję, nikt mi nie powie, że udaję marnie, że moja gra nic nie warta, sztuczna, sztywna i bez wczucia i wyczucia. To jest wolność! Wolność swobodnego szalonego aktorstwa, wolność udawania dla samego udawania, zabawy z samym sobą samym sobą! Wtedy właśnie najbardziej jestem sobą…

Bo czymże wreszcie jestem, jeśli nie samożonglującymi się piłeczkami? Jeśli nie ręką, która podrzuca własne palce? A właściwie nie, nawet nie tym jestem, to źle powiedziane, jestem raczej samym żonglowaniem piłeczek, samym ich lotem, układem, który przez moment przyjmują w powietrzu. Lecz nie ja je podrzucam. Nie ja również wyprodukowałem piłeczki. Nawet nie kupiłem ich na targu. O, nie. Jestem tylko lotem, ruchem kolorowych piłeczek, zabawką klauna, powodem śmiechu dla dzieci, pośmiewiskiem dla ludu.

Czy już rozumiecie? Gdy jestem wśród ludzi każdy mój gest i słowo tworzy w nich mój obraz. Nie ma nic, co by nie miało znaczenia, nie ma nic niewinnego, nie ma miejsca na zabawę słowami, gestami, minami, ruchami i stylami, gdyż nawet to, że chciałbyś tak się bawić wpływa na Twój obraz w ludzkich oczach. Zrozum, że ludzie nie mogą zobaczyć Cię całego. Widzą jedynie jakiś urywek, moment, pierwsze i drugie zachowanie, które kształtuje pierwsze i drugie wrażenie, a ono kształtuje Twój obraz w ludziach. Wszystko co zrobisz ma znaczenie. Wszystko coś komunikuje. Ludzie ocenią Cię na podstawie jednego stylu, w który akurat chciałeś się wcielić. Ocenią jedną Twoją maskę i pomyślą, że to Ty, podczas, gdy Ty jesteś zbiorem masek. Pomyślą, że taki jesteś, podczas gdy Ty jedynie chciałeś się zabawić. Podczas gdy to nie było na poważnie. Albo zorientują się, że to maska i zarzucą Ci, że zakładasz maski, że źle udajesz, nieumiejętnie grasz, że to jakaś żałosna farsa, że to wszystko nienaturalne, na siłę i nawet nieśmieszne.

Dlatego musisz siedzieć cicho. Dlatego tylko w samotności możesz żonglować wszystkimi piłeczkami, które na Ciebie się składają. Tylko w samotności możesz swobodnie zmieniać maski, bo wiesz, że poza nimi nie ma nic, że jest tylko ich układ, relacja, hierarchia i zmiana. Tylko w samotności możesz swobodnie grać i udawać, bo wiesz, że grasz i udajesz dla zabawy, a nie żeby wzięto Cię na poważnie. Wiesz, że jeżeli zakładasz maskę Zorro, to nie po to, aby ktoś wziął Cię za Zorro, gdyż wiesz, że Zorro nie jesteś. I wiesz, że jest to tylko maska, podobna do stu tysięcy masek, nieoswojona maska w teatrze Twego własnego „Ja”. Natomiast inni, gdy zobaczą Cię w masce Zorro wezmą Cię za Zorro albo za kogoś, kto pragnie uchodzić za Zorro, którym nie jest, więc jest żałosny w swoim przeciętnym dość aktorstwie, nieśmieszny i nachalny, gdyż wszystkim się wciska jako Zorro, zamiast „być sobą”. Nie rozumieją, że ja właśnie w ten sposób „jestem sobą”, gdyż jestem po części i Zorro, i Robin Hoodem, i Piotrusiem Panem, i Terminatorem, i jeszcze 20 tysiącami różnych postaci, różnych masek, różnych twarzy, osób, czyli masek, prosoponów, ról. Jestem nimi wszystkimi, ale żadnym na poważnie, żadnym w całości i do końca, jestem tylko wieczną ich zmianą, wymianą, walką o hierarchię, walką o władzę nad ciałem moim. Tyle duchów, stylów, postaci, kontekstów, toposów i archetypów walczy…nie, nie we mnie. Walczy. I to ja jestem tą walką. Nie ma nic poza tym, żadnego „Ja”, żadnego wnętrza, w którym walka się toczy, nie ma żadnego sędziego ani arbitra, żadnego decydenta, nie ma nikogo, kto ogłasza zwycięzcę, gdyż on ogłasza się sam, sam namaszcza się na króla nad ciałem i ten akt jego nie wymaga żadnej kontrasygnaty. Każdy z nich jest dyktatorem bezwzględnym, absolutnym i totalitarnym tyranem, niemających sobie równego w całych mrocznych i krwawych dziejach ludzkości. Jednak władza każdego trwa tylko chwilę. Może dłużej, może krócej. W końcu jednak każdy musi upaść pod ciosami innego, aby kiedyś, być może po chwili, być może dopiero po latach, odzyskać władzę, znowu tylko na pewien czas. A wszyscy oni czerpią energię do walki żywiąc się światem, żywiąc się społeczeństwem i całym Zewnętrzem, postrzeganym przez ciało. To to Zewnątrz piłeczki produkuje i to Zewnątrz piłeczki podrzuca, ono samo składa się z piłeczek, ono samo jest zbiorem, ciągiem zdarzeń, łańcuchem przyczyn i skutków. Ono „mnie” tworzy, rysując na tablicy zawieszonej na ścianie genów, rysując kredą zdarzeń, przypadków, doświadczeń, słów, myśli, czynów, ludzi, zwierząt, rzeczy i informacji. Ono poniża i wywyższa ich wszystkich, ono daje siłę do walki Zorro, Terminatorowi i Piotrusiowi Panowi. Ono ich karmi. Ono ich poi. Ono kieruje ich ruchami, gdy walczą bez litości i bez zasad o walkę nad ludzkimi ciałami.

Niech więc nigdy więcej nie usłyszę już słów o „byciu sobą”. Niech już nigdy więcej nie przeczytam o „byciu szczerym” i „ściąganiu masek”. Maski nie da się ściągnąć. Da się ją tylko zmienić. Nawet nie to – ona sama się zmienia. A Ty jesteś tylko jej złudzeniem i wytworem, jesteś kłamstwem własnego umysłu.

I tylko w samotności możesz wyciągnąć z szafy wszystkie swoje maski. Możesz być, niczego nie komunikując. Możesz być, nie będąc interpretowanym. Być, nie będąc postrzeganym przez ludzkie oczy, słyszanym przez ludzkie uszy, rozumianym, ocenianym i kształtowanym. To jest właśnie wolność. Wolność bezsensowności działania. Wolność bezcelowości gestów, spojrzeń i słów. Wszystko jest tylko dla zabawy, dla misia, für mich, dla mnie samego i tylko dla mnie samego. A inni i tak tego nie zrozumieją. Inni i tak nie docenią. Ja sam nie docenię siebie w ich oczach, nawet jeżeli oni by się ośmielili. Ja sam siebie nie zrozumiem w ich umysłach, nawet gdyby oni śmieli. Ja sam siebie wyśmieję w nich, nawet jeżeli oni by się nie odważyli. Gdyż z zewnątrz jestem śmieszny i żałosny dla siebie samego. Gdyż dla wszystkiego jestem niczym, więc dla siebie muszę być wszystkim. Gdyż dla siebie we wszystkim jestem niczym, więc muszę być wszystkim, gdy jestem sam w sobie!

I dlatego mam swój własny świat. Świat, który jest śmieszny dla innych. Żałosny. Nawet gdyby nie był to MUSI być, rozumiecie?! Musi! Muszę być niczym dla Was, aby móc być wszystkim dla siebie! Ja sam sobą pogardzam za Was, sam siebie już poniżyłem i wyśmiałem, zanim zdążyliście otworzyć usta, zanim zdążyliście nawet pomyśleć! Gdy przed Wami stoję, muszę być gównem, i nie pomogą tu Wasze pocieszenia, Wasze docenienia, Wasze oklaski, Wasze uczucia i opinie, nawet gdyby były szczere i prawdziwe! Nie pomogą, gdyż mnie nie obchodzą! Gdyż Wy mnie nie obchodzicie! To ja sam jestem w Was, to ja już tam siedzę i patrzę na siebie Waszymi oczami, słyszę się Waszymi uszami, rozumiem się Waszym rozumem, śmieję się z siebie Waszym śmiechem! I ustami Waszymi miotam na siebie najgorsze przekleństwa, ustami Waszymi się wyśmiewam, widzę oczami Waszymi w sobie człowieka żałosnego, marnego aktora, udawacza, nic niewartego dziwaka albo jeszcze mniej wartego normalnego. I ja sam za Was siebie odrzucam, sam za Was uznaję się za niewartego zainteresowania, sam za Was siebie olewam, lekceważę i przechodzę nad sobą do porządku dziennego, więc nie psujcie mi tego! Ja WIEM, że jestem nikim dla Was, muszę być dla Was gównem, a Wy będziecie gównem dla mnie, a wtedy ja sam sobie postawię pomnik, którego żaden z Was by mi nigdy nie wystawił, choćbyście mnie nie wiem jak podziwiali, szanowali i kochali! Lecz po cóż mi Wasza miłość, po co szacunek, po co pochwały i docenienie, skoro ja sam siebie po milionkroć bardziej, mocniej i lepiej będę chwalić, szanować, podziwiać i kochać! Więc nie psujcie mi tego, podziwiając mnie, gdyż wtedy i ja bym musiał zacząć Was podziwiać! Nie psujcie mi tego, zachwycając się mną, gdyż i ja Wami bym musiał się zacząć zachwycać! Nie psujcie mi tego, kochając mnie, gdyż i ja Was musiałbym ukochać! A ja nie mogę, nie mogę, nie wolno mi zachwycać się czymkolwiek i kimkolwiek, nie wolno niczego podziwiać, szanować ani kochać, niczego, czego sam bym nie stworzył w swoim własnym światku! Światku, który ze świata się wyłonił, lecz o tym cicho sza! Światku, który z Was pochodzi, lecz nikt nie wie w jakim stopniu i w jaki sposób, ani ja, ani Wy!

Więc błagam Was i zaklinam: gardźmy sobą nawzajem! Ach, gardźmyż sobą, dalejże, przeklinajmy, wyzywajmy, wyśmiewajmy, poniżajmy jeden drugiego! A w cichych i ciemnych pokoikach swej chorej jaźni wznośmy sobie pomniki twardsze niż ze spiżu, budujmy sobie samym świątynie i ołtarze wspanialsze niż jakiekolwiek na świecie i palmy kadzidła swojemu obrazowi w sobie samym. Lecz niech nas Ręka Boska broni przez tym, abyśmy mieli to robić wobec innych! Zamykajmy kapliczki swoje szczelnie, aby nikt nie poczuł dymu kadzidła, osłaniajmy je, aby nikt nie zobaczył posągu ze złota. Oblepmy się z zewnątrz gównem, poniżajmy siebie i mieszajmy z błotem, zanim zdążą to zrobić inni, wyprzedzaj bliźniego swego w poniżaniu jego i siebie samego! Wyzywaj bliźniego swego jak siebie samego! Poniżaj bliźniego swego jak siebie samego! Och, czyż przecież nie na tym wreszcie polega miłość?! Ależ tak, ależ przecież Bóg, Który jest Miłością samą uniżył Siebie Samego, poniżył Siebie Samego, zostawiając nam przykład najdoskonalszej Miłości…Dalejże więc! Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, a więc: poniżaj go jak siebie samego! Wyśmiewaj go jak siebie samego! Gardź nim na równi z sobą samym! A w nocy, gdy matka śpi, siostra śpi, ojciec śpi, babcia śpi zapylaj kwiaty najwspanialsze i najcudowniej pachnące we wspaniałym ogrodzie swojego własnego świata, świata Twojej samotni, do którego nikt nie ma wstępu i mieć nie może, gdzie Ty Sam z Sobą żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Dwa rozumienia praw natury.

Pojęcie „praw natury” w myśli politycznej można rozumieć na dwa zasadnicze sposoby:

1) Przedmiotowy – to znaczy jako normy „ustanowione” przez naturę; sposób ten ze względu na bezosobowość i pewną „absolutność” „prawodawcy” przemienia się często w rozumienie opisowe, to jest postrzeganie praw natury jako pewnych prawidłowości, mających te same cechy, co prawa fizyki, chemii, biologii etc., jak np. prawo grawitacji.

2) Podmiotowy – to znaczy jako uprawnienia przysługujące jakiemuś podmiotowi, najczęściej jednostce z „natury”, to znaczy z samego faktu bycia tym podmiotem, np. z samego faktu bycia człowiekiem. Takie rozumienie jest wstępem do teorii „praw człowieka”.

Te dwa rozumienia pojęcia „praw natury” są zasadniczo różne. Za pomocą tego rozróżnienia można zresztą w prosty sposób zdefiniować istotę konserwatyzmu i liberalizmu. Otóż konserwatyzm uznaje przedmiotowe, opisowe rozumienie „praw natury” – i to jest właściwie jego sedno. Konserwatyzm w szerokim rozumieniu tego pojęcia jest taką ideologią polityczną (o ile to właściwe słowo), takim sposobem myślenia o polityce, który koncentruje się wokół poszukiwania opisowo rozumianych praw natury, to znaczy odwiecznych, niezmiennych, uniwersalnych prawidłowości życia politycznego, społecznego, prawnego; instytucji, które są konieczne dla funkcjonowania i rozwoju państwa i społeczeństwa. Właściwie jednak prawem natury nie jest sama instytucja, jak np. własność. Prawem natury jest taka oto prawidłowość: „Państwa, społeczeństwa, porządki prawne nieznające własności, upadają, to znaczy – państwo, społeczeństwo, porządek prawny nie może istnieć bez własności”. Prawem natury jest konieczność istnienia pewnych instytucji w państwie, społeczeństwie, porządku prawnym, a raczej fakt, że państwa, społeczeństwa, porządki prawne bez tej instytucji muszą upaść, są skazane na zagładę, a przynajmniej na brak rozwoju. Podstawowym źródłem wnioskowania o tym, że tak jest dla konserwatysty oczywiście historia – jeżeli wszystkie znane nam na przestrzeni wieków cywilizacje, szczególnie zaś te, które rozkwitły, rozwinęły się itp. posiadały jakąś instytucję – to dla konserwatysty jest ona czymś, bez czego cywilizacja istnieć nie może, a więc, mówiąc skrótowo, „prawem natury”. Można to porównać do słynnej formuły św. Wincentego z Lerynu dotyczącej Tradycji w Kościele katolickim: „quod ubique, quod semper, quod ab omnibus creditum est” („to, w co wszędzie, w co zawsze, w co wszyscy wierzyli”) i nazwać konserwatyzm czymś w rodzaju „katolicyzmu politycznego”. Prawem natury – a więc tradycją polityczną (choć ta obejmuje raczej coś więcej niż same tylko prawa natury) jest coś, co znają od zawsze wszystkie ludy, cywilizacje, państwa, społeczeństwa; coś, co te społeczeństwa łączy, czego nie wymyślił jakiś konkretny człowiek, lud, społeczeństwo czy cywilizacja, lecz co istnieje wszędzie od czasów, gdy człowiek zaczął istnieć w społecznościach, społeczeństwach, państwach etc. tak, że nikt nie pamięta ani nie może wskazać początków tego czegoś, tej instytucji życia politycznego, społecznego, prawnego itp.

Liberalizm z kolei, zwłaszcza liberalizm klasyczny, rozumie „prawa natury” jako przysługujące jednostce uprawnienia, wynikające wprost z faktu, że jest ona człowiekiem. Widzimy tu zasadniczą różnicę – o ile konserwatysta wnioskuje o tym, że coś jest prawem natury na podstawie empirii – doświadczenia historycznego, liberalizm zaś na podstawie „rozumu”, wyprowadzając przysługujące człowiekowi uprawnienia z jego „natury” – w całkowitym oderwaniu od tego, co realnie istniało i istnieje, a często nawet w kontrze do tego. Poza tym konserwatyzm koncentruje się na społeczeństwie, państwie, liberalizm zaś na jednostce.

Połączeniem tych dwóch podejść jest konserwatywny liberalizm, który w kontekście praw natury polega na szukaniu zgodności „praktycznych”, to znaczy tego, co jest zarówno prawem natury w znaczeniu przedmiotowym, opisowym, jak i podmiotowym. Innymi słowy, polega on na uzasadnianiu, że coś, co jest, wedle liberałów, przysługującym jednostce nienaruszalnym uprawnieniem, jest jednocześnie instytucją, bez której niemożliwe jest istnienie państwa i społeczeństwa, instytucją, która istniała od zawsze i wszędzie.

Mnie osobiście, jeżeli chodzi o teorię, bardziej przekonuje opisowe, konserwatywne ujęcie „praw natury”. Ilekroć używałem tu tego określenia, zawsze, o ile pamiętam, rozumiałem je właśnie w ten sposób – jako instytucję konieczną do istnienia państwa, bez której państwo upadnie. Jest to podejście, które wydaje się bardziej praktyczne, konkretne, a przede wszystkim coś z niego wynika. W całej przecież myśli politycznej chodzi zawsze o organizację państwa, chodzi o przekonanie, że państwo powinno mieć taki, a nie inny ustrój, takie, a nie inne prawo. Podmiotowe rozumienie praw natury nic nie udowadnia, zwłaszcza zaś nie jest przekonujące dla władcy czy władców, brak bowiem jakiejkolwiek sankcji za zorganizowanie porządku prawnego czy politycznego bez poszanowania dla podmiotowo rozumianych „praw natury”. Jedyną „sankcją” mogą być głosy oburzenia, że oto mamy do czynienia z tyranią, że to niemoralne itp. itd., jednak władca może na to tylko się zaśmiać i odpowiedzieć: „a co mi zrobicie?”. Również z punktu widzenia czysto teoretycznego „naturalne” pochodzenie pewnych uprawnień niczego nie udowadnia, skoro nie ma sankcji za ich nieuznawanie, nie jest to po prostu przekonujące w dyskusji. Poza tym jest to konstrukt czysto teoretyczny: na czym bowiem polega na przykład „prawo własności”, które rzekomo „przysługuje” jednostce, a państwo je tylko „uznaje”? Sławetna triada uprawnień właścicielskich jest konstruktem prawnym i sztucznym rozdzieleniem, zarówno posiadanie, używanie, jak i pobieranie pożytków mieszczą się de facto w posiadaniu, są rozdzielone tylko na potrzeby prawa. W świecie przedprawnym, pozaprawnym, w świecie faktycznym nie ma żadnego „prawa własności”, nie ma żadnego „uprawnienia”, bo co ono miałoby znaczyć? Jeżeli nie ma porządku prawnego mam tylko możliwość – np. możliwość decydowania o sobie. Jest to możliwość czysto faktyczna – tak, jak mogę chodzić, mogę widzieć, słyszeć, tak mogę decydować o sobie, mogę również obejmować w posiadanie rzeczy, korzystać z nich, pobierać pożytki itp. Nie jest to żadne „prawo” – bo czy mam „prawo” do chodzenia? Do widzenia? Nie – mam taką możliwość. Ktoś jednak może mnie jej pozbawić – na przykład związać mnie albo zasłonić oczy przepaską. I tu pojawia się państwo, porządek prawny, a wraz z nim prawo w rozumieniu podmiotowym – uprawnienie, a więc nic innego, jak tylko możliwość akceptowana i chroniona przez ten porządek. Własność nie jest zatem niczym innym, jak akceptowanym, a przede wszystkim chronionym przez porządek prawny posiadaniem, a może raczej – samą akceptacją i ochroną tego posiadania. Jest zatem tworem sztucznym, konstruktem stworzonym przez porządek prawny, a nie żadnym moim „naturalnym uprawnieniem”.

Podobnie jest z innymi „prawami naturalnymi”, które można mnożyć, a stąd już tylko krok do socjalizmu, to znaczy to wymyślania praw w zupełnym oderwaniu od świata faktycznego, od możliwości, do rozumienia uprawnienia jako czegoś, czego możliwość państwo ma mi zapewnić. To właśnie jest sedno szeroko rozumianego socjalizmu – nazywanie „naturalnymi uprawnieniami” i „prawami człowieka” czegoś, czego możliwości z natury mogę w ogóle nie posiadać, lecz czego możliwość państwo ma mi zapewnić i tego zapewnienia mam prawo się od niego domagać. Są to faktycznie uprawnienia sensu stricto, „publiczne prawa podmiotowe”, nie zaś uprawnienia o zabarwieniu wolnościowym, które polegają raczej na ochronie stanu faktycznego właśnie i na powstrzymaniu się państwa od ingerencji. Nie wiadomo jednak skąd socjalistom przyszło do głowy, że są to „uprawnienia naturalne” i „prawa człowieka” – w jaki sposób z mojej natury wynika to, że ktoś ma mi zapewnić możliwość czegoś, czego możliwości z natury nie posiadam? Jest to absurdalne myślenie, myślenie czysto życzeniowe, „powinnościowe”, nie mające żadnego powiązania z empiryczną rzeczywistością.