Sposoby akcji i reakcji moralnej.

Z poprzedniego wpisu wiemy, że tak naprawdę cała moralność opiera się na kryterium przyjemności i nieprzyjemności, że jest to jedyne dostępne człowiekowi kryterium, na podstawie którego może on oceniać zjawiska i czyny. Czyny nie tylko swoje, ale również czyny innych ludzi, których jest on obiektem. Może więc on oceniać, czy powodują one u niego przyjemność, czy też nieprzyjemność – i to zarówno bezpośrednio, a więc czy są wprost przyjemne lub nieprzyjemne, jak i też docelowo, to jest, czy są korzystne, czy niekorzystne. Każda taka „akcja” bliźniego domaga się jakiejś mojej „reakcji”.

Sposoby tej reakcji mogą być różne:

  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność większą nieprzyjemnością, nazywamy to okrucieństwem.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność mniejszą nieprzyjemnością, nazywamy to litością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność mniejszą od niej (niższą w hierarchii) przyjemnością, możemy to nazwać…miłosierdziem (?).
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność większą od niej (wyższą w hierarchii) przyjemnością, nazywamy to miłosierdziem (a może wielkim miłosierdziem?).
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność większą od niej przyjemnością, nazywamy to hojnością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność mniejszą od niej przyjemnością, nazywamy to skąpstwem.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność mniejszą od niej (niższą w hierarchii) nieprzyjemnością, nazywamy to niewdzięcznością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność większą od niej (wyższą w hierarchii) nieprzyjemnością, nazywamy to…wielką niewdzięcznością? A może okrucieństwem?

Oczywiście nazwy te są umowne, można je zmieniać, powyższe wyliczenie to tylko taka propozycja. Jest jednak jeszcze jeden sposób reakcji, którego nazwa ma już większe znaczenie, gdyż jest często przywoływaną cnotą, jedną z cnót kardynalnych. Sposób ten obejmuje właściwie dwa sposoby:

  • Jeżeli ktoś odpowiada na przyjemność taką samą (równą jej w hierarchii) przyjemnością, nazywamy to sprawiedliwością.
  • Jeżeli ktoś odpowiada na nieprzyjemność taką samą (równą jej w hierarchii) nieprzyjemnością, nazywamy to sprawiedliwością.

W tych dwóch punktach zawiera się cała definicja sprawiedliwości. Jej istotą jest owa tożsamość reakcji z akcją, a być może raczej nie dosłownie tożsamość (a przynajmniej nie zawsze), ale pewna równość hierarchiczna, pewna proporcjonalność, zgodność, podobieństwo. Problem leży w ustaleniu granic tej proporcji, w ustaleniu, co jest reakcją proporcjonalną, równą, podobną. Najprościej byłoby reagować dosłownie tak samo, czynem identycznym, nie zawsze jednak jest to możliwe, a nawet gdy jest możliwe, to nie zawsze jest sensowne. Tak jest na przykład w przypadku handlu, począwszy od handlu wymiennego: nie po to daję drugiemu garnek, aby w zamian otrzymać garnek, gdyż jestem garncarzem i garnków mam w brud. Za garnek chcę otrzymać co innego, na przykład mięso. Problem więc leży w ustaleniu ceny, wartości: ile garnków za jaką ilość mięsa.

Tu warto zwrócić uwagę, że w istocie sprawiedliwość jest subiektywna, ponieważ kryterium leżące u jej podstaw – kryterium przyjemności – jest subiektywne. Nie każdemu ten sam czyn sprawia tą samą przyjemność lub nieprzyjemność, gdyż, jak to było powiedziane w poprzednim wpisie, każdy tworzy własną hierarchię przyjemności i nieprzyjemności, korzyści i niekorzyści. Przed sprawiedliwością kroczy więc wolność, która jest jej niejako warunkiem koniecznym. Nie da się powiedzieć, co jest sprawiedliwe, jeżeli nie wiemy, co drugiemu sprawia przyjemność, a co nieprzyjemność, jakie przyjemności są dla niego ważne, jakie przyjemności gotowy jest poświęcić na rzecz jakich, jakie nieprzyjemności jest gotów znosić. Możemy się tego dowiedzieć, rzecz jasna, tylko od niego. Podobnie oczywiście, nawiasem mówiąc, nie jest możliwe zdefiniowanie innych sposób reakcji bez tej wiedzy.

Tu więc pojawia się nam wolny rynek, pojawia się wolność jako podstawa sprawiedliwości. Nie ma sprawiedliwości bez wolności, gdyż nie ma jednego, obiektywnego kryterium sprawiedliwości. A właściwie jest – ale taką sprawiedliwość może stosować tylko Bóg, ponieważ Bóg zna nas, Bóg wie wszystko i dokładnie wie, co komu sprawia przyjemność, a co nieprzyjemność, on tylko zna hierarchię przyjemności i nieprzyjemności każdego człowieka. My, ludzie, możemy tylko podejrzewać, na podstawie pewnych generalnych prawideł, że na przykład ukłucie igłą jest mniejszą nieprzyjemnością niż cięcie ręki piłą mechaniczną, nigdy jednak nie będziemy mieli pewności. Oczywiście, nie będziemy jej mieli również wtedy, gdy drugi człowiek powie nam, co sprawia mu przyjemność i w jakim stopniu, niemniej jednak nie mamy sposobu sprawdzenia jego twierdzeń.

Wolność więc przekracza sprawiedliwość ludzką. Pytanie, co zrobić, gdy ktoś wolność narusza, stosując wobec drugiego przemoc. Jak zareagować? Jaka reakcja na to byłaby sprawiedliwa? Mowa tu oczywiście o państwowym wymiarze sprawiedliwości i o prawie karnym: o tym za co i jak karać. Jak wymierzać sprawiedliwość, skoro nie ma jednej sprawiedliwości ludzkiej? Otóż tu trzeba oprzeć się na naszej ułomnej definicji sprawiedliwości, ułożonej na podstawie pewnych ogólnych prawideł. Upoważnienie do przełożenia sprawiedliwości nad wolność daje nam w tym przypadku sam sprawca, który swoim czynem sam przedkłada nijako nad wolność swoje własne definicje sprawiedliwości, hojności, okrucieństwa etc. Tu widzimy, że karać możemy wyłącznie za naruszenie wolności, ono bowiem daje nam tylko uprawnienie do przedłożenia naszej domniemanej, zobiektywizowanej jak to tylko możliwe definicji sprawiedliwości nad własną, subiektywną definicję sprawiedliwości sprawcy. Jest to zgodne z ogólną definicją sprawiedliwości, z jej istotą, którą jest proporcjonalność. W szczególe – proporcjonalność przyjemności i nieprzyjemności (i tu jest miejsce na różne „definicje” sprawiedliwości), ale w ogóle – proporcjonalność. Proporcjonalnie więc na to, że ktoś lekceważy sobie wolność drugiego, odpowiadamy naszym lekceważeniem jego wolności. Nie bierzemy więc tu już pod uwagę odczuć sprawcy, tego, czy kara sprawi mu przyjemność czy nieprzyjemność i w jakim stopniu i to nie tylko dlatego, że nie sposób tego ustalić, ale też dlatego, że on sam dał nam takie prawo, a wręcz zobowiązał nas do tego, nie interesując się tym, co sprawia przyjemność i nieprzyjemność ofierze. Aby więc zadośćuczynić pierwotnej sprawiedliwości, a więc proporcjonalności, lekceważymy jego odczucia. Zostaje nam więc sam czyn – i tylko na podstawie czynu możemy ustalać, jaka odpowiedź na niego będzie „sprawiedliwa”, ale już nie w sensie właściwym – proporcjonalności przyjemności i nieprzyjemności, ale w sensie ograniczonym do istoty sprawiedliwości, którą jest czysta tożsamość czy proporcjonalność – już nie odczuć, ale czynów. Z tego wynika, że w prawie karnym (ale właściwie tylko tam!) ma zastosowanie definicja sprawiedliwości jako prawa talionu, a więc „oko za oko, ząb za ząb”.

Oprócz wymienionych już sposobów reakcji moralnej, istnieją również, jak mówi tytuł, sposoby akcji moralnej, to jest działania, które nie jest odpowiedzią na działanie drugiego. Czy jednak jest tak w istocie? Właściwie tak – możemy przecież dokonać czynu sprawiającego przyjemność lub nieprzyjemność wobec kogoś obcego, którego widzimy pierwszy raz w życiu i który w związku z tym nie miał okazji dokonać czynu, który sprawiłby nam przyjemność lub nieprzyjemność. Nie oznacza to jednak, abyśmy czynili to bezinteresownie, to jest bezprzyczynowo. Zgodnie bowiem z tym, co pisałem w poprzednim wpisie, a także wcześniej, zawsze spodziewamy się jakiejś reakcji, jakiegoś skutku w postaci przyjemności bezpośredniej lub pośredniej (korzyści), jeżeli nie ze strony tego, który jest obiektem naszego działania, to ze strony innych ludzi bądź Boga. Mimo wszystko jednak odróżnimy akcję od reakcji i powiemy, że są następujące sposoby akcji moralnej:

  • Jeżeli ktoś dokonuje czynu powodującego przyjemność u neutralnej mu osoby, nazywamy to jałmużną.
  • Jeżeli ktoś dokonuje czynu powodującego nieprzyjemność u neutralnej mu osoby, nazywamy to…znowu okrucieństwem?

Tu oczywiście nazwy są znowu umowne. Warto jednak zauważyć, że nie ma tu mowy o sprawiedliwości. Sprawiedliwość jest wyłącznie sposobem reakcji, nigdy zaś akcji moralnej. Sprawiedliwość nie mówi nam nic o tym, co mamy czynić wobec człowieka, który nam nic nie uczynił.

Rozważania z zakresu ogólnej teorii moralności, czyli czym w istocie jest dobro i zło.

Według Jeremiasza (Jeremy’ego) Benthama człowiek poznaje świat jedynie za pomocą zmysłów (sensualizm), z czego wysnuwa on logiczny wniosek, że jedynym dostępnym człowiekowi kryterium oceny zjawisk i czynów jest przyjemność. Coś jest albo przyjemne, albo nieprzyjemne – i to jest jedyna rzecz, a przynajmniej podstawowa rzecz, jaką człowiek może o czymś powiedzieć. Stąd wynika benthamowski hedonizm, czyli utożsamienie fizycznej, zmysłowej przyjemności z dobrem. Co jest przyjemne, jest dobre, a co nie jest przyjemne, nie jest dobre. Taki pogląd może wydawać się radykalnie sprzeczny z moralnością nie tylko chrześcijańską czy katolicką, ale nawet z pewnymi moralnymi pryncypiami, uznawanymi przez większość. I faktycznie tak jest, niemniej zawiera on pewną ważną intuicję i jeżeli tylko odpowiednio się go uzupełni, zmodyfikuje i rozszerzy, to okaże się on z moralnością chrześcijańską i katolicką zgodny, choć wniesie on do niej pewne, być może zaskakujące, wnioski.

Otóż podstawowy błąd Benthama polega na tym, że nie uznaje on hierarchii przyjemności, co prowadzi do pewnego totalizmu: albo przyjemne, albo nieprzyjemne, koniec kropka. Tymczasem jest to bzdura, nie ma chyba człowieka, który powiedziałby, że na przykład pewna nieprzyjemność związana z ukłuciem igłą jest w jakikolwiek sposób porównywalna z nieprzyjemnością spowodowaną na przykład złamaniem nogi, nie mówiąc już o odcięciu ręki, czy gorszych jeszcze rodzajach bólu spowodowanych różnymi wymyślnymi torturami czy poważnymi chorobami. Podobnie rzecz ma się z przyjemnościami. Zarówno więc przyjemności, jak i nieprzyjemności są stopniowalne i można je ułożyć w pewną hierarchię (tu znów okazuje się, że hierarchiczność jest podstawową zasadą świata). A skoro tak, to z samej istoty hierarchii wynika, że niższy jej stopień musi czy przynajmniej może zostać poświęcony, gdy wymaga tego stopień wyższy. Możemy więc znieść małą nieprzyjemność, aby uniknąć nieprzyjemności większej, możemy też znieść nieprzyjemność, aby osiągnąć pewną znajdującą się wyżej w hierarchii przyjemność, albo też poświęcić przyjemność na rzecz większej przyjemności. Logiczne jest jednak, że to, na rzecz czego się poświęcamy, następuje później, gdyż nie może następować na raz przyjemność i nieprzyjemność. Poświęcenie więc polega właśnie na tym, że godzimy się na pewną nieprzyjemność albo rezygnujemy z przyjemności, licząc na to, że spowoduje to osiągnięcie większej przyjemności lub uniknięcie większej nieprzyjemności w przyszłości. Nie mamy jednak nigdy stuprocentowej pewności co do tego, czy tak będzie, gdyż przyszłość jest dla nas tajemnicą. Przewidujemy ją jednak z pewnym prawdopodobieństwem, do oceny zaś tego prawdopodobieństwa potrzebne nam jest poznanie pewnych praw, zasad rządzących światem, zjawiskami, pewnych związków przyczynowo-skutkowych, do czego służy nam rozum, którego roli Bentham zdaje się nie dostrzegać. Gdyby jednak chcieć konsekwentnie i radykalnie stosować jego teorię, to właściwie okazać by się mogło, że w każdej prawie czynności czai się zło, czyli nieprzyjemność – każda bowiem właściwie czynność wymaga wysiłku, nieprzyjemności, pokonywania przeciwności. Działając w ten sposób nie zrobilibyśmy właściwie nic i mogło by się okazać, że umrzemy z głodu, gdyż wstanie z krzesła czy pójście do sklepu po jedzenie uznamy za nieprzyjemność, a więc zło. To oczywiście przykład skrajny, ale już na przykład znoszenie bólu towarzyszącego szczepieniu czy pobieraniu krwi przy badaniu po to, aby uniknąć większej nieprzyjemności, czyli choroby, byłoby raczej niezgodne z etyką Benthama, co pokazuje cały jej bezsens. Jest oczywiste, że trzeba znosić mniejsze nieprzyjemności, aby uniknąć większych – robi to codziennie każdy człowiek, wiele razy nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Działanie takie, to jest znoszenie mniejszej nieprzyjemności, aby uniknąć większej lub osiągnąć większą przyjemność, albo też wyrzekanie się mniejszej przyjemności, aby osiągnąć większą lub uniknąć większej nieprzyjemności, będziemy nazywać działaniem KORZYSTNYM, zaś cel, do którego zmierzamy KORZYŚCIĄ. Szczepienie zatem nie jest przyjemne, ale jest KORZYSTNE, ponieważ stoi za nim przyjemność, a raczej – uniknięcie nieprzyjemności, z tym, że oddalone w czasie. Faktycznie więc nie wprowadzamy tu żadnego nowego kryterium – fizyczna, zmysłowa przyjemność i nieprzyjemność dalej pozostaje podstawowym i właściwie jedynym kryterium myślenia o świecie i oceny zjawisk. Wprowadzamy jedynie pewną modyfikację, uzupełnienie w postaci hierarchii przyjemności i nieprzyjemności, co powoduje, że możemy wybierać działania nieprzyjemne lub unikać przyjemnych, nie dla innego jednak celu, jak dla osiągnięcia większych przyjemności lub uniknięcia większych nieprzyjemności. Korzyść jest więc fizyczną przyjemnością lub nieprzyjemnością – z tym, że odłożoną w czasie. Nie zaprzeczamy tu więc, co jest bardzo ważne, nie zaprzeczamy tu owej intuicji tkwiącej u podłoża założeń filozofii benthamowskiej, gdyż nie wprowadzamy nowego kryterium, które byłoby niezwiązane z poznawaniem zmysłowym i czysto fizyczną (bądź ewentualnie psychiczną, pytanie, czy nie jest to to samo, co jednak nie jest tematem tego wpisu) przyjemnością i nieprzyjemnością.

Pozostaje jednak jeszcze kwestia moralności, a więc kwestia dobra i zła, kwestia oceny, czy czyn jest dobry, czy też zły. Otóż korzyści oczywiście też mają swoją wewnętrzną hierarchię – coś może być bardziej lub mniej korzystne. Coś jest bardziej korzystne, jeżeli powoduje większą przyjemność lub prowadzi do uniknięcia większej nieprzyjemności. I tak na przykład napad na bank jest korzystny. Z pewnością nie jest przyjemny – wymaga przygotowań, poświęceń, jest związany ze stresem, jednak przynosi przyjemność, pod warunkiem, że chociaż na chwilę się uda, to jest, że rabusie zdążą w jakikolwiek zamierzony sposób wydać zrabowane pieniądze i w ten sposób osiągnąć przyjemność, która według nich stoi wyżej w hierarchii niż nieprzyjemności związane z przeprowadzaniem napadu. Jednak może się okazać, że powstrzymanie się od napadu jest bardziej korzystne – gdyż napad może być udany tylko chwilowo, w końcu zaś złodzieje zostaną schwytani i pójdą do więzienia, nawet zaś jeżeli nie – to będą żyć w ciągłym stresie. Zauważmy jednak, że wszystko jest tu subiektywne i relatywne – wszystko zależy od indywidualnej oceny, indywidualnej hierarchii przyjemności i nieprzyjemności, a także od indywidualnej oceny prawdopodobieństwa osiągnięcia korzyści, czyli wywołania zakładanego skutku. Nie ma tu jakiejkolwiek normy – coś, co jest korzystne dla jednego, może być niekorzystne według drugiego. Ktoś może uznać, że chwilowe użycie i chwilowa przyjemność warte są nieprzyjemności, zarówno tych związanych z napadem na bank, jak i nawet tych, związanych z odsiadką w więzieniu. Nie ma tu więc mowy o jakichkolwiek kategoriach absolutnych, uniwersalnych, a więc nie ma mowy o jakiejkolwiek moralności, o uznaniu czegoś za dobre bądź złe. Nie ma na to miejsca, a więc również władza, zakazując jakichś zachowań i karząc za nie, kieruje się niczym innym jak korzyścią, interesem, a więc w gruncie rzeczy czysto fizyczną przyjemnością i nieprzyjemnością. Pytanie oczywiście czy tylko swoją…? Otóż właściwie tak, gdyż żaden człowiek nie odczuwa żadnych innych przyjemności czy nieprzyjemności, jak tylko swoje, jeżeli więc rządzący zakazuje czegoś, to robi to po to, aby utrzymać swoją Władzę, aby utrzymać porządek, aby w państwie nie nastąpił chaos, aby nie został obalony przez zbuntowanych poddanych, aby został wybrany na następną kadencję etc. Może zaś zakazać, bo ma Władzę. Może karać, bo ma Władzę. Prawo jego jest prawem silniejszego i jeżeli jego skuteczność jest duża, jeżeli jego Władza jest silna, to ludzie rzadko występują przeciw temu prawu, gdyż…jest to niekorzystne. Nie ma tu cały czas mowy o jakimś „dobru”! Owszem, Władza często posługuje się tym pojęciem, ale tak naprawdę wciąż nie jest to dobro, wciąż jest to tylko korzyść – oceniana subiektywnie, relatywna. Powód tego jest właściwie jeden – nikt nie ma takiej władzy, aby mógł zapewnić, że każdy, kto jej się sprzeciwi zostanie na pewno złapany i ukarany. A ewentualnie po drugie – nikt nie jest w stanie ukarać tak, aby nie znalazł się człowiek, który przedłoży chwilową przyjemność nad związaną z karą nieprzyjemność. Wynika to głównie z tego, że owa nieprzyjemność jest…również chwilowa! Również czasowa, gdyż cały czas mówimy o kategoriach doczesnych. W tych kategoriach nie ma racji bytu żaden, ŻADEN uniwersalny system etyczny czy moralny, nie ma sensu pojęcie dobra i zła, jest tylko korzyść i niekorzyść.

Gdy jednak wejdziemy na teren religii, gdy przekroczymy granice czasu, gdy zaczniemy myśleć w kategoriach eschatologicznych, cały czas NIE PRZESTAJĄC myśleć jednocześnie w kategoriach Benthama, a więc fizycznej przyjemności i nieprzyjemności – to sprawa zaczyna wyglądać inaczej. Jeżeli bowiem jest system normatywny, za którego nieprzestrzeganie kara jest pewna i powszechna, a co więcej – jest największą i niekończącą się nieprzyjemnością – to już nie można powiedzieć, że jego nieprzestrzeganie jest korzystne, że jest bardziej korzystne niż jego przestrzeganie. Takie stwierdzenie byłoby nieracjonalne – gdyż każda ewentualna przyjemność w życiu doczesnym, którą miałoby dać nieprzestrzeganie norm owego systemu jest niepewna, a co ważniejsze – skończona, trwająca tylko jakiś czas. Zauważmy, że właściwie dalej mówimy tu o korzyści – o wyrzekaniu się przyjemności albo znoszeniu nieprzyjemności po to, aby uniknąć większej nieprzyjemności albo osiągnąć większą przyjemność. Istnieją jednak pewne różnice. Po pierwsze, korzyść, że tak to nazwę „pośmiertna”, jest zasadniczo inna od korzyści doczesnych. Nie da się ocenić jej prawdopodobieństwa na podstawie rozumowej analizy danych dostarczanych przez zmysły. Co więcej – jej prawdopodobieństwa nie da się ocenić w ogóle. Można albo w nią wierzyć, albo nie. Po drugie, korzyść ta nie zależy do indywidualnych ocen, o czym mowa była już wcześniej, gdyż po pierwsze – jest pewna (nieunikniona – o ile się w nią wierzy), a po drugie jest nieskończona; podobne cechy ma odpowiadająca jej niekorzyść (wieczna kara). Skutki zatem, zarówno nieprzestrzegania, jak i przestrzegania pewnego systemu normatywnego maja charakter absolutny i uniwersalny, a więc sam ten system ma charakter absolutny i uniwersalny, można go zatem nazwać systemem etycznym we właściwym znaczeniu tego słowa, można więc w końcu mówić tu o „dobru” i „złu” – a więc wprowadzić nową kategorię, odrębną od przyjemności i korzyści. Zauważmy jednak, że kategoria ta jest tylko pewną modyfikacją kategorii korzyści, która znowuż była tez jedynie modyfikacją kategorii przyjemności. Wszystko zatem nadal pozostaje osadzone w czysto fizycznej, zmysłowej przyjemności, pozostając, jak to zapowiedziałem na wstępie, w zgodzie z pewną intuicją tkwiącą w teorii Benthama. Nawiasem mówiąc, to uzasadnia dlaczego tak ważny jest dogmat o zmartwychwstaniu ciała – niebo pozbawione przyjemności fizycznych, czy też piekło pozbawione takowych nieprzyjemności nie byłoby tym samym, nie przemawiałoby tak do wyobraźni, gdyż podstawową kategorią, na podstawie której człowiek na tym świecie ocenia zjawiska jest właśnie przyjemność i nieprzyjemność fizyczna, zmysłowa, a więc cielesna…

Czym zatem jest dobro, a czym jego przeciwieństwo, czyli zło? Otóż na podstawie powyższych rozważań dochodzimy do następujących definicji:

Dobro - zgodność z absolutnym i uniwersalnym systemem normatywnym.

Zło - niezgodność z absolutnym i uniwersalnym systemem normatywnym.

Zauważmy więc kilka kwestii. Po pierwsze, tak rozumiane dobro może być jedynie cechą CZYNU człowieka. Czynu rozumianego oczywiście szeroko – jako świadoma, dobrowolna i celowa myśl, mowa, uczynek i zaniedbanie. Nie można jednak cechy tej przypisać niczemu ani nikomu innemu, przede wszystkim zaś nie można przypisać jej człowiekowi, a wreszcie – nie można przypisać jej Bogu.

Po drugie, taka definicja dobra jest z jednej strony nadal relatywna i subiektywna, oparta na podmiocie. Nic nie jest dobre czy złe samo w sobie – czyn jest dobry tylko dlatego, że jego skutkiem jest nieunikniona i nieskończona, a zatem najwyższa w hierarchii przyjemność, zaś zły jest dlatego, że jego skutkiem jest najwyższa w hierarchii nieprzyjemność. To zaś spowodowane jest niczym innym jak suwerenną i niczym nieuzasadnioną decyzją Boga (oczywiście mówię tu już o religiach monoteistycznych, zwłaszcza zaś o chrześcijaństwie, a w jego ramach zwłaszcza o katolicyzmie, jak uprzedzałem na wstępie). Decyzja ta była niczym nieuzasadniona – gdyż wszelkie uzasadnienie godziłoby w istotę Boga. Bóg bowiem nie ma przyczyny, a zatem żadna Jego decyzja nie ma przyczyny. Z drugiej strony te definicje dobra i zła są absolutne i uniwersalne, jednak stają się takie tylko przez odniesienie do Absolutu i Uniwersum, którym jest Bóg. Dlatego, jak kiedyś napisałem, Prawo Boże jest nadal prawo silniejszego, jednak zasadnicza różnica polega na tym, że jest to Prawo Najsilniejszego, przed Którym nie ma ucieczki i Którego nikt nie może pokonać, co powoduje, że obiecana przez Niego kara i nagroda są absolutne, pewne, nieuniknione, nieunikniona jest więc też przyjemność i nieprzyjemność.

Po trzecie, z dwóch powyższych spostrzeżeń wynika wprost rozwiązanie, oczywiście tylko częściowe, wielkiego pytania filozoficznego: unde malum (skąd zło). Otóż odpowiedź na to jest prosta: Bóg, tworząc system normatywny, tworzy zarówno dobro, jak i zło. Oczywiście nie rozwiązuje to pytań o to, dlaczego Bóg dał człowiekowi wolną wolę, czy faktycznie w ogóle ją dał, tym bardziej zaś nie rozwiązuje pytania o to, dlaczego pierwsi rodzice zgrzeszyli, czy o to dlaczego wcześniej zło wybrał Lucyfer czy inni aniołowie – jednak daje pewną odpowiedź, odpowiedź być może nieco zaskakującą, bo i definicja zła jest zaskakująca. Okazuje się bowiem, że filozofowie pytając przez całe wieki o pochodzenie zła, tak naprawdę mylili pojęcia. Zło bowiem jest kategorią moralną: zła może być tylko decyzja człowieka. Nie jest złem cierpienie, nie jest złem choroba, nie są złe wojny, nie jest zła śmierć, nie są złe kataklizmy. To wszystko jest tylko nieprzyjemne, jakkolwiek głupio brzmiałoby to w przypadku straszliwych cierpień. Nikt jednak nie powiedział, że cierpienie jest złe. Cierpienie nie może być złe ani dobre. Nie podlega ocenie z tego punktu widzenia.

Podobnie, jak to było powiedziane, nie podlega ocenie takiej człowiek. Możemy ewentualnie nazwać kogoś „dobrym”, jeżeli przeważają u niego dobre czyny, zaś „złym”, jeżeli przeważają złe. Zawsze będzie to jednak nasza ułomna ocena, gdyż nie znamy wszystkich decyzji człowieka, wszystkich jego czynów (zwłaszcza, gdy zaliczymy do nich np. myśli). Po drugie, zawsze będzie to pewne uogólnienie, gdyż mimo wszystko człowiek to coś więcej niż jego czyny i decyzje.

A w końcu dobrym ani złym nie może być nazwany Bóg. Nie może być On też tak nazwany również z tego powodu, że jest poza dobrem i złem. Nie tylko On Sam nie jest dobry ani zły, ale również żaden Jego czyn nie może być takim nazwany, gdyż nie podlega ocenie z tego punktu widzenia, nie podlega zresztą ocenie w ogóle. Jeżeli zaś Pismo Święte powiada, że Bóg jest dobry, to oznacza to jedynie, że jest dobry dla nas, to znaczy: Jego decyzje są korzystne dla nas, to znaczy: są ostatecznie przyjemne, co oznacza, że ich przyjemne skutki przewyższają nieprzyjemne. Sam w Sobie jednak nie jest oczywiście dobry ani zły. To stwierdzenie, połączone ze specyficzną definicją zła, powoduje, że bezsensowne staje się słynne pytanie: „jak to jest, że dobry Bóg dopuszcza zło?”. Pytanie to, w ten sposób postawione, traci wszelki sens i rację bytu.

I wreszcie dobrym i złym nie może być nazwany sam ów system normatywny, co jest oczywiste, nie można bowiem oceniać zgodności norm systemu z samymi tymi normami albo inaczej mówiąc: nie można oceniać, czy dobre są kryteria, na podstawie których oceniamy, co jest dobre, gdyż brakuje nam kryteriów, na podstawie których moglibyśmy dokonać takiej oceny. System ten możemy oceniać jedynie z punktu widzenia jego prawdziwości. Powiemy, że system etyczny jest prawdziwy, jeżeli przestrzeganie jego norm skutkuje przyjemnością, a nieprzestrzeganie nieprzyjemnością. Oczywiście nie możemy mieć pewności co do prawdziwości systemu etycznego, jakim jest Prawo Boże, o tym przekonamy się dopiero po śmierci. Nie możemy mieć też pewności co do prawdziwości systemów etycznych innych religii i wyznań. O tym również przekonamy się po śmierci, pewne jest jednak, że jeżeli jeden jest prawdziwy, to nieprawdziwe są pozostałe. Na pewno możemy również stwierdzić, że nieprawdziwe są wszelkie systemy etyczne, które nazywają czyn „dobrym” albo „złym” zupełnie nie zwracając uwagi na to, czy skutkuje on przyjemnością czy nieprzyjemnością.

Kryterium prawdziwości pozwala nam też inaczej ująć definicje dobra i zła:

Dobro – zgodność z prawdziwym systemem etycznym.

Zło – niezgodność z prawdziwym systemem etycznym.

System etyczny zaś jest z pewnością najwyższym systemem normatywnym, jako że jest systemem absolutnym i uniwersalnym (co wykazaliśmy wyżej), a więc możemy powiedzieć też inaczej:

Dobro – zgodność (czynu, decyzji) z najwyższym prawdziwym systemem normatywnym.

Zło – niezgodność (czynu, decyzji) z najwyższym prawdziwym systemem normatywnym.

Podsumowując: dobro i zło nie są jakimiś obiektywnymi cechami czynu. Czyn jest dobry jedynie dlatego, że tak zadecydował Bóg, obiecując za niego nagrodę – przyjemność. O innym zaś zdecydował, że będzie zły, gdyż za niego obiecuje karę – nieprzyjemność. Dobro i zło są zatem pojęciami relatywnymi i subiektywnymi, które stają się absolutne i uniwersalne jedynie przez zakorzenienie w Absolucie, jakim jest Bóg. Co więcej, czyn jest dobry i zły jedynie dla człowieka, gdyż jemu może przynieść przyjemność lub nieprzyjemność, dlatego kategoria etyczna pozostaje kategorią subiektywną – podmiotową. Zauważmy tu też paradoks: z jednej strony fizyczne odczucia czy psychiczne uczucia są najmniej ważne, o czym często tu wspominałem. Powinniśmy je powstrzymywać, podejmując decyzję najpierw na podstawie Norm, dając pierwszeństwo Normom Prawa Bożego. Jednak z drugiej strony, jeżeli to robimy, to celem pozostają zawsze jedynie odczucia (uczucia) – poświęcamy je jedynie dla nich samych, nie ma bowiem innego pozytywnego lub negatywnego bodźca, który byłby dostępny dla człowieka, nie ma więc w istocie innego kryterium, na podstawie którego człowiek mógłby dokonywać jakichkolwiek ocen zjawisk czy swoich własnych decyzji. Zatoczyliśmy więc koło i wróciliśmy do teorii Benthama, która po części okazała się słuszna, wymagała jednak pewnych zasadniczych modyfikacji i uzupełnień.

Byt jako Władza i Hierarchia.

Właściwie tytułową tezę można wyinterpretować z moich wcześniejszych wpisów poświęconych Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ) (przede wszystkim z tego oraz tego), postanowiłem jednak wyrazić ją expressis verbis i poświęcić jej osobny wpis, jako że wydaje mi się, że wymaga tego jej doniosłość oraz pewna przełomowość.

Tak, nie waham się tu użyć słowa „przełomowość”, gdyż uważam, że moje spojrzenie na byt, wynikające z Teorii Bytów Zbiorowych, jest w dużym stopniu spojrzeniem nowym, oryginalnym, stanowiącym poważną alternatywę wobec spojrzeń wcześniejszych, w tym i spojrzenia potocznego. Wszystkie one bowiem opierają się na owej „monolityzacji” zbioru, którym jest każdy byt, na tworzeniu fikcji w postaci pewnego „ducha bytu”, „ducha zbioru”, unoszącego się jakby ponad tym zbiorem, istniejącego rzekomo osobno od elementów zbioru, istniejącego realnie, ontologicznie, jako byt właśnie. Oddzielają „jabłko” od jego części, oddzielają „konia” od jego części, odróżniają atom od cząstek elementarnych go tworzących. Tworzą więc jakieś całości tam, gdzie ich nie ma, chcą widzieć wszystko jako pewną jedność, całość, jako pewien monolit. Chcą widzieć konia jako monolit, jabłko jako monolit, atom jako monolit, człowieka jako monolit. I mówią: „koń ruszył swoją nogą”, „człowiek ruszył swoim palcem”, „jabłko zmieniło swoją barwę”.

Tymczasem ja patrzę zupełnie inaczej, realnie i pytam się po prostu: gdzie to jabłko? Gdzie ten koń, który „ma” wszystkie swoje części? Gdzie człowiek, który rzekomo „ma” wszystko, z czego się składa? Gdzie atom, który „ma” cząstki elementarne, gdzie byt, który „ma” cechy? I odpowiadam: nie ma! Są tylko części, elementy, cechy. Jeżeli można mówić o jakimś bycie, jeżeli postrzegamy jabłko jako całość, jedność, to nie dlatego, że jest realnie, ontologicznie, jako byt jakieś „jabłko”, które byłoby czymś więcej niż jego części składowe, niż jego cechy, niż jego elementy. Jabłko jawi się jako całość ze względu na Władzę czy może raczej pewną Hierarchiczność. „Jabłko” polega na tym, że jedna jego „część” przyszła i „podbiła” inne „części” owego „jabłka”, części owe zagarnęła przemocą, podporządkowała sobie, jakkolwiek by to idiotycznie nie brzmiało w przypadku jabłka. Łatwiej może to zrozumieć w przypadku konia, gdzie można powiedzieć, że „koń” polega na władzy mózgu konia nad innymi narządami. Pytanie na czym polega „mózg konia” jako byt, a potem jego poszczególne części, aż dojdziemy do atomu, cząstki elementarnej, kwarku. Byt, każdy byt, to nic innego jak Władza, jak Hierarchia, jak pewna Przewaga jednej części nad drugą czy nad innymi, nic innego jak pewna Hierarchia i Uporządkowanie części. Najłatwiej nam, ludziom, zrozumieć to, gdy spojrzymy na człowieka, na grupy ludzi, na społeczeństwo i państwo. Ale element Władzy, Przewagi, Hierarchii tworzy każdy byt, wszystko, co jako byt postrzegamy. Byt to Władza, Hierarchia, Przemoc, Podbój, Niewolnictwo. Nie ma żadnej „wspólnoty” części. Mózg konia nie tworzy żadnej wspólnoty z jego nogami, nie tworzy z nimi żadnej „większej całości”. Mózg po prostu rządzi nogami, bez żadnej dyskusji podbija je, ujarzmia, narzuca im swoją wolę, jakkolwiek idiotycznie to brzmi w tym akurat przypadku. Ale nabiera to sensu, gdy odniesiemy to do człowieka, do rodziny, społeczeństwa, państwa. Wszędzie tam nie ma mowy o żadnej „wspólnocie interesów”, o żadnym „dobru wspólnym”, o żadnej „woli powszechnej” – jest narzucanie interesów i woli, ciągła Przemoc, Ujarzmianie, Walka, Dominacja jednej tak zwanej „części” nad drugą.

I o to chodzi w Teorii Bytów Zbiorowych. Tak przemienia się ona w kratyzm (gr. kratia - władza) i w to w kratyzm wręcz ontologiczny czy też w ontologię kratystyczną, gdzie byt jest utożsamiany w Władzą. A z innego punktu widzenia przemienia się w hierarchizm, w hierarchizm również ontologiczny. Władza i Hierarchia okazują się być istotą każdego bytu, okazują się być bytem samym, w którego sednie tkwi wynikająca z Władzy i Hierarchii bardziej lub mniej widoczna ciągła Przemoc, Walka, Agresja, permanentna wojna wewnątrz bytu, permanentna rywalizacja o wpływy, ciągły gwałt jednej części na drugiej. Nie ma więc od tego wszystkiego ucieczki, a wielkie projekty ideologiczne, które ją zakładają są z góry skazane na niepowodzenie, gdyż nie uwzględniają istoty każdego bytu, istoty i natury całego świata i Rzeczywistości.

Człowiek jako istota społeczna w rozumieniu Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ).

We współczesnym, socjalistycznym świecie bardzo modne jest mówienie o człowieku jako „istocie społecznej”. Twierdzenie to pochodzi jeszcze od Arystotelesa, według którego człowiek jest zoon politikoon i swoje wszystkie potrzeby może zaspokoić tylko w społeczeństwie, w grupie. Naprzeciw temu twierdzeniu wychodzą filozoficzni indywidualiści, zarówno socjalistyczni (jak Rousseau), jak i liberalni, twierdząc, że człowiek jest wręcz z natury istotą antyspołeczną (jak powiedział bodajże von Mises). Jaki jest pogląd konserwatywny na tą kwestię? Jaki jest pogląd Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ)? Jaki jest mój pogląd?

Otóż ja nie twierdzę, że człowiek jest istotą społeczną w tym sensie, że koniecznie potrzebuje ciągle mieć dookoła ludzi, aby się „samorealizować” czy też zaspokajać wszystkie jakieś swoje „psychologiczne potrzeby”. Wcale nie potrzebuje też innych ludzi, aby przetrwać. Doskonale umiem sobie wyobrazić człowieka, który znakomicie radzi sobie na bezludnej wyspie, będąc przy tym szczęśliwy i „samorealizując” się w stopniu najwyższym. Historia zna mnóstwo przykładów pustelników, samotników. Najwybitniejsi wynalazcy często działali w samotności, naprzeciw otoczeniu i społeczeństwu. Jestem indywidualistą, a więc doceniam jednostkę. A jednak jest coś, co każe mi powiedzieć jasno i wyraźnie, że człowiek jest istotą społeczną i to w najgłębszym, ontologicznym wręcz sensie.

Otóż wyobraźmy sobie tego człowieka na bezludnej wyspie. Wyobraźmy sobie samotnego genialnego wynalazcę. Wyobraźmy sobie szczęśliwego mnicha-pustelnika. Pozornie są oni wyłączeni ze społeczeństwa, odcięli się od niego. Jednak tylko w pewnym znaczeniu słowa „społeczeństwo”. W rzeczywistości bowiem oni wszyscy, odchodząc w samotność i opuszczając społeczeństwo, zabierają to społeczeństwo ze sobą. Albowiem to społeczeństwo jest w nich, tkwi w nich, choćby chcieli od niego uciec, to nie mogą tego zrobić, albowiem musieliby uciec od siebie, gdyż to oni są społeczeństwem. Już tu kiedyś o tym pisałem, że człowiek ze społeczeństwa, z grupy wyrasta. Owszem, człowiek może przetrwać bez społeczeństwa, ale jaki człowiek? Człowiek dorosły, człowiek już ukształtowany, ukształtowany przez rodzinę, społeczeństwo, grupę, otoczenie. Człowiek stworzony przez innych ludzi. Noworodek nie może sam przetrwać, co więcej – noworodek nie może sam przyjść na świat i w tym sensie człowiek jest istotą społeczną, rodzinną, która innych potrzebuje i innym zawdzięcza swe istnienie. Jakąż fikcją są wizje jakiegoś „stanu natury” autorstwa Rousseau, w którym to stanie ludzie mieli się ze sobą w ogóle nie spotykać, czy nawet siebie nie rozpoznawać. A skąd, przepraszam bardzo, ci ludzie się wzięli? Wyszli z ziemi? Przylecieli z kosmosu? Spadli z nieba? Czyż nie przypadkiem urodzili się, zostali stworzeni przez połączenie się komórki jajowej matki z plemnikiem ojca? A dalej, weźmy owego naukowca, który „sam” dokonuje przełomowego odkrycia. Czy aby na pewno jest on „sam”? Otóż on nie jest sam, pomimo, że dookoła niego nie ma nikogo. Nie jest sam, albowiem inni są w nim. Skąd on się wziął? Kto go wychował? Kto go nauczył mówić? Kto go nauczył myśleć? Kto go nauczył czytać, pisać, liczyć? Kto odkrył prawa fizyki, z których korzysta? Kto odkrył zasady logicznego myślenia? Kto go ich nauczył? Skąd wzięła się w nim ciekawość, skąd talent, skąd jego geniusz pochodzi, jeżeli nie z zewnątrz, nie od innych ludzi? A owego „Robinsona Cruzoe”, który sam doskonale radzi sobie na bezludnej wyspie – kto nauczył tak sobie radzić? Kto nauczył go myśleć? Jak wykształcił mu się charakter, dzięki któremu nie poddaje się? A może odziedziczył go? A jeśli tak – to po kim?

To jest podejście TBZ-owskie, ale również, myślę, w dużej mierze konserwatywne rozumienie tego, co znaczy, że człowiek jest „istotą społeczną”. Nie znaczy to bynajmniej, że każdy człowiek musi zawsze żyć wśród ludzi, aby się „samorealizować”. Nie znaczy to też, że kształtuje go jakieś upodmiotowione społeczeństwo, jakieś „suwerenny naród”, czy „lud pracujący miast i wsi”, jakaś „wspólnota”, której miałby się on podporządkować i której interes miałby przeważać nad jego indywidualnym interesem. W żadnym wypadku. Lecz człowiek jest istotą społeczną, ponieważ wyrasta ze społeczeństwa, z rodziny, ponieważ jest mieszaniną innych ludzi, z których każdy również jest mieszaniną. Jakaż wielka i straszna zarazem jest ta najprostsza prawda, że człowiek jest niczym innym jak połączeniem komórki jajowej z plemnikiem! Gdzie więc jest miejsce na jakieś „ja”? Jakie „ja”? Skąd to „ja”? „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?”, jak pisał święty Paweł. Jednak nie ma „ty”, nie ma „ja”, to tylko złudzenia. Jest mieszanina, która nie przetrwałaby bez innych ludzi. Jest mieszanina, która nie powstałaby, gdyby nie inni ludzie. Jest zlepek genów, który nie zostałby człowiekiem, gdyby nie inni ludzie, gdyby nie rodzina, nie grupa, nie społeczeństwo. Jednak społeczeństwo rozumiane jako zbiór ludzi, z których każdy sam jest zbiorem. Społeczeństwo rozumiane jako ciąg pokoleń, społeczeństwo rozumiane wreszcie jako te części człowieka, które nabywa on w procesie dorastania, dojrzewania, „socjalizacji”, a więc przede wszystkim język, a następnie związane z językiem Normy, tworzące rozum (Normy logicznego myślenia) i duszę (Normy moralne).

Człowiek może zatem uciec od rodziny, od rodziców w sensie fizycznym, i nawet przyjmuje się to za pewną normę, że człowiek w pewnym wieku zaczyna żyć bez rodziców. A później rodzice umierają, najczęściej przed swoimi dziećmi. Ale tak naprawdę człowiek nie może uciec od rodziców, gdyż rodzice są w nim, są nim! Są, nawet po śmierci. I dalej, są w dzieciach swoich dzieci, i dalej, dalej, aż do końca rodu! I zawsze będzie im człowiek zawdzięczał choćby to, że w ogóle istnieje, a najpewniej również to, że przeżył. I może człowiek uciec od społeczeństwa pozornie, schronić się na bezludnej wyspie, w pustelni, w jaskini, zamknąć się w laboratorium, a jednak nie ucieknie od społeczeństwa, bo społeczeństwo jest w nim, jest jego częścią! Ciało ma od rodziców, ale język nie tylko od rodziców, Normy nie tylko od rodziców, całą swoją sferę, która się wykształciła w procesie rozwoju ma nie tylko od rodziców, gdyż ciężko wychować dziecko w oderwaniu od innych ludzi. A nawet gdyby się to udało, to i tak się nie uda, gdyż inni ludzie są w samych rodzicach, gdyż i oni są tylko mieszaniną, zlepkiem, zbiorem.

W tym sensie cały człowiek jest tradycją, cały człowiek jest przekazem i nie ma nic „swojego”, a wszystko ma od innych, którzy mają to znowu od innych i tak wstecz przez wieki, jak długo ludzka pamięć sięga. Co robię „sam”? Co robię dobrego albo złego „sam”? Nic, gdyż mnie nie ma! To tylko złudzenie! To tak jakby zamek chciał uciec od kamieni, z których się składa, którymi jest! To tak jakby mur chciał powiedzieć, że istnieje bez cegieł i spoiwa, a czymże jest on więcej? To tak jakby mur chciał uciec od cegieł, który otrzymał od innych murów, które go zbudowały! To tak jakby każdy przedmiot materialny chciał uciec od atomów, a atomy od cząstek elementarnych. To tak jakby byt chciał uciec od swoich cech. Lecz nie da się, gdyż wszystko jest zbiorem. Nie da się, gdyż człowiek jest zbiorem innych ludzi, przedmiot materialny zbiorem atomów, a byt zbiorem cech. Na tym właśnie polega Teoria Bytów Zbiorowych (TBZ).

Już dziś Wigilia Uroczystości Narodzenia Pańskiego!

Z tej okazji, zgodnie z Tradycją i Schematem (których rolę przecież tak w swoim światopoglądzie podkreślam), chciałbym życzyć wszystkim moim PT Czytelnikom tego, co rokrocznie, a nawet dwa razy do roku w tym miejscu życzę – czyli przede wszystkim życia wiecznego po śmierci w Niebie, bo przecież to jest ten cel, do którego zdążamy albo przynajmniej powinniśmy zdążać.

Ponieważ jednak, jak pisałem ostatnio (w tym wpisie) katolik nie jest totalistą, ale hierarchistą, u którego cel najważniejszy nie pożera i nie unicestwia innych celów, życzę też moim PT Czytelnikom pomyślnej realizacji wszystkich tych celów pomniejszych, niższych w hierarchii, które z Celem Najważniejszym pozostają w zgodzie.

Poza tym tradycyjnie: wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, pomyślności i radości, zwłaszcza w okresie świątecznym, a także dobrego i owocnego przeżycia tych Świąt Narodzenia Pańskiego w prawdziwej miłości, zgodzie i pokoju. Wesołych i zarazem Błogosławionych Świąt!

O esencji Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ) zawartej nawet w jej ograniczonej wersji.

Przedstawiana już przeze mnie na tym blogu wielokrotnie Teoria Bytów Zbiorowych (TBZ), została kiedyś przeze mnie podsumowana w jednym twierdzeniu: byt jest zbiorem cech. Z tego twierdzenia wyprowadzałem m.in. dowód na istnienie Boga. Budziło ono pewne kontrowersje i dyskusje (nie powiem, niestety, że liczne), zwłaszcza w miejscu, w którym następowało owo przejście między abstrakcyjnymi cechami a, zdawałoby się, realnie istniejącą materią. Ostatnio więc doszedłem do wniosku, że można by wprowadzić pewną uproszczoną wersję TBZ, z której istnienie Boga nie będzie wynikać, a jednocześnie nie przestaną z niej wynikać inne twierdzenia w zakresie antropologii czy polityki. Nie znaczy to, abym w jakikolwiek sposób wycofywał się z tego, że byt jest zbiorem cech i że z tego wynika istnienie Boga. Sądzę jednak, że łatwiej będzie moim PT Czytelnikom zrozumieć ową wersję ograniczoną, łatwiej ją zaakceptować, a w związku z tym zgodzić się ze wszystkimi poglądami, które z niej wynikają, a jest ich sporo i stanowią one istotną część mojego światopoglądu, istotną część całego systemu ideowego, który staram się tu konstruować i przedstawiać. To zaś, że z tej wersji ograniczonej nie będzie wynikało istnienie Boga, nie spowoduje istotnych zmian w całej konstrukcji systemu światopoglądowego, jako że z takiego istnienia Boga, które da się udowodnić przez TBZ, nie wynikają prawie żadne dalsze skutki światopoglądowe. Co więcej, może nawet będzie tak, że dzięki zrozumieniu ograniczonej wersji TBZ, łatwiej będzie zrozumieć jej wersję pełną.

Zmiana w owej „ograniczonej” wersji TBZ, jej „ograniczenie” właśnie, polega na tym, że nie przechodzimy owej granicy między bytem materialnym a abstrakcyjnymi cechami. Nie powiemy więc już tu, że byt jest zbiorem cech. Zostajemy na poziomie materii, zakładamy nawet, że „realnie” (cokolwiek by to miało znaczyć) ona istnieje. Co więc robimy? Otóż materię ową analizujemy, a więc stosujemy do niej owo podejście, które jest sednem TBZ, jego esencją. Myślę, że można wytłumaczyć ją na zasadzie pewnego porównania ze słynnym sporem o uniwersalia. Spór ten dotyczył jakby „aspektu poziomego” zbiorowości – nominaliści i realiści (tudzież idealiści) kłócili się o to, czy istnieją tylko jednostki, czy też realnie istnieją zbiory, klasy, gatunki. Nominaliści zatem brali konia i mówili: „nie ma czegoś takiego jak koń, są tylko poszczególne obiekty, które nasz rozum klasyfikuje jako konie”, a idealiści mówili: „nie, nie, poszczególne konie są tylko odbiciem idei konia, Konia idealnego, który jest sobie w świecie idei”, realiści zaś sprowadzali tego Konia ze świata idei do świata realnego. Wszyscy oni zajmowali się koniem w porównaniu z innymi końmi, a więc pewnym aspektem poziomym, horyzontalnym, zajmowali się nie jednym bytem, ale bytem w porównaniu z innymi bytami oraz zaliczania bytu w zakres pojęcia (nazwy). Takie podejście jest mi obce i nigdy tą kwestią się nie zajmowałem. Napisałem wprawdzie ostatnio wpis dotyczący sporu o uniwersalia, w którym skrytykowałem nominalizm, jednak, jak zauważył słusznie w komentarzu „Jacek Bartyzel” zrobiłem to z punktu widzenia jego następstw ideologicznych, z którymi się nie zgadzam, nie podałem zaś żadnych argumentów, które przemawiałyby za realizmem czy idealizmem albo w ogóle przeciw nominalizmowi. Nie uczyniłem tego, gdyż takich argumentów nie wypracowałem, ponieważ dopiero ostatnio zaczynam rozumieć na czym spór o uniwersalia polegał, a i tak nie jestem pewien, czy jest to rozumienie właściwie. Ja bowiem wziąłem sobie za przedmiot analizy sam byt, jednego tego konia, niezależnie czy nazwiemy go koniem i dlaczego akurat koniem. I dokonałem na owym koniu zabiegu takiego, jakiego dokonali nominaliści na nazwie „koń”, na pojęciu konia, a więc owego konia zanalizowałem i stwierdziłem, że żadnego konia nie ma. Jest głowa, nogi, pysk, tułów. Ale znowu: żadnej głowy nie ma: są tylko poszczególne jej części. A każda z tych części znów jest tylko zbiorem części, aż dojdziemy do atomu, do cząstek elementarnych, do kwarków, a w pełnej wersji TBZ przekroczymy próg materii i dojdziemy do cech. O co bowiem tak naprawdę tu chodzi? Ano tylko o to, że umysł nasz wytwarza sobie fikcję w postaci jakiegoś „ducha” każdej rzeczy, każdego bytu, która istnieje jakby „ponad” tym bytem, posiadając go, dzierżąc go, władając nad nim, nad JEGO (właśnie: jego) częściami. Wyrazem tej fikcji jest to, że mówimy, iż koń ma głowę, ma nogi, ma oczy, ma tułów, ma wszystkie swoje części. Otóż nie istnieje realnie w świecie przez nas postrzeganym, w świecie materii i empirii żaden taki koń, który by to wszystko miał. On tym JEST! On ich nie posiada, nie zasiada nad nimi w jakimś świecie pseudo-idei, nie dzierży ich, gdyż po prostu go nie ma. Nie ma konia! „Koń” to tylko pojęcie, którym zwykliśmy nazywać pewne zestawienie, połączenie, pewien zbiór części, które same są zbiorami. I NIC więcej! Nie ma jakiegoś konia, który by władał jakoś „swoimi” częściami. Nie ma konia jako podmiotu czy nawet jako przedmiotu, który by jakoś jednoczył te części w całość, który by był nimi wszystkimi naraz, a jednocześnie czymś więcej, jakimś „sur-koniem”, „nad-koniem”, jakimś nie wiadomo czym. No bo gdzie on jest? Pokażcie mi go! Otóż jest on tylko w naszych umysłach, w naszej fikcji. Tak samo jest ze wszystkimi innymi bytami. Zatem dla mnie nawet jednostka, byt, jest już „pojęciem”, jest już „ideą”, jest już zbiorem! Dla mnie „jednostka” to jest za szerokie pojęcie! I to jest sedno TBZ, jeżeli to się zrozumie, zrozumie się wszystko inne właściwie. Jeżeli tylko pojmie się, że koń nie ma żadnych „swoich” nóg, żadnej „swojej głowy”. Że to nie „koń rusza swoją nogą”, tylko mózg rusza nogą, a tak naprawdę to jeszcze jakaś część części części mózgu rusza częścią części części nogi. Ponieważ podstawowa zasada, na której to wszystko się zasadza głosi: ŻADEN BYT NIE MOŻE BYĆ RÓWNOCZEŚNIE PODMIOTEM I PRZEDMIOTEM TEJ SAMEJ CZYNNOŚCI! Żaden! Nigdy! Jeżeli myślimy, że tak jest, to znaczy, że uogólniamy, że siedzimy ciągle w fikcji naszego umysłu, że nie dość jeszcze byt zanalizowaliśmy. Czy palec może dotknąć sam siebie? Tak, jeżeli założymy, że jest jeden wielki palec. Ale tak naprawdę to oczywiście NIE. Żaden byt nie może siebie samego dotknąć, to część jedna tzw. palca dotyka innej części tzw. palca! Żaden byt z samym sobą nic nie robi! Żaden byt się nie dotyka, żaden byt sobą nie rządzi, żaden byt o sobie samym nie decyduje, żaden byt siebie samego nie poznaje, żaden byt siebie samego nie stwarza ani nie przetwarza, żaden byt o sobie nic nie wie, żaden byt sam siebie nie kocha, żaden byt z samym sobą nic nie może zrobić! Gdyż czym innym, jakby jedną „swoją” częścią (rzekomo) coś robi, a druga jest odbiorcą tej czynności!

I można by to wszystko uznać tylko za pozbawione znaczenia rozważania z rodzaju „sztuka dla sztuki”, gdyby miało dotyczyć to tylko koni, słoni czy martwych przedmiotów. Ale ma to daleko idące konsekwencje, gdy odniesiemy to do człowieka, co już można zobaczyć w powyższej wyliczance. TBZ bowiem tak rozumiana unicestwia właściwie człowieka. Unicestwia go jako podmiot. Unicestwia jego „ja”, a wraz z nim wszystko, co z owym „ja”, z ową podmiotowością się łączy. Unicestwia „ego”. Zostaje tylko zbiór części, cech, doświadczeń, przeżyć. Jak to napisałem w „Uwięzionym w Serze”:

„Nas” w ogóle nie ma, jest tylko jakiś worek, jakaś zupa, jakaś mieszanka, jakiś wiecznie gotujący się wywar, jakaś kotłowanina nieprzyjaznych sobie sił, tłamszących się, przyduszających, wierzgających, kwiczących, bijących, kopiących, gryzących, drapiących, dziubiących się wzajemnie, nawzajem się wyzywających, poniżających, pogardzających i pogardzanych, nienawidzących się śmiertelnie, walczących ze sobą na śmierć i życie.

A więc: nie ma człowieka! Nie ma czegoś takiego jak „interes człowieka”, jak „wola człowieka”, jak „jego” chęci, pragnienia, marzenia, uczucia, cokolwiek. Człowiek nie jest monolitem. Człowiek sobą nie rządzi. Nie zna siebie. Nie może nic robić sam ze sobą, tak jak koń, tak jak palec nie może dotknąć sam siebie. Jest więc zbiorem, zlepkiem. I przez to właśnie TBZ implikuje Władzę jako Podstawową Zasadę Świata. Władzę – ale nie jakąś „samowładzę”. Władzę – czyli ostry podział na rządzących i rządzonych. Władzę – czyli wszechobecną hierarchię, obecną nawet w samym człowieku, w samym bycie. To nie pozostawia miejsca na takie fikcje jak „dobro wspólne” czy „wspólny interes”. To pozostawia miejsce tylko na wszechobecną Władzę, Hierarchię i Przemoc zamiast Wolności, Równości i Braterstwa.

Piszę tu już, rzecz jasna, o społeczeństwie, o grupie. Bo jest oczywiste, że jednostki, które same są zbiorami, nie mogą stworzyć grupy, która byłaby monolitem. Jeżeli nawet coś, co postrzegamy jako całość, okazuje się być zbiorem części, to tym bardziej zbiorem jest to, co jako zbiór postrzegamy. Jeżeli nawet człowiek nie ma jednego interesu, to co dopiero grupa ludzi, klasa, warstwa, społeczność, społeczeństwo, naród. Jeżeli nawet człowiek nie ma woli, to co dopiero grupa, społeczeństwo, naród. Jeżeli nawet człowiek nie jest podmiotem, to co dopiero grupa. Jeżeli nawet w człowieku jest Władza, Hierarchia, Przemoc i nieustanna walka, to co dopiero w rodzinie, grupie, społeczności, klasie, warstwie, społeczeństwie, narodzie, całej ludzkości. To powoduje, że TBZ jasno pokazuje całą fikcyjność republikańskich fikcji, w rodzaju „dobra wspólnego”, „interesu narodowego”, „racji stanu”, „suwerennego narodu”, „woli narodu”, „woli ludu” czy tym podobnych. I każe nam odrzucić republikę, odrzucić pojęcie „osoby prawnej”. Każe nam nawet odrzucić pojęcie „osoby fizycznej”, niemniej, jak już tu kiedyś pisałem, musimy je pozostawić, gdyż nie jesteśmy w stanie na trwałe wyjść poza nasze monolityczne postrzeganie siebie, innych i całego świata. Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że jest ono fikcyjne właśnie! I ma swoje konsekwencje w postacie monarchicznej wizji państwa, której treścią jest nie tylko monarchia, o czym tu już pisałem i zapewne nieraz jeszcze napiszę.

Taka jest esencja Teorii Bytów Zbiorowych, taka jest jej, myślę, pewna przełomowość., takie są jej konsekwencje ideowe. Mam nadzieję, że teraz łatwiej będzie ją moim PT Czytelnikom zrozumieć.

Katolicki schematyczny hierarchizm a pseudochrześcijański neomanichejski totalizm. I o wyrafinowaniu jako istocie elitarności.

Refleksja stanowiąca temat niniejszego wpisu błąkała się po moim umyśle już chyba od jakiegoś czasu, ale skrystalizowała się ostatnio pod wpływem wysłuchania kazania skądinąd ponoć dość konserwatywnego arcybiskupa Fultona J.Sheena o „marnowaniu życia”:

YouTube Preview Image

Nie trzeba jednak akurat słuchać abp-a Sheena, żeby usłyszeć słowa w podobnym stylu, w podobnym klimacie intelektualnym. Wybrzmiewają one bowiem z wielu ambon, wypowiada je wielu księży czy biskupów. Wciąż słyszymy, że chrześcijanin ma się poświęcać dla innych. Że miłość polega na ciągłym dawaniu. Że wymaga zaangażowania. Że życie chrześcijanina wygląda kompletnie inaczej niż życie niechrześcijanina. Że trzeba „ruszyć się z kanapy”. Że w imię „radykalizmu ewangelicznego” trzeba robić nie wiadomo co, bardziej się „zaangażować”, „doświadczyć Chrystusa”, „spotkać Jezusa” itp. Czy jest to chrześcijańskie?

Otóż „chrześcijańskie” może tak, ale raczej nie katolickie. Katolicyzm bowiem opiera się na hierarchicznym widzeniu świata. Hierarchia oznacza, że są pewne elementy, wśród których jeden jest ważniejszy niż inny, żaden jednak element nie niszczy tego, który jest niżej, nie pożera go. Katolik nie jest „człowiekiem totalnym”, nie jest fanatykiem, który rozdaje cały majątek ubogim, który chodzi i nachalnie namawia wszystkich do nawrócenia, który działa w wolontariacie aż padnie, który przeżywa nie wiadomo jakie „stany duchowe”…Nie. Tu trzeba być ostrożnym, bo są być może ludzie, których Bóg wybrał do takiego życia, którym Bóg się objawił i nie umieją oni żyć normalnie. Jednak trzeba uważać, żeby nie popaść w fanatyzm, w pewien „teototalizm”, w pewne podejście sekciarskie, charakterystyczne np. dla różnych „charyzmatycznych” pastorów. Takie bowiem totalizm jest obcy rozwiniętemu katolicyzmowi. Jest on za to charakterystyczny dla wszelakich sekt, jak również dla herezji, w szczególności dla manicheizmu. Manicheizm bowiem nie zna hierarchii. Nie zna podporządkowania ciała duszy. Manicheizm zna tylko zniszczenie ciała przez duszę, pożarcie życia przez religię. Duch manichejskiego totalizmu krąży po Europie od wieków, a ostatnio przejawił się np. w totalitaryzmach, w komunizmie czy nazizmie, o czym pisałem już tu. Jest on natomiast obcy chrześcijaństwu co najmniej od czasu, gdy św. Augustyn, nota bene z manicheizmu nawrócony, powiedział znamienne słowa: „Kochaj i rób co chcesz!”. Cóż oznacza owo powiedzenie? Żeby to dobrze zrozumieć trzeba po raz któryś z kolei już przypomnieć jak brzmi Ewangelia świętego Jana, rozdział 14, wers 21: „Kto wypełnia przykazania Moje, ten Mnie miłuje”. Miłość zatem to nic więcej, jak tylko wypełnianie Przykazań Bożych. Jak pisałem gdzie indziej, miłość w znaczeniu pozytywnym (to znaczy polegająca na robieniu, a nie nierobieniu czegoś) objawia się w trzech tzw. uczynkach pobożnych, to jest w modlitwie (miłość do Boga), jałmużnie (do bliźniego) i poście (do siebie). Zaś Kohelet powiada, że „wszystko ma swój czas i na wszystko jest wyznaczona godzina pod niebem”. Jak się to wszystko do siebie ma? Co z tego wynika?

Otóż wynika z tego, że katolicyzm przejawia się w pewnym Schemacie. Przykazania wyznaczają pewne formy miłości, pewne normy i standardy dotyczące miłości, dotyczące modlitwy, postu i jałmużny, wymagają poświęcenia pewnej ilości czasu, pieniędzy etc. Uzupełnia to i konkretyzuje sam człowiek, posługując się własnym sumieniem, stwierdzając np. że tyle i tyle może dać na potrzebujących, gdyż ogółem ma tyle a tyle pieniędzy. Albo że tyle a tyle czasu może poświęcić na modlitwę ranną czy wieczorną. Katolik ma więc pewien Schemat dnia. Większość ludzi ma zresztą jakiś Schemat, jakiś Plan dnia, wie mniej więcej co w danym dniu będzie robić. Z tym że katolik po prostu włącza do swojego Schematu dnia, tygodnia, roku odpowiednie formy modlitwy, jałmużny, postu, zgodnie z Przykazaniami Bożymi, Kościelnymi i własną „tradycją pobożnościową” czy własnym sumieniem. Katolik nie jest więc totalistą. Sformułowanie „będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich” nie oznacza przecież, że mamy dosłownie „nieustannie się modlić”. Nie: Przykazania i nasz własny Schemat określa nam pewien czas na modlitwę: od tej do tej godziny się modlę i koniec. Odmawiam takie, a nie inne modlitwy i koniec. Podobnie to, że „winniśmy oddać życie za braci” albo wezwanie Chrystusa do rozdania ubogim całego mienia nie oznacza dosłownie, że mamy całe nasze życie poświęcić na wolontariat albo wrzucić na Caritas „całe swe utrzymanie”. Katolik jest hierarchistą, nie totalistą. Są pewne elementy dnia i żaden nie pożera innych. Owszem, jeden jest od drugiego ważniejszy i dlatego, jeżeli Schematu nie da się zrealizować, to trzeba poświęcić „rób co chcesz” na rzecz „kochaj”, ale żaden element normalnie drugiego nie destruuje, nie anihiluje, nie niszczy. Katolik zatem żyje po prostu normalnie, zwyczajnie, jego życie nie jest nie wiadomo jak diametralnie różne od życia „pogan”. Tak samo pracuje, tak samo odpoczywa. Tyle tylko, że w niedzielę i święta pójdzie na Mszę Św. Pomodli się rano i wieczorem. Nie zje mięsa w piątek. Nie pójdzie na imprezę w Wielkim Poście. Gdy go zapytają, powie, że jest katolikiem. Przeżegna się, przechodząc koło kościoła. Wrzuci parę, paręnaście, parędziesiąt złotych na tacę, na pomoc ubogim, na takie czy inne dzieło. Owszem, przebaczy swoim winowajcom, ale przecież i niekatolicy czasem przebaczają! Nie jest przecież tak, jak często wielu zdaje się myśleć, że my tu jesteśmy jedyni moralni, a wszyscy ateiści czy innowiercy to degeneraci i „źli ludzie”. Oczywiście nie miejmy złudzeń: we współczesnym świecie degeneraci stanowią większość, ale to nie znaczy np., że jeżeli ktoś nie jest katolikiem czy chrześcijaninem to nigdy nikomu nie wybaczy czy nie pomoże. Natomiast z całą pewnością oczywiście nie pójdzie na Mszę Świętą, a jeżeli jest ateistą to się nie pomodli, nie zachowa też postu we właściwym tego słowa znaczeniu. To nas odróżnia jako katolików. Tylko tyle i aż tyle. Katolik zatem może normalnie żyć. Nie musi nie wiadomo jak emocjonalnie się angażować w wiarę, nie musi niczego „doświadczać” ani „spotykać Chrystusa”. Winien tylko włączyć w swój Schemat parę punktów: codzienna modlitwa, niedzielna Msza Święta, spowiedź, wstrzemięźliwość piątkowa, post w Wielkim Poście i być gotowy dla tych punktów poświęcić właściwie wszystkie inne. Katolik ma jeden najważniejszy cel: wieczne zbawienie, jednak ten cel nie pożera innych, pomniejszych celów. Musi wziąć nad nimi górę w sytuacjach konfliktowych, jednak nie unicestwia ich ani nie czyni bezzasadnymi.

Na tym tle dopiero możemy przejść do drugiej części niniejszego wpisu, którą wyraża drugie zdanie tytułu. Bowiem jeżeli, jak napisano, katolik może mieć swoje własne cele, jeżeli nie musi całe życie modlić się, pościć i dawać jałmużnę, jeżeli nie dokładnie wszystko co robi musi być ukierunkowane na życie wieczne, to oznacza to też, że ma prawo wyznaczać sobie swoje własne, prywatne cele w życiu doczesnym, że może szukać sensu życia, nie kwestionując tego, że jego podstawowym sensem pozostaje życie wieczne po śmierci. Może więc katolik rozwijać się, doskonalić, może się „samorealizować”, może spełniać drugą część augustiańskiej maksymy: „rób, co chcesz!”. Jakże więc dziwnie na tym tle więc brzmią na przykład takie słynne słowa: „piękno jest po to, aby zachęcało do pracy, praca po to, by się zmartwychwstało”…Czy na pewno? Czy na pewno tylko po to? Czy na pewno nie ma w życiu nic więcej jak tylko „ora et labora”? Otóż nie! JŚw. Benedykt XVI w „Duchu liturgii” napisał znamienne zdanie, że „połączenie kościół-karczma jest najbardziej katolickim połączeniem” (cytat z pamięci). To oczywiście prawda, czy jednak na miejsce owej „karczmy” nie można wstawić czegoś innego?

Oczywiście można, to jednak co tam wstawimy zależeć może od tego, czy jesteśmy, mówiąc ogólnie „z ludu”, czy „z elity”. Lud jest praktyczny, pragmatyczny, utylitarny. Według ludu wszystko powinno mieć swój praktyczny cel. Dlatego według ludu faktycznie piękno może być tylko po to, aby zachęcało do pracy. Ludowi to wystarcza. Lud nie szuka zbyt głęboko sensu czy celu w życiu, lecz po prostu żyje…Chłop prostu pracuje…Pracuje i odpoczywa po to, aby mieć siłę pracować znowu…Je, aby żyć. Pracuje, aby żyć. Ubiera się, aby nie było mu zimno, aby żyć. Większość życia spędza na utrzymaniu się przy życiu. Zresztą w dzisiejszych czasach i „elita” musi większość czasu na to przeznaczać…Czyż nie jest to dosyć zwierzęce? Taka postawa ludu jest oczywiście dla elity bardzo cenna, gdyż nie należy zapominać, że to lud na elitę (w normalnym świecie…) pracuje, lud elitę utrzymuje, jednak elicie to nie wystarcza…Elita mówi, cytując klasyka, że „celem życia nie jest przeżycie” (oczywiście sprawą sporną jest, czy ten fakt nie wynika przypadkiem z tego, że elita, mając zapewnione utrzymanie ze strony ludu, zwyczajnie ma czas i siłę na szukanie celu, na rozwój intelektualny, duchowy, psychiczny etc., a lud na to czasu ani siły nie ma). Oczywiście podstawowy cel, jak już była mowa, wyznacza wszystkim katolikom, zarówno tym z ludu, jak i z elity, katolicyzm. Jednak elicie to nie wystarcza. Elita bowiem są to „ludzie wyrafinowani”. Lud, jak była mowa, jest praktyczny. Wszystko służy mu do utrzymania się przy życiu, do zachowania zdrowia, wszystko musi być przydatne, musi mieć cel – cel namacalny, materialny. Jedzenie musi być zdrowe. Ubranie ciepłe, trwałe. Dom taki, żeby się nie zawalił. Seks zaś jest po to, aby przedłużyć gatunek…Zdaje się, że na takim gruncie, niestety, stoi w pewnym wymiarze nauka Kościoła. Nie zamierzam tu podważać konkretnych zakazów, np. antykoncepcji czy masturbacji, jednak uzasadnianie ich w ten sposób, że narządy płciowe służą wyłącznie temu, żeby się rozmnażać, jest ludowym podejściem do sprawy, jest myśleniem w kategoriach ludu. Można to zrozumieć: w końcu większość wiernych pochodzi z ludu. Lud zaś mimo że, jak napisano, myśli praktycznie, to przecież chętnie by się najadł ponad to, co potrzebne do przeżycia. Chętnie by się ubrał w jakąś „purpurę i bisior”. Chętnie by sobie zbudował dom większy i wspanialszy niż jest potrzebny. Chętnie by w końcu uprawiał seks nie tylko po to, aby mieć dzieci. Lud jednak w tym wszystkim jest wygłodniały. Nie jest przygotowany intelektualnie, psychicznie na bycie elitą. Stąd takie a nie inne zachowania żołnierzy Armii Czerwonej, którzy często nie wiedzieli, do czego służy jakaś rzecz. Którzy nawet dla dzieł sztuki starali się znaleźć praktycznie zastosowanie, często niszcząc je przy okazji. To jest tylko jeden z przykładów, jednak w literaturze, filmie, historii można znaleźć ich wiele. Podobnie tzw. „nowobogaccy”, czyli wzbogacony lud właśnie, buduje domy pełne złota, które jednak uznawane są za szczyt kiczu. Lud nie jest przygotowany do mieszkania w pałacach albo jedzenia wykwintnych potraw. Gdyby je zobaczył, rzuciłby się na nie, jedząc ile się da, szybko i zachłannie, nie zwracając uwagi na smak. Podobnie, można powiedzieć, lud nie jest gotowy np. na antykoncepcję, gdyż jej skutkiem będzie w jego przypadku uprawianie seksu z czystej zwierzęcej żądzy, brak umiarkowania, zamiana ludu w motłoch, człowieka w zwierzę.

Elita jednak, jak napisałem wyżej, to „ludzie wyrafinowani”. Co to oznacza? Oznacza to, że dla nich nie wszystko musi mieć praktyczne zastosowanie. Oznacza to, że starają się oni przekształcić zwierzęce żądze w coś bardziej „wyrafinowanego”, w tzw. uczucia wyższe, że narzucają oni sobie pewien STYL. Gdy więc jedzą, to nie tylko po to, aby żyć, lecz podczas jedzenia w pewnym sensie „żyją, aby jeść”. Ale nie w znaczeniu takim, jak rozumie to lud: obżarstwa. Wręcz przeciwnie: elita je małymi kęsami. Elita je małe kawałeczki potraw drogich, robionych godzinami przez najlepszych kucharzy nie po to wyłącznie, aby zaspokoić swoje zwierzęce żądze, aby zadowolić swoje zwierzęce ciało, lecz po to, aby zadowolić ducha, psychikę, aby uczynić zadość Stylowi. Gdy elita się ubiera, to najważniejsze nie jest to, aby ubranie było wygodne, lecz ważniejszy od wygody zwierzęcego cielska jest Styl duszy. Styl, a więc pewne Normy i Formy, pewne ograniczenie. Jak już tu kiedyś pisałem: symbolem Cywilizacji jest gorset, symbolem Cywilizacji jest koszula ze sztywnym kołnierzem, symbolem Cywilizacji jest ubranie, które krępuje ruchy, które może jest nie najwygodniejsze z możliwych, ale jest w Stylu. A gdy elita buduje dom, to aż się w nich roi od rzeczy niepraktycznych, pozornie niczemu nie służących. Niczemu poza Stylowi. I gdy elita doświadcza piękna, to nie zachęca jej ono do pracy, lecz jest ono jakby samo dla siebie, jest ono dla rozkoszy oka i ucha…A wszystko to służy budowie „człowieka elitarnego”, wszystko to służy „nadbudowywaniu się w samym sobie”, wszystko to służy osiąganiu pewnych „wyższych stanów”, wszystko to służy zabawie i przyjemności, ale zabawie intelektualnej i przyjemności duchowej. Wszystko to służy celowi, który elita sobie wyznaczyła, który każdy z jej członków osobno sobie sam dla siebie wyznaczył. Bo jest wrażliwy. Wrażliwy na siebie samego. Bo szuka sensu i celu w życiu. Powtarzam, jako katolik ma do tego prawo, mimo, że katolicyzm wskazuje mu już Cel najważniejszy. Jednak ten Cel nie eliminuje celów pomniejszych. Tak oto konserwatyzm łączy się z liberalizmem. Tak oto ukierunkowany na ponadczasowe społeczeństwo konserwatyzm pogodzić się może z indywidualizmem.