Kodeks Karny – wersja nr 5.

Tym razem zmian nieco więcej. Trochę porządkowania terminologii, trochę uzupełnienia tego, czego w większości można się było domyślić, trochę innych zmian, w tym dwa nowe typy czynów zabronionych.

Nowa wersja mojego projektu Kodeksu Karnego jest dostępna tu.

Kodeks Karny – wersja nr 3.

Pod wpływem dalszych przemyśleń dokonałem kolejnych zmian w moim projekcie nowego Kodeksu Karnego, przede wszystkim usuwając z niego przestępstwo składania fałszywych zeznań. Oczywiście zrobiłem to nie dlatego, abym uważał, że powinno być to dozwolone, lecz dlatego, że doszedłem do wniosku, że powinno to być regulowane w samej przysiędze, a więc pewnego rodzaju umowie, zawieranej przecież dobrowolnie (nie zakładam obowiązku składania zeznań) z państwem. Zresztą sama treść artykułu mówiła o składaniu zeznań „wbrew złożonej przysiędze”, w tej więc przysiędze może i powinna być również zawarta kara za jej złamanie, nie ma więc potrzeby regulowania tego w Kodeksie Karnym.

Nowa wersja mojego projektu KK jest dostępna tu.

O niewłaściwym i właściwym rozumieniu predestynacji.

Jestem aktualnie w trakcie lektury książki prof. Adama Wielomskiego pt. „Myśl polityczna reformacji i kontrreformacji. Tom I. Rewolucja protestancka.”. Rodzi ona moje refleksje na temat podstawowych założeń teologicznych i filozoficznych reformacji, stąd i mój poprzedni wpis. W tym zaś chciałbym zająć się podstawowym niejako założeniem protestanckim, a więc predestynacją.

Predestynacja oznacza przeznaczanie z góry człowieka do zbawienia lub potępienia. Często wnioskuje się z tego, że w takim razie zbawienie człowieka jest niezależne od jego woli, od jego wyborów, chęci, pragnień, a więc i od jego czynów. Tak też rozumieli predestynację „ojcowie” reformacji. Uważali oni, że Bóg dokonał przed wiekami wyboru, kto z ludzi zostanie zbawiony, a kto potępiony. Zbawiony zaś będzie zbawiony przez samą wiarę (sola fide), wiara ta jednak nie zależy do jego woli, lecz wynika z Bożego wybrania, z danej mu przez Boga „łaski nieodpartej”, za pomocą której Bóg niejako zmusza człowieka, aby mu uwierzyć. Nie ma żadnego sposobu rozpoznania, kto został wybrany do zbawienia, a kto do potępienia. Nie mają na to wpływu żadne ludzkie czyny. Liczy się tylko łaska (sola gratia), za pomocą której również człowiek nią obdarzony może właściwie pojąć i zrozumieć Pismo Święte, bez pomocy żadnej Tradycji Kościoła (Sola Scriptura). Łaska ta jest czymś skrajnie subiektywnym, nie można dowieść jej posiadania w żaden sposób, jest to tylko moje własne przekonanie, uczucie, że zostałem obdarzony łaską. Łaska ta zaś na pewno nie ma nic wspólnego z rozumem. Reformatorzy nienawidzą rozumu, Luter nazywał wręcz rozum „k***ą diabelską”. Dowodzenie więc wewnętrznej sprzeczności i bezsensowności nauk reformatorów, tylko umacniało ich w pewności, że mają rację, że jest tak, jak oni twierdzą, gdyż jest to właśnie nielogiczne, a Bóg jest nielogiczny.

Warto mimo tego zwrócić uwagę, że takie pojmowanie predestynacji jest niezgodne przede wszystkim z samą Ewangelią, z ową Scripturą, którą rzekomo tak cenili „ojcowie” reformacji. Jeżeli bowiem zbawienie w ogóle nie zależy od czynów człowieka, to w takim razie dlaczego cała Ewangelia jest pełna rozmaitych nakazów i zakazów, z nakazem miłości Boga i bliźniego na czele? I dlaczego św. Paweł, na którego reformatorzy tak się powoływali mówi, że „choćbym miał wiarę tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym”? Co więcej: postawienie sprawy tak, jak to uczynili pierwsi protestanci, jest właściwie destrukcją religii. Każda bowiem religia, jak to już wspomniałem w poprzednim wpisie, jest przede wszystkim etyką, zespołem nakazów i zakazów dotyczących postępowania ludzkiego. Jeżeli zaś uczynki te nie mają żadnego znaczenia, to znaczy, że „wybranym” wolno wszystko, a i tak zostaną zbawieni, zaś „niewybrani” i tak zostaną potępieni. Czy nie mamy tu pierwowzoru nietzscheańskiego podziału na „nadludzki” stojących „poza dobrem i złem” i podludzi? Można powiedzieć, że Nietzsche jedynie zlaicyzował protestantyzm, w którym się wychował i który tak krytykował (jak i całe chrześcijaństwo), a „łaskę” zastąpił „wolą mocy”…Protestantyzm nie jest więc nawet właściwie religią, jest podważeniem całej etyki i jeżeli tak go pojmujemy, to stanowi usprawiedliwienie dla każdej zbrodni….

Jak więc powinno się rozumieć predestynację? Otóż tak, jak to już chyba tu pisałem, a co wynika właściwie z mojej Teorii Bytów Zbiorowych (TBZ). Wcale nie trzeba jednak zbyt mocno się do niej odwoływać, aby zrozumieć, że człowiek faktycznie nie ma wolnej woli. Nie ma wolnej woli, gdyż cokolwiek wybiera, jego wybór zawsze opiera się na jakichś kryteriach, te zaś kryteria na jeszcze innych, aż w końcu dojdziemy do tych kryteriów, norm, przekonań, cech charakteru etc., których człowiek nie wybierał. Człowiek może bowiem wybrać, co zrobić, nie może jednak wybrać siebie, jego zaś wybór pochodzi zawsze z niego. Więcej o tym pisałem już m.in. tu. Jeżeli spojrzymy na to w kategoriach chrześcijaństwa, to staje się jasne, że faktycznie teoria predestynacji jest prawdziwa. To Bóg tworzy człowieka takiego, a nie innego, on zaś jest pozbawiony wolnej woli, ponieważ nie wybiera siebie. Jest więc z góry przeznaczony do zbawienia lub potępienia, ponieważ jego wybory są zdeterminowane przez to, kim jest, przez jego właściwości, cechy, które połączone z konkretnymi wydarzeniami, mogą dać jeden i tylko jeden rezultat: taki, a nie inny wybór człowieka. Czy to oznacza jednak, że uczynki faktycznie nie mają znaczenia i że rację miał Luter i inni reformatorzy?

Otóż nie, gdyż predestynację należy rozumieć nie tyle, ile działanie Boga niejako obok czy niezależnie od ludzkiej woli, lecz raczej jako działanie POPRZEZ tę wolą wolę, jako zdeterminowanie wyborów człowieka. Są one owszem, zdeterminowane i Bóg zna je wszystkie, inne w twierdzenie uwłaczałoby Wszechmocy i/lub Wszechwiedzy Boga. My jednak nie znamy tego, nie wiemy, co wybierzemy. Mamy zatem złudzenie, że jesteśmy podmiotem, a przede wszystkim wynikające z niego złudzenie, że dokonujemy wolnego wyboru, mamy więc ZŁUDZENIE WOLNEJ WOLI. Złudzenia tego nie potrafimy się pozbyć, nie potrafimy się wyrzec swojego „ja”, nie możemy zniszczyć swojej samoświadomości, nawet zaś gdybyśmy mogli, to i tak byłby to „nasz” wybór, podjęty w złudzeniu podmiotowości i wolnej woli. Jesteśmy więc skazani na wybór, choć tak naprawdę nie jest to wybór. Dla nas jednak jest to wybór, mamy to nieustanne złudzenie wolnej woli i dlatego właśnie jest ono ZOBOWIĄZUJĄCE. Choć zatem prawdziwa jest teoria predestynacji, to jednak dla nas tak naprawdę NIC z tego nie wynika! Teoria predestynacji wynika z Wszechmocy i Wszechwiedzy Boga, wynika z praw nauki połączonych z dogmatami chrześcijańskimi, jednak dla nas jest tak, jakbyśmy wcale nie byli do niczego z góry przeznaczeni, jakbyśmy faktycznie wybierali w sposób wolny swoje postępowanie. Nie ma więc żadnej sprzeczności między zbawieniem przez uczynki a teorią predestynacji. Zbawienie dokonuje się przez nasze uczynki, nasze wybory. Są one zdeterminowane, jednak nie wiemy na jakie.

Oczywiście ma tu też niebagatelne znaczenie Łaska Boża, jednak nie rozumiana jako jakieś szczególe wybranie i namaszczenie, które nie objawia się na zewnątrz, którego nie możemy udowodnić, a które miałoby nam zapewniać zbawienie, niezależnie od naszych czynów. Wręcz przeciwnie. Łaską jest wszystko, łaską jest to, kim jesteśmy, to, w jakiej rodzinie się urodziliśmy i wychowaliśmy, wszystkie nasze dobre cechy, dzięki którym możemy dokonywać dobrych czynów i unikać złych (łaska uczynkowa). „Co bowiem, czego byś nie otrzymał?” mówi św. Paweł. Największą zaś Łaską było Misterium Paschalne Chrystusa, dzięki któremu nasze postępowanie w ogóle może nam otworzyć drogę do Nieba. Co zaś do wiary, to wiara musi przejawiać się w miłości, w przestrzeganiu Przykazań. Jest to logiczne następstwo wiary, jej zewnętrzny wyraz i dowód na nią. Jeżeli przestrzegam Przykazań, to muszę wierzyć, bo inaczej byłoby to bez sensu, nie byłoby uzasadnienia, abym przestrzegał Przykazań.

Podsumowując, właściwie rozumiana predestynacja nie niszczy etyki ani nie unieważnia roli uczynków w zbawieniu. Nie usprawiedliwia zbrodni ani nie jest wezwaniem do bezczynności, lecz wręcz przeciwnie: jest wezwaniem do przestrzegania Przykazań Bożych i Kościelnych, od tego bowiem, dzięki Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa, zależy nasze zbawienie. To zaś, że nasze wybory tak naprawdę są zdeterminowane, że nie są wolnymi wyborami, lecz złudzeniem takowych, nie ma dla nas znaczenia, ponieważ nie możemy nie wybierać, nie znamy naszych przyszłych wyborów, a w związku z tym i naszego losu po śmierci. Bóg więc przeznacza człowieka z góry do zbawienia lub potępienia nie niezależnie od jego woli, wyborów i czynów, lecz poprzez i za pomocą jego woli i jego wyborów, determinując je poprzez stworzenie człowieka takiego, a nie innego. Ponieważ jednak nie znamy samego siebie w całości, a co więcej nie wiemy, co nas czeka, nie wiemy też, jakie podejmiemy decyzje, a więc również tego, czy zostaniemy zbawieni, czy też potępieni.

O relacjach między rozumem a wiarą (nauką a religią).

Przede wszystkim należy zadać sobie pytanie, czy przedstawione w tytule byty w ogóle mogą być z sobą w jakiejkolwiek relacji. Często bowiem posługujemy się tym zestawieniem jako zestawieniem przeciwieństw, czyniono tak również w wielu rozważaniach filozoficznych. Tymczasem, choć problem, który miano tu na myśli jest rzeczywiście istotny, to określanie go jako problemu relacji „rozum-wiara” jest fałszywe. Przeciwieństwem bowiem rozumu nie jest wiara, a rozum nie jest przeciwieństwem wiary. Przeciwieństwem wiary jest wiedza, zaś przeciwieństwem rozumu raczej uczucia, jednak problem, który ma się na myśli, rozważając relacje rozumu z wiarą lepiej chyba byłoby określić jako problem relacji „dogmaty-tezy”, a szerzej również „aksjomaty-tezy”, a więc to mniej więcej, co Kant nazwałby „sądy a priori - sądy a posteriori„. Zacznijmy jednak od podstaw.

Przede wszystkim: co to jest rozum? Rozum można by określić jako normy, jako zasady logicznego wnioskowania i dowodzenia, a również jako zasady klasyfikacji, czyli odnajdywania podobieństw w bytach i tworzeniu „uniwersaliów”, czyli idei, z których składa się każdy język (o czym więcej pisałem m.in. tu). Rozum więc na początku to normy nieuświadomione, niewyrażone językowo. Aby bowiem wyrazić normę, zasadę logicznego myślenia potrzebny jest język…Język zaś jest już wynikiem działalności rozumu, który klasyfikuje, a raczej – odnajduje ukryte w bytach podobieństwa, tworząc idee, czyli słowa. Mówimy tu oczywiście o początku języka, o czasach, gdy język się tworzył. Można rozważać, na ile język faktycznie został stworzony przez rozum, a na ile powstał razem z rozumem…Nie jest to jednak tu istotne. Po powstaniu języka, jest on przekazywany w procesie socjalizacji kolejnym pokoleniom, a razem z nim obraz sklasyfikowanego świata. Rozum jednak to nie tylko sam język, ale przede wszystkim wyrażone w tym języku prawidła logicznego myślenia, dowodzenia i wnioskowania. Prawidła te mają z pewnością postać aksjomatów, wszak nie da się udowodnić samych zasad dowodzenia. Tu już pojawia się więc to, co przyjmujemy na wiarę – sam rozum jest niejako przyjmowany na wiarę, widzimy więc absurd przeciwstawiania sobie tych dwóch bytów, widzimy całą nietrafność tego nazewnictwa.

Idźmy dalej. Rozum, a więc zasady logicznego wnioskowania, potrzebuje materiału, na którym mógłby działać. Same bowiem zasady logiki, dowodzenia i wnioskowania są bezprzedmiotowe i bezużyteczne, jeżeli nie ma tego, na podstawie czego można dowodzić i z czego można wnioskować. Materiał ten dostarczają rozumowi przede wszystkim zmysły, odbierając określone bodźce, czyli postrzeżenia zmysłowe (odkładamy tu na bok TBZ, wg której istnieją tylko bodźce, a tak naprawdę istnieje tylko Bóg, to w tej chwili nie jest ważne). Postrzeżenia te są jednak odpowiednio „przerabiane”, przepuszczane przez filtr języka (a więc tworu rozumowego), zamieniając się w zdania, stwierdzające fakty (zdania deskryptywne). Na tych zdaniach rozum może przeprowadzać operacje, wyciągając z nich wnioski i udowadniając na ich podstawie prawdziwość tez (a więc twierdzeń, które można udowodnić). Rozum jednak pracuje nie tylko na tym. Równie dobrym materiałem do rozumowej analizy są aksjomaty, na których na przykład zbudowana jest matematyka. Są one również przyjmowane „na wiarę” i nikt nie ma z tym najmniejszego problemu. Podobne do aksjomatów są religijne dogmaty. I tu dochodzimy do sedna.

Zarówno religijne dogmaty, jak i naukowe aksjomaty są czymś, co przyjmujemy na wiarę i czego prawdziwości nie sposób dowieść. Jedne i drugie są nam przekazywane w procesie socjalizacji, a więc stanowią element pewnej tradycji (podobnie jak np. sam język). Jedne i drugie w końcu nie odnoszą się bezpośrednio do świata poznawanego przez zmysły. Wszak matematyka jest systemem kompletnie abstrakcyjnym, nikt nigdy nie widział liczby 2, nie mówiąc już np. o liczbach urojonych. Jest to abstrakcja, ale jednak nie fikcja, ponieważ ma zastosowanie do świata poznawanego przez zmysły. Prawidłowości matematyczne zatem muszą jakoś tkwić w bytach, tak jak tkwią w nich podobieństwa, na podstawie których zostały stworzone idee, czyli słowa. A zatem aksjomaty, choć nie odnoszą się wprost do świata zmysłowego, to jednak mają doń zastosowanie pośrednio. Inaczej jednak jest z religijnymi dogmatami. One bowiem nie mają odniesienia do świata zmysłowego, co więcej, SAME SIĘ JAKO TAKIE OKREŚLAJĄ! Dogmaty bowiem mówią nam o cudach, a więc czymś, co nie jest zgodne z prawami świata zmysłowego. Nie tyle jednak nie jest zgodne, ile jest PONAD te prawa i jako takie samo się przedstawia! I tu tkwi esencja właściwej relacji między nauką a religią („rozumem a wiarą”): nie są one mianowicie w ŻADNEJ relacji. Religia nie zaprzecza prawom nauki ani ich nie potwierdza. Nauka nie dowodzi prawdziwości dogmatów ani ich fałszywości. Wszystko to jest z samej definicji niemożliwe, albowiem dogmaty odnoszą się do innego świata niż aksjomaty czy tezy naukowe, świata, który sam siebie definiuje jako ponadzmysłowy. Dlatego jest oczywiste, że żaden dogmat nie może (nie powinien) zaprzeczać żadnemu prawu naukowemu, żadne też prawo naukowe nie może (nie powinno) wykluczać żadnego dogmatu. To, że zdarzają się cuda, a więc odstępstwa od normalności definiowanej prawami nauki, nie podważa samych praw nauki, co więcej: pojęcie cudu jako cudu jest możliwe tylko wtedy, gdy znamy prawa nauki i wiemy, co jest z nimi niezgodne. Inaczej cudem jest dla nas nic albo wszystko, a wtedy wkraczamy już raczej na teren magii niż religii, na teren wyznań ludów pierwotnych, gdzie każdą niezrozumiałą zmianę w świecie natury pojmujemy jako bezpośrednią interwencję sił nadprzyrodzonych, a więc cud. Znajomość zaś praw naukowych, praw rządzących naturą, sprzyja rozróżnianiu cudów prawdziwych od rzekomych, a przez to podnosi jeszcze niezwykłość tych pierwszych.

Podsumowując: rozum jest narzędziem analizy. Analizować może to, co dostarczą mu zmysły, analizować może aksjomaty, a wreszcie analizować może religijne dogmaty. Te ostatnie stanowią więc po prostu część obrazu świata. Dlatego tak trudno mi jest zrozumieć zjawisko „nawrócenia” (zmiany religii/wyznania), o czym pisałem już tu. Dlatego tak ważne jest wychowanie od dzieciństwa w wierze. Dlatego sens ma chrzest dzieci. Albowiem dogmaty są częścią obrazu świata na równi z logicznymi aksjomatami, na równi z językiem, na równi z aksjomatem, że to, co postrzegamy zmysłami, jest prawdziwe (a nie, że np. żyjemy w „Matrixie”) i powinny być w jednakowym czasie wpajane. Tak jak nie dyskutuje się z językiem i kryteriami jego klasyfikacji, tak jak nie dyskutuje się z aksjomatami logiki i matematyki, tak jak nie dyskutuje się z prawdziwością świata zmysłowego, tak jak nie dyskutuje się z zasadami dowodzenia, tak samo nie dyskutuje się z dogmatami, bo zwyczajnie nie ma tu pola do dyskusji. Jest to część obrazu świata. Albo została ona wpojona w dzieciństwie, albo nie. Bardzo trudno musi być potem nagle uwierzyć w dogmat, bowiem nie ma ku temu najmniejszego powodu, co zresztą zakłada sam dogmat i co stanowi o jego wartości, jak i o wartości wiary i religii (o czym pisałem we wspomnianym wyżej wpisie).

Dogmaty poddają się rozumowej analizie, jednak wcale nie muszą pozostawać ze sobą w jakichś logicznych związkach. Jest to jednak możliwe, i to pomimo tego, że same poszczególne dogmaty często mogą być niezgodne z prawami logiki. Zazwyczaj jednak to wcale nie dogmaty stanowią sedno religii, a ich rozumowa nawet analiza nie jest najistotniejsza dla przeciętnego wiernego, co najwyżej zajmują się tym wyspecjalizowane instytucje, kapłani, teolodzy lub inne elity danej religii. Zdecydowanie jednak ważniejsze, zarówno dla przeciętnego wiernego, jak i dla samej religii, są normy postępowania, a więc etyka, jako że religię można by określić jako „etykę uzasadnioną w sposób nadprzyrodzony/ponadzmysłowy”. To etyka stanowi centrum i właściwą domenę religii. Co bowiem człowieka może obchodzić, że istnieje jakiś tam Bóg lub bogowie, skoro niczego oni od niego nie wymagają, niczego nie zakazują, nie karzą go ani nie nagradzają? Same dogmaty nie tworzą religii – istnienie istot nadprzyrodzonych, które nie wymagają nawet tego, żeby w nie wierzyć czy oddawać im cześć nie może zainteresować ani zmienić życia zbyt wielu osób. Sednem zatem religii jest etyka, a więc normy sensu stricto, nakazujące określone postępowanie lub zakazujące go. Te zaś są z natury swej niemożliwe do udowodnienia i związek ich z nauką jest żaden, albowiem mówią nie o tym, co jest, a o tym, co być powinno. Między zaś tymi dwoma światami zionie wielka przepaść, o czym szerzej pisałem tu. Niemniej, rozum może analizować normy postępowania, a nawet powinien to czynić, aby z norm generalno-abstrakcyjnych uzyskać normy indywidualno-konkretne. I to jest właściwe i zasadnicze zadanie rozumu w religii. Najbardziej bowiem nawet szczegółowe i kazuistyczne prawo religijne nie jest w stanie określić wszystkich możliwych przypadków ani przewidzieć wszystkich możliwych sytuacji. Zdarza się więc, w zależności od prawa danej religii rzadziej lub częściej, że jednostka staje przed nieoczywistym moralnie wyborem i musi posłużyć się czymś, co nazywają „sumieniem”, a co w rzeczywistości jest raczej rozumem zastosowanym do analizy generalno-abstrakcyjnych norm moralnych. Pisałem już chyba o tym tu.

Podsumowując: dychotomia rozum-wiara jest fałszywa, a może raczej niedokładnie określona. Rozum jest tylko narzędziem analizy: może analizować zarówno materiał dostarczany przez zmysły, jak i dogmaty religijne przekazane przez tradycję. Podstawowym jednak jego zadaniem w religii jest analiza norm moralnych, a konkretnie zamiana norm generalno-abstrakcyjnych w indywidualno-konkretne.

„Nasze wartości” – manifestu ciąg dalszy.

(Jest to oczywiście również fragment nieopublikowanej jeszcze części „Uwięzionego w Serze”).

1. Strach.
Chcecie zobaczyć odważnych ludzi? Pokazać Wam odważnych ludzi? Oto tu są, leżą pijani na ulicy, śpią na ławkach w parku. Oto są: chodzą po ulicy w dresach, klnąc i napadając ludzi, niszcząc cudzą własność, wzniecając zamieszki. Oto są: siedzą w więzieniach, chowają się po melinach, leczą się w zakładach dla uzależnionych. Żebrzą pod kościołami. To oni, odważni! Oto są odważni ludzie! Od dzieciństwa byli odważni. Nie bali się chodzić po drzewach ani jeździć na rowerze! Nie bali się kraść i kłamać! Nie bali się siniaków ani ran! Nie bali się chorób ani połamanych nóg! Nie bali się złych ocen! Nie bali się gniewu rodziców i nauczycieli! Nie bali się uwag w dzienniczku! Nie bali się klapsów ani kar! Nie bali się powtarzać roku! Nie bali się Boga ani grzechu! Nie bali się policji ani sądu! Nie bali się więzienia ani nałogu! Nie bali się biedy ani głupoty! Nie bali się choroby ani przestępstwa! Nie bali się bić, rabować, wymuszać, napadać, niszczyć, rysować graffitti po ścianach, nie bali się niczego! Oto oni: odważni! O, jakże odważni, zaiste, niczego się nie boją ani nie bali! To są Wasi idole, Wasi „odważni ludzie”, niebojący się życia, biorący z niego garściami, nieprzejmujący się niczym i niedbający o jutro. To są Wasi „odważni chłopcy”, zaiste wzory męskości, lecz przecież i odważne dziewczynki, bo mamy równouprawnienie, jakżeby nie! Dzielne chłopaki! Sprawne chłopaki i dziewczyny! Zdrowe! Krzepkie! Serdeczne chłopy! Odważne, proste, wiejskie! Życia się nie boją, o nie, niestraszne im wichry na morzach, ahoj, bosmanie, okręt nasz nie boi się, okręt nasz lęku nie czuje!
Nie to co jacyś strachliwi intelektualiści, zalęknieni, zamknięci w sobie geniusze, uciekający od życia w teoryjki…Tak! Tak jest! Boimy się wszystkiego, ale nie boimy się do tego przyznać! Dość już dyktatury Was, pseudo-odważnych, którzy tak naprawdę również się boicie: boicie się wykluczenia, wyśmiania i odrzucenia przez Wam podobnych, bo nie macie dość siły ducha i intelektu, aby poczuć się od nich wyżsi i gardzić ich opinią! Dziś przyznajemy się z dumą, dziś wciągamy wysoko na maszt flagę naszego zalęknionego Ja i przemy na przód, Strach nasz mając za towarzysza, Strachu naszego się nie wstydząc, lecz wręcz przeciwnie: mając go za naszą cechę szczególną, za cechę wyrożniąjącą nas i wywyższającą. My, Elita, jesteśmy Ludźmi Strachu, jesteśmy Elitą Lęku, jesteśmy Arystokracją Tchórzy! To Lęk nas stworzył, to Lęk uczynił nas wielkimi, to Lęk utrzymuje nas przy życiu. Co Wy myślicie? Dlaczego jedne dzieci się uczą, a inne w tym czasie grają w piłkę, chodzą po drzewach i łapią żaby, aby je dręczyć? Dlaczego jedne dzieci są grzeczne, milczące, nie gadają na lekcji, nie biją się, nie kradną i nie klną, a inne robią to wszystko i jeszcze więcej? Co motywuje dziecko? Czy jest to miłość mądrości, umiłowanie wiedzy, szlachetny pęd do poznania, a może mniej szlachetny pęd do sławy? Lecz czy dziecko jest w stanie pojąć to wszystko? Czyż nie tym, co dziecko pojmuje na samym początku swego istnienia, co dociera do niego jako pierwsze, co nie wymaga od niego żadnej wiedzy, gdyż jest to cecha czysto zwierzęca – czy tym wszystkim nie jest Lęk, nie jest Strach, Trwoga, czysto zwierzęce poczucie zagrożenia? Czy nie to determinuje człowieka – czego i jak mocno się boi?
My się boimy! Jesteśmy Tchórzami i zawsze nimi będziemy, tak! Boimy się wszystkiego, przed wszystkim uciekamy, jesteśmy Beksami i Mamisynkami, lecz wiedzcie, że odtąd nie są to wyzwiska, lecz komplementy, określenia, które dają wstęp do Elity, które wyróżniają i nobilitują. Nasz Strach jest naszą Wartością Naczelną, nasz Lęk tworzy nasz Geniusz, nasze Przerażenie oddziela nas od Ludu, nasza Tchórzliwość wywyższa nas, zamyka w sobie i wciąga aż na Wyżyny. Tak, boimy się. Boimy się złych ocen, kar i klapsów. Boimy się bójek, policji, sądów i Boga. Boimy się psów. Boimy się złamanych nóg. Boimy się chodzić po drzewach, jeździć na rowerze, rolkach i łyżwach. Boimy się chorób, bólu i ran. Boimy się biedy i głupoty. A przede wszystkim boimy się ludzi, boimy się Was, boimy się Prostaków, którymi gardzimy. Boimy się Życia, Życiem pogardzamy, od Życia uciekamy, kryjemy się w Samotni, w naszej Bezpiecznej Przystani, w naszym Ukochanym Domu, w naszym Najdroższym Pokoiku, aby z daleka od ludzi, zwierząt, niebezpieczeństw, życia i praktyki uczyć się, czytać, pisać, kontemplować Teorię i gładzić naszą Perłę. Precz z życiem! Precz z praktyką! Niech żyje Teoria! Niech żyją Oderwani Geniusze! Niech żyją odludki, wariaci, zamknięci w sobie, psychopatyczni geniusze, niech żyją niezaradni i nieprzystosowani do życia profesorzy, wynalazcy nieumiejący zawiązać butów, artyści, którzy wstydzą się nawet kupić cokolwiek w sklepie! Niech żyje Elita, Elita Strachu! Elita Wstydu! Elita Tremy! Elita Beks, Mamisynków, Mizantropów, Samotników, Kujonów, Dziwaków, Niezaradnych Życiowo, Nieprzystosowanych, Aspołecznych, Nadwrażliwych, Płaczliwych i Chorych! Chorych Psychicznie! Zalęknionych, Sfrustrowanych, Schizofrenicznych, Psychopatycznych Geniuszy!
Tylko Strach, tylko Lęk. To jemu wszystko zawdzięczamy. Uczymy się, bo się boimy. Wybieramy Naukę i Teorię, bo boimy się Pracy i Praktyki. Jesteśmy grzeczni, bo się boimy. Nie popełniamy przestępstw, bo się boimy. Unikamy grzechu, ponieważ się boimy. Żyjemy, ponieważ się boimy samobójstwa i tego, co po śmierci. Wszystko to dlatego, że się boimy, drżymy zalęknieni, w Trwodze dni nasze pędzimy. Cokolwiek wybieramy, kimkolwiek jesteśmy, cokolwiek osiągniemy: wszystko ma swoje źródło tu – w Lęku, w Strachu, w Przerażeniu. To jest nasza Wartość Największa i Pierwsza. Nie ma ważniejszej cechy Elity niż Strach. Nie ma ważniejszej cechy każdego człowieka niż Strach. Różni nas tylko to, czego się boimy i w jakim stopniu. A my boimy się prawie wszystkiego i to w stopniu prawie najwyższym. Lęk dochodzi w nas do swego Szczytu, osiąga swoje Maksimum. Lęk nas ogarnia, Lęk nas pochłania, bierze nas w swoje dłonie i przytula, gładzi i pieści, wywyższając nas w naszych własnych oczach. Lęk jest naszym Przyjacielem, jest naszym Ojcem, jest tym, co nas tworzy i utrzymuje przy życiu. Wszystko dał nam Lęk. Nam, Elicie. Nasz Lęk jest większy niż Wasz, jest bardziej subtelny, jest wszechogarniający. Wy przed Lękiem uciekacie, boicie się samego Lęku, nie macie dość Odwagi, aby się bać. Ukrywacie swój Strach, nie chcecie przyjaźni z nim, nie chcecie się przyznać do niego. Nie przenika on Waszego życia tak, jak przenika Nasze, a więc Lęk jest Naszą Wartością, nie zabierzecie go Nam. Naszą pierwszą, naczelną, najważniejszą Wartością.

2. Władza.
Strach rodzi Żądzę Władzy. Strach rodzi chęć kontroli, gdyż Strach rodzi się właśnie z braku kontroli i Władzy. Boję się, gdyż nie wiem co się stanie. Przodkiem Władzy jest Wiedza. Wiedza już jest zaczątkiem Władzy, jest jakąś kontrolą sytuacji. Wiem, co się stanie, więc się już tak nie boję. Jednak czy Wiedza moja może być pełna, jeżeli nie mam pełni Władzy? Skąd mogę wiedzieć, co się stanie, jeżeli nie ode mnie tylko to zależy? Mogę przewidywać, owszem, mogę się domyślać, mogę prognozować na podstawie pewnych danych, na podstawie obserwacji i doświadczeń z przeszłości, jednak nigdy nie będę mieć pewności, dopóki nie zdobędę Władzy, Władzy wyłącznej i najwyższej, dopóki nie poskromię w całości wszystkich sił, nie poddam ich sobie i nie podporządkuję, dopóki ich nie okiełznam. Stąd wypływa Żądza Władzy, tu ma swoje źródło owo nieposkromione Pragnienie Panowania, Panowania po to, aby się nie bać.
Jakże ta Żądza jest potężna! Jest dzieckiem Strachu i przez nią w większości Strach panuje nad nami! Ileż działań naszych, ileż działań ludzkich ma źródło w Żądzy Władzy! Nauki ścisłe są po to, aby zapanować nad naturą, nauki humanistyczne są po to, aby zapanować nad człowiekiem. Cała kultura i sztuka jest po to, aby zapanować nad człowiekiem. Idea jest po to, aby zapanować nad człowiekiem. I właśnie My jesteśmy ludźmi nauki, ludźmi kultury i sztuki, a więc ludźmi Władzy, ludźmi Władzy o wiele bardziej niż Wy, którzy Władzy się boicie, którzy Władzy nienawidzicie, którzy pragniecie świata bez Władzy, świata równości i braterstwa, w którym wszystkich zrównacie do swego poziomu. Nienawdzicie Władzy, gdyż jest nie rozumiecie, nie potraficie jej zdobyć ani sprawować, Władza Was przerasta. Dla Nas zaś Władza i Hierarchia są tym, do czego dążymy i tym, co nas tworzy. Strach jest Naszym Ojcem, Władza Naszą Matką, córką zaś Władzy jest Hierarchia. Kochamy Władzę i Hierarchię, kochamy ją więcej niż Wy, ponieważ większy jest nasz Strach, większa jest też zatem i Żądza Władzy, którą Strach rodzi. Wy nienawidzicie Władzy, chcecie ją zlikwidować, marzycie o świecie bez Władzy, śnicie sny o świecie bez Hierarchii i Podziałów. Wszystkie Wasze pseudo-idee, wszystkie Wasze ideologie, choć często tak różne i walczące ze sobą na śmierć i życie, mają jednak jedną cechę wspólną: nienawiść do Władzy, pragnienie jej likwidacji, całkowitego jej unicestwienia. Dla Was Władza jest przeszkodą na drodze do Waszego wspaniałego świata, który sobie wyśniliście, dla Nas jest Wartością, zaraz po Strachu najważniejszą i najbardziej pożądaną. Żądza Władzy jest zaś naszą podstawową żądzą, podstawowym pragnieniem, które rodzi Strach, jest fundamentalnym pożądaniem, tkwiącym w Nas najgłębiej, pragnieniem pierwszym i najważniejszą potrzebą, potrzebą życiową. Nie tylko zresztą Nas, ale i Was, choć nie chcecie się do tego być może przyznać, karmicie się bajkami o tym, że pierwszą potrzebą człowieka jest potrzeba miłości, ciepła rodzinnego, akceptacji, przynależności czy nie wiadomo czego jeszcze. Tymczasem człowiek rodzi się w Strachu, Strachem opętany, w Strachu uwięziony, Strachem otoczony, nasączony pierwotnym Lękiem i wszystko, co robi w życiu, wszystkie jego decyzje służą zmniejszeniu tego Lęku, służą ukojeniu Lęku przynajmniej na chwilę, nic zaś tak nie eliminuje Lęku jak Władza, gdy bowiem decyduję o tym, co się stanie, wiem na pewno, co się stanie, a wtedy nie czuję już Strachu. Pierwszym więc i naczelnym pragnieniem człowieka, pierwszą i podstawową jego potrzebą, odkąd tylko poczuje on po raz pierwszy Strach, jest pragnienie i potrzeba Władzy, Kontroli nad sytuacją, jest Żądza Podporządkowania sobie wszystkiego i wszystkich dookoła. Żądza ta pali Nas i Was, Żądza ta popycha Nas i Was do zdobywania Władzy, Żądza ta jednak nigdy nie znajduje zaspokojenia, pozostaje zawsze tylko niespełnionym marzeniem, ułudą i utopią, gdyż niemożliwe jest, aby jeden człowiek zdobył Władzę, Władzę niepodważalną i niezagrożoną w tym świecie, w którym Władzy i Kontroli pożądają nie tylko ludzie (choć oni najmocniej), lecz także zwierzęta, rośliny, ba! nawet góry, rzeki, strumienie – wszystko dąży do Władzy, Kontroli i Dominacji, choćby nawet nie czuło Strachu. Albowiem podstawową relacją między bytami we Wszechświecie jest relacja Władzy, Kontroli, Hierarchii i Dominacji. Słońce dominuje nad Ziemią. Nad Słońcem dominuje większe jakieś ciało, a nad tym ciałem kolejne. Ziemia zaś Prawem Grawitacji przyciąga i poddaje sobie wszystko, co znajdzie się w jej pobliżu. Wszędzie zaś na jej powierzchni panuje nieustanna walka o byt, a więc o Władzę, o Dominację, o Kontrolę. Wszystko dąży do podporządkowania sobie środowiska, do wykorzystania innego bytu, do poddania go sobie dla własnych celów i korzyści. Wszystko wzajemnie pochłania się i destruuje, rywalizuje ze sobą i walczy, woda rzeźbi skałę, drzewa walczą o światło, zwierzęta walczą o pokarm, ludzie zaś walczą o Władzę, o prawdziwą, pełną, ludzką Władzę, o to, aby móc narzucać własną wolę innym, aby kontrolować, dominować, aby tworzyć przyszłość i dzięki temu nie bać się tego, co przyniesie.
Wy jednak wyrzekacie się Władzy, choć jesteście jej dziećmi. Wy chcecie Władzę zniszczyć, zniszczyć podstawowe prawo Wszechświata, marzyciele! Wy uważacie Żądzę Władzy za coś złego, za coś, czego należy się wstydzić, samą Władzę uważacie zaś co najwyżej za smutną konieczność. Dla Nas zaś ona, jak i jej Żądza są wartościami, jednymi z pierwszych, zaraz po Strachu, który je rodzi.

3. Niezmienność.
Żądza Władzy, niedająca się całkiem nigdy zaspokoić, rodzi umiłowanie Niezmienności. Albowiem jeżeli nie mogę decydować o zmianie bytu sam, jeżeli nie mogę objąć bytu we władanie, to doceniam te byty, które najmniej ze wszystkich się zmieniają, je bowiem mogę najłatwiej kontrolować i najmniej muszę się ich bać. Jeżeli coś jest niezmienne, to znam przyszłość tego dotyczącą: wiem, że będzie takie, jak jest, gdyż się nie zmieni. A więc, choć może nie mam Władzy, to mam jednak Kontrolę, która pozwala choć trochę uśmierzyć Lęk i zaspokoić, choć częściowo, palącą Żądzę Władzy.
Kochamy zatem wszystko, co niezmienne, szukamy tego, co się nie zmienia. Wy zaś przeciwnie: kochacie wszelkie zmiany, nigdy nie jest Wam dobrze tam, gdzie jesteście. Nam też przecież nie jest, My jednak wolimy pewną, znaną, swojską nieprzyjemność, niż niepewną przyjemność, okupioną koniecznością zmiany tego, co było. Wy zaś kochacie zmiany, kochacie Rewolucję, kochacie Postęp i wieczną Nowość, a więc i Młodość. Nienawidzicie Starości i Stałości. Nienawidzicie własnego Domu, kochacie zaś ciągłe podróże, a więc zmianę. Nienawidzicie również Bezruchu, który jest synem Niezmienności, miłujecie zaś ciągły Ruch, a także wszystko, co się z Ruchem wiąże i z Ruchu się rodzi: Materię, której Ruch jest podstawowym prawem, Sport, Pracę, Ingerencję. Nie potraficie siedzieć i myśleć, Bezruch uważacie za marnotractwo czasu, zaś Ciszy boicie się zwyczajnie, choć nie chcecie się do tego przyznać, jako ci, co miłują Odwagę zamiast Lęku.
Wy kochacie Zmianę, Ruch i Hałas. My kochamy Niezmienność, syna jej Bezruch oraz córkę Bezruchu Ciszę. Dla nas są one wartościami naczelnymi, zaraz po Strachu, Władzy i jej Żądzy oraz Hierarchii.

4. Śmierć.
Umiłowanie Niezmienności rodzi umiłowanie tego, co martwe, a więc i samej Śmierci i Martwoty. Śmierć to Bezruch. To, co jest martwe, jest najbardziej niezmienne i najbardziej daje się kontrolować. Śmierć to również Cisza. Śmierć wreszcie to Powaga, Śmierć to Rytuał, Śmierć to Ton i Gust. A Życie? Życie to hałaśliwa pstrokacizna jaskrawych barw, Życie to wieczny Ruch i Hałas, Życie to zagrożenie, Życie to niepodzianka, a więc Strach. Życie wreszcie to estetyczna ohyda: miękkie, oślizgłe ciało, pełne wydzielin i cieczy. Życie to pot, łzy, jady, sperma, krew, mocz i kał. Życie to obrzydliwe otwory, pełne ciepłych cieczy. Życie to Ciepło i Miękkość.
A Śmierć? A Martwota? Czyż nie piękniejsze od pstrokatych ptaszków i kwiatków są monumentalne góry, twarde, zimne i spokojne skały, mieniące się w blasku Słońca granity i drogocenne kamienie, orzeźwiające wody błękitnej rzeki? Lecz nie! Wy się boicie Śmierci, boicie się Zimna i Twardości, wolicie Ruch, Gwar i Hałas, ciepło, smród, miękkość, oślizgłość i pstrokaciznę Życia. Dla Was ono jest wartością, podczas gdy dla nas wartością jest Śmierć, ta potomkini Niezmienności.

5. Sztuczność.
Umiłowanie Śmierci rodzi umiłowanie tego, co sztuczne, tego, co jest wytworem człowieka, gdyż nie ma nic bardziej martwego i oddalonego od Życia. Nieożywiona nawet Natura, pozostaje jednak ciągle Naturą, a więc częścią świata, w którym toczy się Życie. Naturę trudniej również kontrolować i ujarzmić, nawet tę nieożywioną. Niezbadana i przerażająca jest jej potęga, z wielką trudnością tylko pozwala się ona ujarzmić, a więc nadal budzi Lęk. To zaś, co sam stworzyłem, nad tym mam największą Kontrolę i Władzę. My więc kochamy to, co sztuczne, co nienaturalne, kochamy Kulturę przeciw Naturze.
Wy na odwrót: uwielbiacie Naturę, nienawidzicie zaś wszystkiego, co stworzył człowiek, gdyż nie Wyście to stworzyli. Kochacie Naturę i naturalność, kochacie Życie, które jest częścią Natury. Sztuczność jest dla Was wadą, jedną z największych wad, zaletą jest zaś naturalność. Wszystko, co dobre, ma dla Was źródło w Naturze. W Naturze usytuowaliście Wolność. W Naturze szukacie wszystkiego, co dla Was cenne. Naturalny produkt jest dla Was lepszy od sztucznego, Naturę cenicie wyżej od siebie. Uwielbiacie, jak Natura Wami pomiata, gdyż lubicie być pomiatani, przyznajcie się: lubicie być rządzeni! Macie w naturze waszej (nomen omen) podporządkowanie, urodziliście się jako poddani, jesteście stworzeni do służby, My zaś jesteśmy stworzeni do Władzy, nienawidzimy więc wszystkiego, czego nie możemy opanować. Nienawidzimy więc również Natury i Życia. Naturę próbujemy ujarzmić, chronimy się przed nią w Domach i Miastach, odgradzamy się od niej Murami. Wy zaś przeciwnie: nienawidzicie Miast, kochacie zaś Wsie, uciekacie z Domów Waszych do Natury, lasy, góry i łąki są dla Was miejscem wypoczynku, Miasto zaś miejscem pracy. Nienawidzicie Miasta. Nienawidzicie Domu swego, z którego ciągle uciekacie, nienawidzicie Fabryk i Maszyn, nienawidzicie wszystkiego, co stworzył człowiek swoim Rozumem, gdyż tego nie rozumiecie. Wy wolicie Dzikość, kochacie Prymitywność, zachwycacie się nieskażonymi przez Cywilizację terenami i plemionami. Tak, gdyż dla Was Cywilizacja kazi, brudzi, zaniczyszcza i szkodzi, burząc pierwotną czystość i niewinność. Dla Nas zaś Cywilizacja udoskonala to, co było proste i prymitywne. Wy kochacie prototę, gdyż sami jesteście prości i prymitywni. My nienawidzimy zaś Natury, nienawidzimy, gdyż się jej boimy. My wolimy zapach farb, kleju i druku od smrodliwych wyziewów Życia.
My kochamy Sztuczność, córkę jej Cywilizację oraz wnuczkę Kulturę. Wszystkie one są potomkiniami Niezmienności, wszystkie one mają w sobie Śmierć i Martwotę w stopniu nieomal doskonałym. Są więc naszymi wartościami.

6. Rytuał.
Synem Kultury, wnuczki Sztuczności, jest Rytuał. Nie ma bowiem nic bardziej martwego, nic bardziej skostniałego, nic bardziej niezmiennego niż Rytuał. Rytuał jest również potomkiem Niezmienności. Porządkuje on Życie, ujarzmia je, zamyka w swych ramach i więzi w swojej klatce, aby poddać je w ten sposób Kontroli. Rytuał jest narzędziem naszej Władzy, jest sposobem Kontroli nad przyszłością, sposobem na zdobycie o niej wiedzy, aby uśmierzyła ona choć trochę nasz Lęk.
Wy nienawidzicie Rytuału. Nienawidzicie go właśnie dlatego, że jest narzędziem Władzy, że ogranicza Życie i Naturalność, że jest potomkiem Niezmienności i synem Kultury, a więc wnukiem Cywilizacji, której nienawidzicie. Cywilizacja zaś składa się z Rytuałów. Wy jednak wolicie Dzikość, a więc brak jakichkolwiek Rytuałów, Schematów i Praw, brak Porządku i Dyscypliny, które rzekomo krępują Waszą wolność. Wy bowiem wolność sytuujecie w Naturze, w Waszej dzikiej, prymitywnej Naturze, w Bałaganie i Zmianie. Nienawidzicie więc Porządku, gdyż jest trwały, nienawidzicie Rytuału, gdyż jest martwy. My zaś kochamy Rytuał, uważając go za wartość.

7. Norma.
Córką Rytuału jest Norma. Jednocześnie jest ona także jego częścią. Norma jest ostatecznym, idealnym tworem, jest potomkinią wszystkich naszych wartości, najdoskonalszym ich spełnieniem, ucieleśnieniem i symbolem. Norma jest córką Rytuału, syna Kultury, córki Cywilizacji, córki Sztuczności, siostry Śmierci i córki Niezmienności, córki Żądzy Władzy, która jest córką Lęku.
Norma jest tworem najbardziej człowieczym, jest tym, co odróżnia człowieka od Natury. Norma jest najwyższym wyrazem Kultury i arcydziełem Języka, jest czystym tworem językowym. Norma jest zatem tworem całkowicie sztucznym, idealnie niezmiennym, samoistnym, porządkującym i ograniczającym Naturę i Życie. Jest martwa od swych narodzin, twardsza od skał i zimniejsza od wód górskich strumieni. Bardziej bezwględna od Natury. Niepoddająca się Zmianie ani Ruchowi. W Normie również Władza znajduje swój wyraz i ucieleśnienie. W Normie jest nasza Wolność, Wolność prawdziwa, Wolność od Natury i Życia, wolność od Zmienności i Lęku. Norma jest naszą kochanką, naszą żoną, naszą miłością i szczęściem.
Wy jednak nienawidzicie Normy. Widzicie w niej swego wroga, który Was krępuje. Nienawidzicie w niej dokładnie tego, co my w niej miłujemy. Boicie się Normy. Norma Was przerasta. Od Normy wolicie Wasze Czucie, Czucie jest Waszą żoną i kochanką, wszelakie Czucia uwielbiacie i ubóstwiacie: odczucia, uczucia, poczucia, przeczucia, wyczucia i wczucia się. Tak, gdyż Czucie jest największym wrogiem Normy. Jest ono potomkiem Natury i Życia, potomkiem Zmiany i Ruchu, potomkiem Materii i Psychiki. Ciągle zmienne, naturalne, niejasne i nieuchwytne, niedające się ujarzmić, pokonać ani nazwać, będące poza Językiem, Cywilizacją i Kulturą, poza Rozumem i Rytuałem, poza naszą Kontrolą i Władzą. Boimy się go, a więc go nienawidzimy. Spośród Czuć cenimy jedynie Lęk, jednak nasz Lęk jest czymś więcej niż Czuciem: jest postawą, jest wartością, jest Normą wręcz i Źródłem Norm.
A więc koło się zamknęło: Lęk jest Normą, a Norma jest Lękiem. Norma i Lęk są początkiem i końcem wszystkiego, całego naszego życia i zbioru wartości. Tego zbioru wartości, którego Wy nie rozumiecie, którym gardzicie, który wyśmiewacie i którego się boicie, tak jak My nie gardzimy, wyśmiewamy i boimy się Waszego zbioru wartości. Jesteśmy dwoma plemionami, dwoma osobnymi rasami, dwoma podgatunkami jednego gatunku, lecz jakże różnymi i wrogimi sobie. Nie ma między nami porozumienia. Nie ma między nami języka innego niż język Pogardy i Wyższości. Nie ma między nami innej relacji niż relacja Władzy i Hierarchii. Nie ma między Nami a Wami nic więcej oprócz Nienawiści i Lęku. Ilekroć dojdziecie do Władzy, będziecie Nas kopać i bić, będziecie na Nas pluć, będziecie Nas zabijać i niszczyć w szaleństwie Waszej dzikiej Nienawiści. Ilekroć zaś My dojdziemy do Władzy, będziemy się nad Wami znęcać, będziemy Was wykorzystywać, dręczyć i poniżać w szaleństwie Naszej cywilizowanej i zimnej Nienawiści. Świat jest uwięziony między kleszczami tej odwiecznej walki między Nami a Wami. Historia jest historią tejże właśnie wojny, która będzie trwała, aż nie przeminą niebo i ziemia. Czasem była ona, jest i będzie cicha, codzienna, rozbita jakby na części, niewidoczna prawie i przyczajona gdzieś w cieniu, pod powłoką pozornego spokoju. Czasem zaś była ona, jest i będzie jeszcze głośna, wyraźna, okrutna i bezwzględna. Zawsze jednak trwa ona, nieustannie, w każdej sekundzie toczy się na całym świecie tej wielki Pojedynek między Nami a Wami. Nie ma on końca ani nie zna przerwy. Nie można go nigdy trwale wygrać ani przegrać. Nie można się z niego wycofać. Trwa on od czasów niepamiętnych, od zarania dziejów i trwać będzie aż po czasy ostatnie.
Zaiste jest to największa i najokrutniejsza ze wszystkich wojen: Wojna między Ludem a Elitą, między Świniami a Posiadaczami Pereł, pomiędzy Ludźmi a Nadludźmi.

„Wyklęci” – manifest.

(Jest to fragment nieopublikowanej jeszcze części „Uwięzionego w Serze”).

My. Wyklęci przez ludzi. Wyklęci przez Boga. My, wyrastający ponad przeciętną. My, mądrzy. My, silni. My, zdrowi. My, bogaci.
Od dzieciństwa jesteś gorszy. Jesteś gorszy, ponieważ jesteś lepszy. Od dzieciństwa wmawiają Ci, że wszyscy są równi, że nie wolno się wywyższać, że nie wolno Ci czuć się lepszym. Od dzieciństwa wmawiają Ci, że jesteś równy z ludźmi, którzy nie są warci Twojego jednego słowa. Od dzieciństwa wmawiają Ci, że trzeba im pomagać. Pomagać! Tak! Bo przecież Twoje zalety nie są dla Ciebie, o nie, Ty wstrętny samolubie, nie, są niby po to, aby pomagać innym! Absolutnie przecież nie po to, abyś śmiał czuć się przez nie lepszy, wyższy, więcej warty, abyś mógł się doskonalić dla samego doskonalenia, dla wywyższenia siebie samego, dla jeszcze większego odseparowania się i odcięcia od ludzi, którzy stoją od Ciebie niżej. Ależ skąd! Twoje zalety są przecież zadaniem, Twoje zalety czynią z Ciebie sługę, czynią z Ciebie psa na usługi świń, przed które masz niestrudzenie rzucać swoje perły, aż w końcu wszystkie zostaną zdeptane…Ale nie, nie, nie wolno Ci tak myśleć! Nie możesz mieć żadnej korzyści z tego, że jesteś lepszy, nie daje Ci to żadnych praw, a wręcz przeciwnie: nakłada na Ciebie obowiązek służby i pochylania się nad tkwiącymi w bagnie ludźmi, aby mogli Cię w nie wciągnąć. Absolutnie nie wolno Ci doskonalić się dla samego doskonalenia, absolutnie, a fe, zły samolub! Musisz wydać swą perłę na służbę, musisz wykorzystać ją w praktyce, musisz przez perłę przysłużyć się i zaspokoić niskie potrzeby niskich ludzi, którzy nie rozumieją, że perła nie służy do jedzenia, nie służy do budowania, nie służy niczemu, prócz tego, aby ją oglądać, aby się nią napawać, aby napawać się jej pięknem, aby napawać się jej wyjątkowością, aby w samotności podziwiać ją i przez nią wywyższać się i odcinać od świata…Ale oni Ci nie pozwolą! Oni mówią: nie! Oni nie pozwolą Ci się cieszyć Twoją zaletą, Twoja zaleta nie stawią Cię w lepszej pozycji, lecz stawia Cię na pozycji sługi, zobowiązuje Cię do pracy i wysiłku. Wada nie zobowiązuje do niczego! Wada daje Ci prawo oczekiwać pomocy od tych, którzy mają zalety i którzy zamiast poświęcić życie ich doskonaleniu, muszą poświęcić je pomocy Tobie, który nie jesteś wart ich splunięcia.
Boże, czy naprawdę? Czy naprawdę tak jest? Niemożliwe, wszak powiedziałeś, aby nie rzucać pereł przed świnie, więc to nie może być prawda, nie może, to tylko ci idioci tak wykoślawili Twoją naukę, chcąc sobie podporządkować ludzi, którym nie sięgają do pięt, chcąc, aby zniżyli się do ich świńskiego poziomu…Orzeł nie wchodzi do chlewa. Orzeł może czasem zrzucić coś ze swoich wysokości świniom na ziemi, tym marnym punkcikom, lecz nie schodzi do chlewa, nie rzuca swojej perły przed wieprze! On swoją perłę pielęgnuje. On się perłą napawa. On się napawa jej niepraktycznością. Lecz wy chcecie chwycić go za skrzydła, chcecie, aby wrzucił swoją perłę w błoto i uczynił z niej fundament dla waszego chlewu, dla nowego chlewu, w którym będzie wam wygodniej, cieplej i milej, a on będzie na wasze usługi, a on porzuci swoją perłę, obetnie swoje skrzydła i będzie gotował wam obiadki i wrzucał je do koryta, będzie was tulił i uzna was za równych sobie.
Jaki sens mieć zalety w takim świecie? Jaki sens ma być orłem, skoro nie daje mi to praw, lecz obowiązki? Jaki sens być orłem, skoro muszę się wyrzec swojego orlęctwa? Nie, tu o wiele lepiej być świnią, która oczekuje pomocy, o wiele lepiej być praktykiem i nie mieć pojęcia o lataniu ani perłach, tu o wiele lepiej być słabym niż silnym, biednym niż bogatym, głupim niż mądrym. Co za świat chcecie stworzyć? Świat, w którym mądry zamiast rozwijać się w swej mądrości, poświęca swój czas na uczenie głupich? Świat, w którym silny, zamiast powiększać swą siłę, aż stanie się najsilniejszy, poświęca swój czas na obronę słabych? Swiat, w którym wszyscy mają wszystko…lecz nikt nie ma nic, bo każdy wyrzekł się swej perły, bo każdy obciął swoje skrzydła, aby wejść do chlewu tych, których ma za świnie…
Dlaczego nie dacie ludziom wywyższać się swymi zaletami? Dlaczego nie dacie ludziom gardzić słabszymi? Dlaczego nie dacie ludziom poczuć rozkoszy wyższości, poczuć rozkoszy, jaką daje posiadanie Perły? Dlaczego z powodu Perły ich wyklinacie?
A przede wszystkim wyklinacie Nas. Nas, których nie rozumiecie, którym do pięt nie dorastacie. Zawsze jesteśmy negatywnymi bohaterami Waszych opowiadań, powieści, filmów i przedstawień teatralnych. Zawsze musimy przegrywać, my, którzy mamy czelność mieć poczucie własnej wartości i wiedzieć, kim jesteśmy. My, którzy mamy czelność odcinać się od Was i zamykać w naszych własnych, prywatnych jaskiniach, aby kontemplować blask swojej perły, aby ją polerować, gładzić, aby ja rozwijać i powiększać. Nie dla jakiegoś celu praktycznego, Wy mali ludzie, lecz dla samego Piękna perły, dla samej Teorii, właśnie dlatego, aby nie Perła czemuś służyła, lecz abyśmy My służyli Perle.
My, wyklęci. My, wyalienowani. Od początku inni. Od początku deptani, wdeptywani w bagno, w którym tkwicie. Jak nas jest wielu? Może niewiele, lecz nie w ilości siła, bo nie jesteśmy stadem bydląt, choć wiem, że chcielibyście, aby tak było. My jesteśmy jednak wilkami, samotnymi wilkami, samotnymi drapieżcami, wyjącymi po nocach, uwięzionymi we wnykach przez Was, świnie! Wśród Was dorastamy. I to jest nasza siła. Poznaliśmy Was. Wiemy, kim jesteście. Nie mamy złudzeń, jak nasi przodkowie, którzy żyli w dworach, odcięci od świata i uroili sobie bajki o dobrym i szlachetnym ludzie. My Was znamy. Aż za wyraźnie słyszeliśmy Wasze przekleństwa. Aż za wyraźnie widzieliśmy Waszą demoralizację i głupotę. Aż za dobrze znamy Wasz nędzny poziom, Wasz nędzny chlew, marną zagrodę Waszego małego i praktycznego umysłku bez Pereł.
Zawsze byliśmy samotni. Wyśmiani i odrzuceni, nauczyliśmy się Was ignorować. Mimo usilnej propagandy, lejącej się z ust rodziców i bliskich, nauczycieli i wychowawców, polityków i kaznodziei, nauczyliśmy się czuć swoją wyższość nad Wami, nauczyliśmy się Pogardy. W swoich pustelniach pielęgnowaliśmy Perłę naszego wyniosłego wyobcowania, bicze Waszego prostactwa uczyniły nas twardymi i zamkniętymi w sobie starcami, wszystkimi tymi starcami z Waszych baśni, tymi właśnie, którzy zawsze budzili Wasze przerażenie i którzy zawsze musieli przegrać. O tak! Ci, których się tak boicie od dzieciństwa, to My.
To właśnie My, zgorzkniali i skostniali starcy. To My, bezduszni ojcowie, których nie wzrusza gorące uczucie ich córek i nie zgadzają się na ich ślub z romantycznym prostakiem. To My, zamknięci w sobie psychopaci, mordujący dla samej rozkoszy mordowania, po to, aby się sprawdzić i zdyscyplinować. To My, egoistyczni i aspołeczni geniusze, którzy gardzą zwyczajnymi ludźmi. To My, uosobienie tego, czego się boicie.
To my, nadwrażliwi i skupieni na sobie. To My, beksy z przedszkola; My, niedorajdy i niezdary ze szkoły; My, dziwacy i kujony; My, stremowani i zawstydzeni; My, z których zawsze się wyśmiewaliście. Lecz wyśmiewając się z nas i odtrącając, spowodowaliście, że zaczęliśmy jeszcze bardziej wywyższać się i rosnąć w samotności.
I teraz nadchodzimy. Przychodzimy, aby się zbuntować, lecz znów nie mamy śmiałości. Profesor zawsze lęka się prostaka, doktor boi się chama z siłowni, magister ucieka przed żulem. Lecz chcemy dziś przynajmniej tu, ukryci za tymi literami, wykrzyczeć Wam prawdę, wykrzyczeć to, co o Was myślimy…

Wyklęci przez Boga. Boże, czy to możliwe? Dlaczego upodobałeś sobie świnie? Dlaczego od naszych salonów wolisz śmierdzącego, obdartego, mokrego od potu żebraka? Dlaczego od dyskusji intelektualnych wolisz prostacki altruizm, praktyczny, obrzydliwy, społeczny humanitaryzm; dlaczego przedkładasz towarzystwo prostaków nad nasze? Dlaczego tajemnice Królestwa objawiłeś prostaczkom? Ja wiem! Po to, aby nas poniżyć, aby nikt z nas nie śmiał marzyć, że zdoła choćby zbliżyć się do Ciebie, aby jeszcze bardziej okazać Swoją Potęgę, Swoją Mądrość, Swoją Moc, aby nas poniżyć, odrzucić…Czy tak? Aby nas zrównać z nimi…Naprawdę? Nie, to niemożliwe. To kłamstwo! Lecz dlaczego? Czy to nie za prosto objawiać tajemnice ludziom, którzy przyjmą je bez zastrzeżeń, bo nie zadają pytań, bo nie rozumieją nawet, co się do nich mówi, bo zachwycają się tym, czego nie rozumieją? A nas poniżasz…A nas odrzucasz…? Wolisz twardego prostaka i chama od nadwrażliwego i skupionego na sobie profesorka, zalęknionego, pełnego poczucia wyższości, sfrustrowanego, znerwicowanego…Dlaczego? Dlaczego Ty Sam nie przyjdziesz, aby nas oświecić, aby porazić Nas Swoją Mocą, Swoją Potęgą, o, My wiemy przecież, że jesteśmy robakami przed Tobą, zachwycamy się i drżymy przed Tobą, My wiemy, że to wszystko Tobie zawdzięczamy…Ale dlaczego poniżasz nas jeszcze bardziej, każąc im pouczać Nas! Ich wybierasz, a nie nas! Im objawiasz wszystko, aby śmieli nas pouczać, aby mogli się mądrzyć przed nami Twoją mądrością, aby nas razili w oczy…I jeszcze utożsamiasz się z nimi, jeszcze każesz nam im służyć, usługiwać…Lecz przecież zakazujesz rzucać perły przed wieprze! A jakże im służyć, nie rzucając im swej Perły, nie nurzając jej w błocie?! O, jak nas poniżasz…! Jakże się wywyższasz, jakże okazujesz nam Swą wielkość, wywyższając przed nami te świnie, nasycając głodnych, a bogatych z niczym odprawiając, pokazując, że nawet z prostaków możesz uczynić wielkich, a nam figa! A mówią, żeś pokorny, skromny…? Ale jakże to, gdy Ty tak nas poniżasz, tak Moc Swą przed nami okazujesz, tak Swą Mocą się chwalisz!
Dlaczego każesz nam odejść z niczym? Czy nasza wina, żeśmy bogaci? Czy nasza wina, żeśmy mądrzy? Czy mamy przez to czuć się gorsi? Czy to nie Ty dałeś nam bogactwa i talenty? A teraz nas za to każesz? A teraz przez to nas poniżasz, wywyższając nad nami prostaków, te świnie, tych żuli, chamów, idiotów, obrzydliwy społeczny, praktyczny i altruistyczny lud, ten motłoch…?!
Czy mamy się poniżyć?! Ach przed Tobą zawsze!!! Przed Tobą zawsze jesteśmy gotowi upaść na twarz, pokajać się, poniżać, biczować, wyzywać, twarz w błocie zanurzyć! My wiemy, żeśmy niczym bez Ciebie, żeśmy niczym w porównaniu z Tobą, że jesteśmy tylko Twoją abstrakcją marną…Lecz oni też! Lecz oni jeszcze marniejszą! I my przed nimi mamy do błota wchodzić? Do ich chlewu się zniżać? Z nimi w przy-jaźni żyć? O, nie masz Litości! A mówią, żeś Miłością, żeś Miłosierdziem samym…A tu takie Okrucieństwo wobec Nas, tylko dlatego, że mamy nieszczęście mieć zalety, że mamy nieszczęście być mądrzy, wrażliwi, zdrowi, bogaci, silni, że mamy czelność czuć swoją wyższość nad nimi! Lecz ta wyższość jest faktem, przecież wiesz to dobrze!
Dlaczego nas odrzucasz? Jasne, może prościej tulić prostego biedaka, zaplutego nędzarza, biednego chłopa, dla niego można więcej zrobić, on z wdzięcznością przyjmie każdą pomoc, nie będzie się o nic pytał, nie będzie się zastanawiał, lecz będzie kochał, o tak, kochał do szaleństwa, będzie wierny jak pies! On jest na dnie, wystarczy go wyciągnąć, a już uzależni się od swego wybawiciela jak od nowego narkotyku, będzie skakał jak głupi, ale wesoły piesio, serdeczny taki, przyjacielski! A nie jak ci wyalienowani, aspołeczni intelektualiści, którzy mają czelność mieć jakieś wątpliwości, mają czelność myśleć zamiast czuć, mają czelność pytać, mają czelność domyślać się, że dar jest po to, aby ich zniewolić! Czy to nie jest aby pójście na łatwiznę? Tulić ich zamiast Nas? Bo My nie chcemy dać się zniewolić darem, nie chcemy poddać się uczuciom, bo my silnych uczuć nie miewamy i silniej mówi do nas szkiełko, oko i normy niż czucie i wiara? Bo My nie tyle chcemy tulenia, ile intelektualnej i formalnej relacji, bo wolimy służyć Panu niż być dzieckiem Ojca, bo wolimy jasne Prawo niż jego niejasnego ducha? Czy dlatego…Czy dlatego wolisz ich zamiast Nas? Czy dlatego nas wyklinasz, przeklinasz nas, uczonych w Piśmie i faryzeuszów? Czy nie dość, że jesteśmy już wyklinani przez nich, czy nie dość, że już wszyscy inni nas odrzucili, czy nie dość, żeśmy nierozumiani przez nikogo, że musimy tkwić w tym chlewie; czy nie dość, żeśmy się tu musieli wychować, żeśmy musieli znosić towarzystwo tych świń, ich wyzwiska i obelgi, czy nie dość, że jesteśmy samotni i cierpimy przez naszą nadwrażliwość i mądrość, którymi nas obdarzyłeś, czy nie dość, że jesteśmy poniżani przez nich za nasze zalety, o które nie prosiliśmy, lecz bez których by nas nie było, które cenimy i bez których żyć nie umiemy, czy nie dość, czy nie za dużo tego cierpienia, lecz cierpienia innego, bardziej ukrytego, nie tak widowiskowego, jak cierpienia zarzyganego alkoholika albo sparaliżowanego dziecka z rzadką chorobą na dokładkę, albo starca chorego na raka, tak, to prawda, nie tak spektakularnego cierpienia…Lecz czy nie za wiele tego wszystkiego, czy nie dość, abyś i Ty nas odrzucił, wybierając ich? I nie dość, że Ty ich wybierasz, że Ty Sam im służysz, że im właśnie objawiasz tajemnice Królestwa, że im dajesz wszystkie dary i wyciągasz ich z biedy, to jeszcze każesz nam im służyć, jeszcze nam każesz poniżać się przed nimi i rzucać przed nich nasze perły…A co dla nas? A co dla nas zostało? Oni mają mieć Twoją szczególną Miłość, mają znać tajemnice Królestwa, mają jeszcze nas mieć za sługi swoje, a my mamy nie mieć nic? A my mamy być jeszcze wyklęci: nie tylko przez nich, ale i przez Ciebie? Dlatego, że nie chcemy uznać się za równych świniom?
Do kogóż pójdziemy, jeśli nie do Ciebie? Świat nas odrzucił, odrzuca w każdym momencie, a myśmy się dali odrzucić, nie daliśmy się wciągnąć do koryta, my stoimy z boku, bronimy się i walczymy każdego dnia, aby nie dać się wciągnąć tym świniom, aby nie dać się ześwinić im, aby nie dać wyrwać sobie tej Perły, aby nie dostała się ona pod racice świńskie…I oto przychodzimy do Ciebie…Uciekliśmy od nich, aby przyjść do Ciebie, wybraliśmy wygnanie w mądrości, bogactwie, we wszystkim tym, co jest naszą Perłą, którą nam dałeś…I oto przychodzimy do Ciebie, bo widzimy w Tobie naszego patrona, bo widzimy w Tobie patrona odrzuconych i wyklętych, lecz odrzuconych ze względu na zalety, a nie na wady…A Ty co nam powiesz? Czy nas odrzucisz, bo mamy czelność czuć wyższość nad tym światem, nad tymi świniami, od których uciekliśmy, przed którymi się bronimy? Bo mamy śmiałość czuć odrobinę pogardy? Bo mamy odwagę wybrać DUMNE wygnanie zamiast wygnania skromnego? Czy nam każesz znowu powrócić, wrócić do świata, od którego uciekliśmy, wrócić do świń, którymi gardzimy, czy nam każesz zniżyć się do ich poziomu, rzucić im nasze Perły, poświęcić je w imię altruizmu, wolontariatu i humanitaryzmu? Czy nam każesz poniżyć się przed nimi, uznać się za równych im, mało tego, powiesz, że to właśnie ich wybrałeś, że wolisz ich od nas, że im objawisz tajemnice Królestwa, że ich utulisz i pocieszysz, a nas odrzucisz, bo czujemy odrobinę wyższości i pogardy? Bo, zgodnie z prawdą, uważamy się za lepszych od nich? Czyż po to uciekliśmy od nich, abyś nam teraz kazał do nich wracać i przed nimi się korzyć? Czy nie po to raczej tkwimy w samotności i odrzuceniu, aby znaleźć Twoje Towarzystwo? Twoje, nie ich! Lecz Ty się z nimi utożsamiasz…Ty ich wywyższasz, aby nas poniżyć, aby nas dręczyć, aby zmusić nas, byśmy wrócili do tego świata, którego nienawidzimy, do sierocińca, w którym nas bito i katowano, tak! Oto jak dzieci uciekliśmy do Ciebie, do Rodzica, lecz Ty, Ojciec, kazałeś nam wrócić do sierocińca, z któregośmy uciekli i mówisz jeszcze, że wolisz te dzieci, które tam tkwią, które Cię nienawidzą, które nas biły i poniżały, że wolisz ich, bo my mamy czelność i śmiałość ich nie lubić, czuć do nich odrazę, może nawet pogardę, na pewno zaś czuć nad nimi wyższość…Odepchnięci przez wszystkich!!! Gdzież pójdziemy?! Gdzie?! Czyż nie wyrodny Ojciec…Nie wiem, nie wiem…Rozczarowanie!!! Jakież rozczarowanie musi czuć to dziecko! Jakież rozczarowanie, gdy dowiaduje się, że Ojciec woli jego dręczycieli niż jego, bo on ma czelność nie lubić swych dręczycieli! Bo on ma czelność czuć wyższość nad nimi! Bo ma śmiałość czuć pogardę…Co z nami będzie? Ludzie nami gardzą, wyklinają nas, nie rozumieją, uczynili nas złymi bohaterami swych małych opowiadanek…Ludzie nas wyśmiewają i odrzucają…A Ty…też…? Niemożliwe…Ja jednak wierzę w Ciebie, Boga Nadludzi i Elity, Boga, który jest ratunkiem i ucieczką dla odtrąconych przez ludzi za ich zalety, który przyjmuje z radością dziwaków-geniuszy, rozedrganych wewnętrznie inteligentów i który IM właśnie objawia tajemnice Królestwa…Wierzę, bo co mi zostało? Nie wrócę do sierocińca. Nie dam się ześwinić. Nie dam się zamknąć w chlewie i uczynić psem świń. Nie dam obciąć sobie orlich skrzydeł ani odebrać Perły. Nie rzucę jej przed świnie. Nie dam, aby wykorzystały ją praktycznie dla swoich małych, świńskich celów.
Nie dam, nie damy. My, wyklęci przez ludzi, wyklęci być może i przez Boga. My, Elita. My, Nadludzie. My, Mający Zalety. My, Posiadacze Pereł.