Już jutro wieczorem rozpoczyna się Święte Triduum Paschalne!

Z tej okazji, jak co roku, składam wszystkim moim PT Czytelnikom życzenia dobrego, pobożnego i owocnego przeżycia tego Świętego Czasu, aby nic w te Dni nie przeszkadzało, nie przesłaniało Najważniejszych Prawd Wiary, które będziemy wspominać, rozważać i celebrować.

Tym zaś z moich PT Czytelników, którzy nie są katolikami, życzę Łaski Nawrócenia i zapewniam o swojej modlitwie w tej intencji.

Wszystkim zaś życzę po prostu zdrowych i spokojnych Świąt!

PS Może trochę nieporadne te życzenia i z roku na rok coraz krótsze…Spragnionym bardziej rozbudowanych życzeń polecam wpisy świąteczne z poprzednich lat. Np. z zeszłego roku.

17 myśli nt. „Już jutro wieczorem rozpoczyna się Święte Triduum Paschalne!

  1. naszło mnie takie pytanie:
    jak to jest, czy jeśli ktoś komuś życzy nawrócenia na swoją ideologię, światopogląd, mentalność, gust, czy coś tam jeszcze, to czy życzy tego sobie, czy komuś?…
    bo tak szczerze mówiąc, jeśli mogę wybierać, to jeśli ktoś postanowił poświęcić mi swój czas i energię na modlitwę czy też inne praktyki magiczne, to wolałbym raczej w intencji czegoś dobrego dla mnie…
    to w sumie jest bardzo ciekawy temat, pod zbiorczym tytułem „niechciane prezenty”…
    kiedyś pewien niegłupi człowiek /a dokładnie Buddha Sjakjamuni/ stwierdził iż:
    „Człowiek cierpi, gdy nie dostaje tego, czego pragnie, lub gdy dostaje to, czego nie chce”…
    i trudno się z tym nie zgodzić…
    ciekawe jak to wygląda z chrześcijańskiego /katolickiego w szczególności/ punktu widzenia?… z tego, co mi wiadomo, to ideologia z tą religią związana postuluje rozwijanie w sobie empatii /jeśli się mylę, to mnie proszę skoryguj/ do drugiego człowieka… w sumie prawidłowo, bo zakładając, iż /zgodnie z innym postulatem/ ktoś chce czyjegoś dobra, to nieźle jest wiedzieć, co jest dla niego tym dobrem… bo można mu zafundować cierpienie jakimś niechcianym prezentem… tak?…
    pozdrawiać jzns :)…

    • Z punktu widzenia katolickiego największym dobrem dla człowieka jest zbawienie – życie po śmierci w Raju. Alternatywą jest Piekło – gdzie na pewno nikomu nie będzie dobrze. Zaś w Raju na pewno każdy będzie szczęśliwy. Jak to możliwe? Nie wiem. To jest dogmat – tego się nie wyjaśnia ani nie udowadnia, podobnie jak nie udowadnia się w ogóle tego, że jest jakieś Niebo czy Piekło…
      Więc życzenie Nieba jest zawsze życzeniem szczęścia. Jeżeli istnieje Niebo, to każdy chciałby znaleźć się w Niebie, a nikt nie chciałby znaleźć się w Piekle. W Piekle nikomu nie będzie dobrze – taki jest dogmat. Więc życzenie szczęścia wiecznego, życzenie Nieba, jest życzeniem tego, czego każdy chce. Albo inaczej: każdy by chciał, gdyby tylko wierzył, że Niebo w ogóle jest.
      Z katolickiego punktu widzenia do tego, aby zostać zbawionym konieczne jest wyznawanie jedynej prawdziwej wiary – wiary katolickiej. Taki jest dogmat – takie jest założenie. Oczywiście do końca nie wiemy, jak będzie sądził Bóg, jaka będzie „proporcja” między miłosierdziem a sprawiedliwością albo czy na przykład nie-katolicy, którzy pomagali bliźnim zostaną zbawieni. Ale to jest pewne ryzyko. Natomiast Kościół nigdy nie ogłosił listy potępionych, więc zawsze jest nadzieja.
      Natomiast generalnie do zbawienia konieczne jest wyznawanie wiary katolickiej, przestrzeganie Prawa Bożego i Kościelnego.

      Więc życząc komuś tego, aby został katolikiem, życzę mu docelowo zbawienia wiecznego, Nieba, albo inaczej – nie życzę Piekła, nie chcę, aby tam trafił. Z punktu widzenia katolickiego to właśnie los człowieka po śmierci jest najważniejszy. To Niebo jest najlepszym, co może człowieka spotkać, a Piekło jest najgorszym, co może go spotkać. Stąd takie a nie inne życzenia.

      P.S. Modlitwa nie jest praktyką magiczną, niezależnie od tego, czy wierzymy w Boga czy nie. Generalnie uznaje się, że magia są to praktyki, sposoby, za pomocą których ZMUSZAMY bóstwo, demona itp. do wykonania czegoś, za pomocą jakiejś mocy coś osiągamy. Natomiast modlitwa prośby jest, jak sama nazwa wskazuje, prośbą, która może być wysłuchana na różne sposoby albo niewysłuchana w ogóle. Jest to tylko prośba, której spełnienie zależy od Boga. Taka jest różnica.

      • na razie chwilowo odniosę się do p.s.:
        /lubię z Tobą czasem pogadać, ale chyba rozumiesz, że te rozmowy nie są w czołówce moich priorytetów życiowych i jakoś to trzeba ogarnąć/…
        otóż nie jest tak, jak piszesz…
        na wstępie zaznaczmy, że definicja magii jest dość szeroka i samo słowo „magia” jest bardzo wieloznaczne… z tym się chyba zgodzisz?…
        jedziemy dalej… dla uproszczenia odetnijmy pewne znaczenia słowa „magia” i dalej też sporo uproszczę, bo taka natura pojęcia „magia”:
        1/ tak zwana „magia mniejsza”, czyli de facto manipulacja ludzkim umysłem przez innego człowieka…
        2/ praca z energiami nieznanymi, nie zbadanymi przez naukę i niekoniecznie realnie istniejącymi, czyli psychotronika…
        /nie wspomniałem o tzw. „magii sympatycznej”, ale de facto jest to określenie pewnej technicznej strony magii/…
        pozostaje punkt trzeci:
        interakcja z siłami osobowymi, uznawanymi za realnie istniejące, począwszy od bytów z panteonów politeistycznych lub henoteistycznych, aż po jakiegoś omniboga, czy monoboga absolutnego… jako, że chodzi o pewien wpływ na wydarzenia, zmianę stanu rzeczy, zaś owe byty mają tu więcej do powiedzenia niż człowiek, więc stosuje on pewne zabiegi, by zadziałały one zgodnie jego pragnieniem… może to być prośba, groźba lub propozycja jakiejś transakcji… zgodnie z teologią religii abrahamicznych o groźbie nie ma mowy, transakcja też raczej nie wchodzi w rachubę, pozostaje tylko prośba /zaś modlitwa „o coś” jest zabiegiem technicznym/…
        ale to też jest MAGIA…. tak?…
        nie widzę powodów, by temu zaprzeczać, wstydzić się i takie tam… może to nie jest dobra, zbyt ścisła analogia, ale wygląda mi to na podobny mechanizm, jak wielu użytkowników alkoholu twierdzi, że alkohol to nie narkotyk… tu podkreślę, że „użytkownik” to wcale nie znaczy „alkoholik”…
        pozdrawiać jzns…

        • Tyle, że modlitwa nie jest właśnie techniką, zabiegiem…
          Modlitwa jest raczej obowiązkiem, to po pierwsze. Po drugie, modlitwa prośby jest w katolicyzmie czy w ogóle w religiach tylko jednym z rodzajów modlitwy, i to bynajmniej nie rodzajem najważniejszym. Najważniejsza jest modlitwa uwielbienia i dziękczynienia. Eucharystia znaczy przecież właśnie „dziękczynienie”…
          Jasne – możesz powiedzieć, że to też jest pewna „technika”, która ma umożliwić wieczne zbawienie. Tylko że wtedy całe Prawo Boże i Kościelne, całą etykę katolicką musiałbyś uznać za magię – bo to też jest „technika” mająca „zapewnić” życie wieczne.
          Ale właśnie…Czy zapewnić? Nie do końca. Bo po pierwsze, to w chrześcijaństwie żaden człowiek zbawienia sobie zapewnić nie może. Niebo „otworzył” nam Chrystus przez Swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie. Dobre uczynki nie są więc magią, za pomocą której „zmuszamy” Boga żeby nas zbawił…
          Nie wiem czy dostrzegasz pewną różnicę. Bo oczywiście nazwać sobie wszystko możemy jak chcemy, ale jeżeli coś się zasadniczo różni od czegoś innego, to bez sensu nazywać to tak samo. A modlitwa różni się od praktyk magicznych. Magia to, jak sam napisałeś, pewne techniki, praktyki, sposoby. Traktuje się w nich rzeczywistość nadprzyrodzoną w sposób przedmiotowy – jak narzędzie, jak maszynę, która ma działać, jak chcemy. Albo jak konia, którego trzeba spętać. Modlitwa zaś jest prośbą. Prośbą do Boga, do Osoby (jeżeli mówimy o modlitwie prośby). Prośbą pokorną, zakończoną zawsze „ale nie moja, lecz Twoja Wola niech się stanie”.
          Postawienie znaku równości pomiędzy magią a modlitwą przypomina postawienie znaku równości pomiędzy poleceniem wydawanym wytresowanemu psu a prośbą o jałmużnę, którą kieruje biedak do bogatszego od siebie. Albo prośbą do króla o łaskę. Albo prośbą, którą uczeń kieruje do mistrza. Dziecko do ojca. Zapewne jest tu pewne podobieństwo, ale różnica jest chyba jednak na tyle znacząca, że nie można nazywać tego tą samą nazwą.

          • @MP…
            modlitwa jest o wiele szerszym pojęciem, niż tylko „modlitwa o coś”… pewne detale zależą od danej religii, ale modlitwa może być np. formą medytacji… oczywiście medytacja również ma jakiś cel, ale praktyką magiczną trudno ją nazwać… ale tak daleko od tematu już odbiegać nie chcę…
            pisząc „technika” faktycznie mogłem wyrazić się nieprecyzyjnie, być może trafniejsze byłoby „technika komunikacji” /z osobą nadprzyrodzoną/…
            co do traktowania przedmiotowo osoby nadprzyrodzonej trudno mi się zgodzić… jak wspomniałem wcześniej, osobie nadprzyrodzonej można próbować: rozkazać, zawrzeć transakcję lub prosić…
            /zresztą nie tylko, bo wspomniana magia sympatyczna polega na pewnej prowokacji/…
            masz rację, że rozkazywanie owej osobie to traktowanie jej przedmiotowo… ale transakcja już nie… z przedmiotem się nie handluje… handluje się z kimś, nie z czymś… co zakłada już podmiotowe traktowanie owej osoby, przynajmniej częściowo…

          • No więc przyjmijmy może takie rozróżnienie: jeżeli mamy do czynienia z traktowaniem siły nadprzyrodzonej przedmiotowo (nie chodzi tu o to, czy uznajemy ją za osobę, tylko czy faktycznie traktujemy ją jak osobę, a nie jak np. zwierzę, które trzeba ujarzmić czy wytresować), to nazwiemy taki zabieg magią, a jeżeli mamy do czynienia z traktowaniem podmiotowo, to nie nazwiemy tego magią, ale np. modlitwą (choć modlitwa będzie wtedy zapewne tylko jednym z rodzajów takich działań).
            Myślę, że takie rozróżnienie jest sensowne, bowiem to, czy traktujemy siłę/osobę nadprzyrodzoną przedmiotowo czy podmiotowo jest bardzo istotne, istotne na tyle, że wręcz konieczna jest tu osobna nazwa i chyba czymś niewłaściwym byłoby nazywanie tym samym słowem działań, które zakładają traktowanie przedmiotowe i takich, które zakładają traktowanie podmiotowe.

          • ma nieco inne zdanie… to znaczy można sobie wyróżnić pewną technikę magii i nazwać ją osobnym słowem, ale tak, czy inaczej cała rzecz w tym, że ma miejsce jakaś interakcja, z której ma wynikać pożądany skutek… czy to jest interakcja z kimś traktowanym jak coś, czy z czymś, traktowanym jak ktoś /bo tak też można/, nie ma to absolutnie znaczenia…

      • c.d., czyli o części głównej Twojej odpowiedzi…
        odpowiedziałeś mi wyczerpująco /dziękować/ i szczerze mówiąc, takiej odpowiedzi /z grubsza/ się spodziewałem… taka jest niestety natura wielu religii /ich podstaw filozoficznych/, że z założenia negują one istnienie innych percepcji świata, a raczej nie tyle negują, co nie uznają ich za równouprawnione… ma to oczywiście pewne logiczne uzasadnienie, brak miejsca /a raczej czasu/ nie pozwala tego rozwijać, jednak prowadzi to do różnych dziwacznych paradoksów, a czasem nawet konfliktów…
        ale cała sprawa jest ciekawa na niższym, prostszym poziomie, abstrahując od religii i ideologii w nich umocowanych… bo w Twojej odpowiedzi, jakkolwiek dość wyczerpującej, zabrakło mi w niej odpowiedzi na kluczowe pytanie: „Komu życzący komuś dobrze życzy dobrze? Temu komuś, czy sobie?”… to pytanie jest spokrewnione z takimi sytuacjami, gdy ktoś komuś robi prezent, ale nie do końca jest jasne, kogo tym prezentem uszczęśliwił…
        kiedyś byłem świadkiem sytuacji, gdy podczas ślubu, gdy ustawiła się kolejka składających życzenia młodej parze, do panny młodej podeszła jej znajoma /krewna?/ i życzyła jej gromadki dzieci… na co panna młoda zrobiła zdziwioną minę i odparła: „ale my nie chcemy mieć gromadki dzieci, co najwyżej jedno”… potem ta sytuacja była omawiana, w dość żartobliwym klimacie zresztą, i owa znajoma /krewna/ się „wygadała”, że to byłby fajny widok, gdyby spotkała ową pannę młodą otoczoną rozwrzeszczaną gromadką bobasów… na co ktoś zapytał: „to komu ty życzysz tych dzieci? jej, czy sobie?”…

        Stanisław Lem opisał kiedyś sytuację, gdy mieszkańcy jednej planety chcieli uszczęśliwić mieszkańców innej planety zrzucając im spełniarki życzeń, po jednej dla każdego, równo i sprawiedliwie… nie zdążyli zbyt daleko potem odlecieć, gdy planeta wybuchła niczym supernowa…

        pozdrawiać jzns i życzę Ci…
        na przykład spełnienia Twoich życzeń, ale nie wszystkich :)…

        • Myślę, że jest to natura nie tylko religii. Wydaje mi się raczej, że każdy normalny człowiek uznaje swoje poglądy, jakiekolwiek by one nie były, za jedynie słuszne i prawdziwe. Nie znaczy to oczywiście, że musi być zamknięty na dyskusję, na wymianę poglądów, na argumenty innej strony. Wręcz przeciwnie – człowiek, który ma jakieś poglądy i umie je uzasadnić, zawsze z chęcią będzie przystępował do wszelkich dyskusji, bowiem jest to dobry sposób na poznanie innych poglądów i znalezienia argumentów przeciw nim, a przez to argumentów przemawiających za jego poglądami, przez co jeszcze bardziej umacnia się on w swoich poglądach.
          Również to, że każdy człowiek uznaje swoje poglądy za jedynie słuszne i lepsze od innych nie znaczy, że ma on samego siebie uznawać za lepszego od innych, wywyższać się, gardzić innymi albo też rzucać się z wrzaskiem na każdego, kto ma inne (fałszywe) poglądy. Ale to cały czas nie znaczy, że uznaje on inne poglądy za równouprawnione. Nie można uznać za równouprawnione twierdzenia p i twierdzenia ~p, bo to jest sprzeczność logiczna. Albo prawdziwe jest p, albo prawdziwe jest ~p. Jeżeli więc twierdzę, że prawdziwe jest p, to automatycznie uznaję, że fałszem jest ~p.

          Co do życzeń, to myślę, że każdy życzy innym mniej więcej tego samego, co sobie. Wynika to z tego, co napisałem wyżej: człowiek ma tendencję do uogólniania i twierdzenia, że jeżeli coś jest dobre, to jest dobre w ogóle, a nie dobre dla niego albo dla drugiego. Więc życząc czegoś innym, życzymy też czegoś sobie – jest to zazwyczaj jednoczesne, przynajmniej w kwestiach ogólnych. Bo oczywiście inaczej jest jeżeli np. niepracujący życzy pracującemu powodzenia w pracy albo ktoś, kto nie może mieć dzieci, życzy innemu, żeby je miał. Ale wtedy też najczęściej jest tak, że życzymy drugiemu tego, co sami chcielibyśmy mieć albo co oczekujemy, że on będzie miał. Może to też wynikać z tego, że często nie wiemy, czego tak naprawdę ten drugi chce. Ale przecież może i zdarzyć się tak, że wiemy, co ten drugi zamierza i życzymy mu powodzenia w tym zamiarze, choć sami wcale tego tak nie pragniemy. Jeżeli wiemy, że ktoś np. bardzo chce znaleźć pracę albo zbudować dom, bo cały czas o tym mówi, fascynuje się tym etc., to zapewne będziemy mu życzyć powodzenia w tym zamiarze, choćbyśmy sami mieli już pracę i dom i wcale nie przywiązywali do nich jakiejś szczególnej wagi. Stanie się tak, bo ten, komu będziemy życzyć, niejako narzuci nam te życzenia poprzez swoją pasję, fascynację etc.

          A tak w ogóle to składanie życzeń uważam za troszkę bezsensowny i męczący zwyczaj. No bo co to znaczy, że ja komuś „życzę” z jakiejś okazji? Co ten ktoś z tego ma? Co ja z tego mam? „Życzenie” komuś czegoś jest raczej pewnym stałym nastawieniem woli. Ja np. generalnie wszystkim dobrze życzę, wszystkim życzę zbawienia wiecznego, a poza tym również szczęścia doczesnego, w miarę możliwości. No i co? Po co mam to właściwie powtarzać za każdym razem? Dlaczego mam to powtarzać komuś akurat w dniu jego urodzin, imienin albo Świąt?
          Większy sens mają życzenia okolicznościowe: z okazji Świąt życzymy szczęśliwego przeżycia Świąt, z okazji początku nowego roku, życzymy szczęśliwego nowego roku. Ale to i tak jest trochę powtarzanie, bo jeżeli stale życzymy komuś dobrze, to wiadomo, że życzymy mu dobrze też na Święta i na każdy nowy rok…
          No ale cóż: zwyczaj to zwyczaj i trzeba mamrotać te formułki :)

          • ależ oczywiście… naszą dyskusję o życzeniach można i nawet trzeba traktować z pewnym dystansem, bo de facto za życzeniami nie musi stać żadne konkretne pragnienie… najczęściej bowiem jest to przekaz jakiejś nieokreślonej pozytywnej energii adresatowi, albo po prostu odbębnienie rytualnej czynności, wywiązanie się z wymogów pewnej konwencji, zwyczaju i nic więcej…
            w opisanym przypadku donatorka życzeń ślubnych zrobiła to pierwsze i drugie naraz… zaś sam tekst o dzieciach miał także charakter żartu, gdyż akurat /jak wspomniała później/ dobrze wiedziała, że świeżo upieczeni małżonkowie nie są zbyt „prorodzinni” /tak to nazwę zgodnie z oficjalną, politpoprawną interpretacją znaczenia tego słowa/…

  2. „Wiara bowiem na samym poczatku jest bardziej decyzja woli i jakbysmy tego nie nazwali,pewnym krokiem w ciemno.Dopiero wejscie w kontakt z Bogiem,ktorego zaczynamy doswiadczac w swoim zyciu,daje nam osobiste doswiadczenie,ktore rozwiewa watpliwosci,” Mozna wybierac demony(=magia) czy Bog.

    • Czy tak naprawdę jest decyzją woli i krokiem w ciemno to miałbym wątpliwości…
      Dla mnie jest raczej czymś, w czym mnie wychowano, poglądem na świat, który mi wpojono, wdrukowano dosyć głęboko, przede wszystkim zaś wdrukowano mi Schemat działania według wiary…Wiara jest raczej pewną Tradycją, czymś, w czym się żyje. Pisałem już kiedyś o tym tu.
      Nie sądzę też, żeby jakieś osobiste doświadczenia Boga w naszym życiu (raczej dosyć ograniczone, a w ogóle to wątpliwe) mogły rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. Wiara zawsze pozostanie wiarą, przemieni się w wiedzę dopiero po śmierci. Dopóki jest wiara, dotąd nie ma pewności. Zresztą co to jest pewność…Nawet co do tego, co poznajemy zmysłowo nie możemy być pewni, nie możemy być pewni, że nie żyjemy np. w Matrixie…A co dopiero mówić o tym, czego nie poznajemy zmysłowo.

    • Raczej ewentualnie podejmuję decyzję, że to nie jest moja droga i wybieram inną. Jeżeli to dalej jest moja droga, to nie muszę jej wybierać. To tak jak z włosami – nie wybieram koloru włosów, mogę najwyżej je przefarbować. Nie wybieram, że mam rękę, mogę ją najwyżej uciąć, ale po co miałbym to robić, skoro wiąże się to z bólem. Musiałbym znaleźć jakiś dobry powód, żeby uciąć sobie rękę albo przefarbować włosy…Może to są trochę nie do końca dobre przykłady, bo przefarbowanie włosów nie boli, a zmiana wpojonych od dzieciństwa poglądów często boli…Z drugiej strony nie musi, jeżeli się przestanie je posiadać, straci się przekonanie etc. Ucięcie ręki też nie do końca jest dobrym porównaniem…
      Ale chodzi o to, że nie wybieram tego, co mi wpojono, ewentualnie wybieram zmianę tej formy, w której wyrosłem. Natomiast jej samej nie muszę wybierać. Nie wymaga ode mnie żadnej ingerencji, zmiany, wysiłku pozostawanie w Schemacie, w którym tkwię od początku mojego życia. Nie wymaga zaangażowania. Jest to raczej dryfowanie na morzu Schematu i Tradycji.

  3. Jak nie wkladasz wysilku tylko dryfujesz to wczesniej czy pozniej odpadniesz od wpojonych zasad.Trwanie przy nich to jednak wymaga wysilku zwlaszcza gdy ich utrzymanie jest” pod prad” sytuacjom czy ludziom. Dryfujacy „statek” laduje najczesciej na mieliznie ,daleko od trasy ,ktora plynal.

    • Tak, to prawda, że czasem to może wymagać wysiłku. Podobnie pozostanie przy swoim kolorze włosów może wymagać wysiłku, gdy ktoś będzie chciał mi je na siłę zafarbować albo pozostawanie przy posiadaniu ręki może wymagać wysiłku, gdy ktoś będzie mi chciał ją uciąć.
      Nie oznacza to jednak, żebyśmy wybierali ten kolor włosów, który mamy pierwotnie ani żebyśmy mieli jakoś szczególnie wybierać, że mamy dwie ręce, a nie jedną. Jest to dryfowanie w stanie pierwotnym, w tym, co dostaliśmy, w tym, z czego się składamy. Zazwyczaj takie dryfowanie w Schemacie nie wymaga wysiłku, natomiast faktycznie może wymagać, kiedy inni będą chcieli nas z tego dryfu, z tego Schematu wyrwać i „wpleść” nas w nowy dryf, w nowy Schemat – inny, nowy, ichniejszy. Jest to jednak obrona status quo, jest to pewna automatyczna obrona dryfu, która zawiera się w samym dryfie, automatyczna obrona Schematu zawarta w samym Schemacie.
      Dryfowanie w Schemacie oznacza przy tym to, że daję się ponosić przez jego fale – ale nie daję się ponosić przez fale innych Schematów, gdyż płynę po morzu jednego Schematu. I wierzę, że Schemat ten doprowadzi mnie na ląd, a nie na rafy czy niebezpieczne mielizny, więc nie muszę sam wyznaczać za każdym razem trasy, a pozwalam, aby unosiły mnie fale – fale Schematu, Tradycji etc.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>