Już jutro wieczorem rozpoczyna się Święte Triduum Paschalne!

Z tej okazji, jak co roku, składam wszystkim moim PT Czytelnikom życzenia dobrego, pobożnego i owocnego przeżycia tego Świętego Czasu, aby nic w te Dni nie przeszkadzało, nie przesłaniało Najważniejszych Prawd Wiary, które będziemy wspominać, rozważać i celebrować.

Tym zaś z moich PT Czytelników, którzy nie są katolikami, życzę Łaski Nawrócenia i zapewniam o swojej modlitwie w tej intencji.

Wszystkim zaś życzę po prostu zdrowych i spokojnych Świąt!

PS Może trochę nieporadne te życzenia i z roku na rok coraz krótsze…Spragnionym bardziej rozbudowanych życzeń polecam wpisy świąteczne z poprzednich lat. Np. z zeszłego roku.

25 myśli nt. „Już jutro wieczorem rozpoczyna się Święte Triduum Paschalne!

  1. naszło mnie takie pytanie:
    jak to jest, czy jeśli ktoś komuś życzy nawrócenia na swoją ideologię, światopogląd, mentalność, gust, czy coś tam jeszcze, to czy życzy tego sobie, czy komuś?…
    bo tak szczerze mówiąc, jeśli mogę wybierać, to jeśli ktoś postanowił poświęcić mi swój czas i energię na modlitwę czy też inne praktyki magiczne, to wolałbym raczej w intencji czegoś dobrego dla mnie…
    to w sumie jest bardzo ciekawy temat, pod zbiorczym tytułem „niechciane prezenty”…
    kiedyś pewien niegłupi człowiek /a dokładnie Buddha Sjakjamuni/ stwierdził iż:
    „Człowiek cierpi, gdy nie dostaje tego, czego pragnie, lub gdy dostaje to, czego nie chce”…
    i trudno się z tym nie zgodzić…
    ciekawe jak to wygląda z chrześcijańskiego /katolickiego w szczególności/ punktu widzenia?… z tego, co mi wiadomo, to ideologia z tą religią związana postuluje rozwijanie w sobie empatii /jeśli się mylę, to mnie proszę skoryguj/ do drugiego człowieka… w sumie prawidłowo, bo zakładając, iż /zgodnie z innym postulatem/ ktoś chce czyjegoś dobra, to nieźle jest wiedzieć, co jest dla niego tym dobrem… bo można mu zafundować cierpienie jakimś niechcianym prezentem… tak?…
    pozdrawiać jzns :)…

    • Z punktu widzenia katolickiego największym dobrem dla człowieka jest zbawienie – życie po śmierci w Raju. Alternatywą jest Piekło – gdzie na pewno nikomu nie będzie dobrze. Zaś w Raju na pewno każdy będzie szczęśliwy. Jak to możliwe? Nie wiem. To jest dogmat – tego się nie wyjaśnia ani nie udowadnia, podobnie jak nie udowadnia się w ogóle tego, że jest jakieś Niebo czy Piekło…
      Więc życzenie Nieba jest zawsze życzeniem szczęścia. Jeżeli istnieje Niebo, to każdy chciałby znaleźć się w Niebie, a nikt nie chciałby znaleźć się w Piekle. W Piekle nikomu nie będzie dobrze – taki jest dogmat. Więc życzenie szczęścia wiecznego, życzenie Nieba, jest życzeniem tego, czego każdy chce. Albo inaczej: każdy by chciał, gdyby tylko wierzył, że Niebo w ogóle jest.
      Z katolickiego punktu widzenia do tego, aby zostać zbawionym konieczne jest wyznawanie jedynej prawdziwej wiary – wiary katolickiej. Taki jest dogmat – takie jest założenie. Oczywiście do końca nie wiemy, jak będzie sądził Bóg, jaka będzie „proporcja” między miłosierdziem a sprawiedliwością albo czy na przykład nie-katolicy, którzy pomagali bliźnim zostaną zbawieni. Ale to jest pewne ryzyko. Natomiast Kościół nigdy nie ogłosił listy potępionych, więc zawsze jest nadzieja.
      Natomiast generalnie do zbawienia konieczne jest wyznawanie wiary katolickiej, przestrzeganie Prawa Bożego i Kościelnego.

      Więc życząc komuś tego, aby został katolikiem, życzę mu docelowo zbawienia wiecznego, Nieba, albo inaczej – nie życzę Piekła, nie chcę, aby tam trafił. Z punktu widzenia katolickiego to właśnie los człowieka po śmierci jest najważniejszy. To Niebo jest najlepszym, co może człowieka spotkać, a Piekło jest najgorszym, co może go spotkać. Stąd takie a nie inne życzenia.

      P.S. Modlitwa nie jest praktyką magiczną, niezależnie od tego, czy wierzymy w Boga czy nie. Generalnie uznaje się, że magia są to praktyki, sposoby, za pomocą których ZMUSZAMY bóstwo, demona itp. do wykonania czegoś, za pomocą jakiejś mocy coś osiągamy. Natomiast modlitwa prośby jest, jak sama nazwa wskazuje, prośbą, która może być wysłuchana na różne sposoby albo niewysłuchana w ogóle. Jest to tylko prośba, której spełnienie zależy od Boga. Taka jest różnica.

      • na razie chwilowo odniosę się do p.s.:
        /lubię z Tobą czasem pogadać, ale chyba rozumiesz, że te rozmowy nie są w czołówce moich priorytetów życiowych i jakoś to trzeba ogarnąć/…
        otóż nie jest tak, jak piszesz…
        na wstępie zaznaczmy, że definicja magii jest dość szeroka i samo słowo „magia” jest bardzo wieloznaczne… z tym się chyba zgodzisz?…
        jedziemy dalej… dla uproszczenia odetnijmy pewne znaczenia słowa „magia” i dalej też sporo uproszczę, bo taka natura pojęcia „magia”:
        1/ tak zwana „magia mniejsza”, czyli de facto manipulacja ludzkim umysłem przez innego człowieka…
        2/ praca z energiami nieznanymi, nie zbadanymi przez naukę i niekoniecznie realnie istniejącymi, czyli psychotronika…
        /nie wspomniałem o tzw. „magii sympatycznej”, ale de facto jest to określenie pewnej technicznej strony magii/…
        pozostaje punkt trzeci:
        interakcja z siłami osobowymi, uznawanymi za realnie istniejące, począwszy od bytów z panteonów politeistycznych lub henoteistycznych, aż po jakiegoś omniboga, czy monoboga absolutnego… jako, że chodzi o pewien wpływ na wydarzenia, zmianę stanu rzeczy, zaś owe byty mają tu więcej do powiedzenia niż człowiek, więc stosuje on pewne zabiegi, by zadziałały one zgodnie jego pragnieniem… może to być prośba, groźba lub propozycja jakiejś transakcji… zgodnie z teologią religii abrahamicznych o groźbie nie ma mowy, transakcja też raczej nie wchodzi w rachubę, pozostaje tylko prośba /zaś modlitwa „o coś” jest zabiegiem technicznym/…
        ale to też jest MAGIA…. tak?…
        nie widzę powodów, by temu zaprzeczać, wstydzić się i takie tam… może to nie jest dobra, zbyt ścisła analogia, ale wygląda mi to na podobny mechanizm, jak wielu użytkowników alkoholu twierdzi, że alkohol to nie narkotyk… tu podkreślę, że „użytkownik” to wcale nie znaczy „alkoholik”…
        pozdrawiać jzns…

        • Tyle, że modlitwa nie jest właśnie techniką, zabiegiem…
          Modlitwa jest raczej obowiązkiem, to po pierwsze. Po drugie, modlitwa prośby jest w katolicyzmie czy w ogóle w religiach tylko jednym z rodzajów modlitwy, i to bynajmniej nie rodzajem najważniejszym. Najważniejsza jest modlitwa uwielbienia i dziękczynienia. Eucharystia znaczy przecież właśnie „dziękczynienie”…
          Jasne – możesz powiedzieć, że to też jest pewna „technika”, która ma umożliwić wieczne zbawienie. Tylko że wtedy całe Prawo Boże i Kościelne, całą etykę katolicką musiałbyś uznać za magię – bo to też jest „technika” mająca „zapewnić” życie wieczne.
          Ale właśnie…Czy zapewnić? Nie do końca. Bo po pierwsze, to w chrześcijaństwie żaden człowiek zbawienia sobie zapewnić nie może. Niebo „otworzył” nam Chrystus przez Swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie. Dobre uczynki nie są więc magią, za pomocą której „zmuszamy” Boga żeby nas zbawił…
          Nie wiem czy dostrzegasz pewną różnicę. Bo oczywiście nazwać sobie wszystko możemy jak chcemy, ale jeżeli coś się zasadniczo różni od czegoś innego, to bez sensu nazywać to tak samo. A modlitwa różni się od praktyk magicznych. Magia to, jak sam napisałeś, pewne techniki, praktyki, sposoby. Traktuje się w nich rzeczywistość nadprzyrodzoną w sposób przedmiotowy – jak narzędzie, jak maszynę, która ma działać, jak chcemy. Albo jak konia, którego trzeba spętać. Modlitwa zaś jest prośbą. Prośbą do Boga, do Osoby (jeżeli mówimy o modlitwie prośby). Prośbą pokorną, zakończoną zawsze „ale nie moja, lecz Twoja Wola niech się stanie”.
          Postawienie znaku równości pomiędzy magią a modlitwą przypomina postawienie znaku równości pomiędzy poleceniem wydawanym wytresowanemu psu a prośbą o jałmużnę, którą kieruje biedak do bogatszego od siebie. Albo prośbą do króla o łaskę. Albo prośbą, którą uczeń kieruje do mistrza. Dziecko do ojca. Zapewne jest tu pewne podobieństwo, ale różnica jest chyba jednak na tyle znacząca, że nie można nazywać tego tą samą nazwą.

          • @MP…
            modlitwa jest o wiele szerszym pojęciem, niż tylko „modlitwa o coś”… pewne detale zależą od danej religii, ale modlitwa może być np. formą medytacji… oczywiście medytacja również ma jakiś cel, ale praktyką magiczną trudno ją nazwać… ale tak daleko od tematu już odbiegać nie chcę…
            pisząc „technika” faktycznie mogłem wyrazić się nieprecyzyjnie, być może trafniejsze byłoby „technika komunikacji” /z osobą nadprzyrodzoną/…
            co do traktowania przedmiotowo osoby nadprzyrodzonej trudno mi się zgodzić… jak wspomniałem wcześniej, osobie nadprzyrodzonej można próbować: rozkazać, zawrzeć transakcję lub prosić…
            /zresztą nie tylko, bo wspomniana magia sympatyczna polega na pewnej prowokacji/…
            masz rację, że rozkazywanie owej osobie to traktowanie jej przedmiotowo… ale transakcja już nie… z przedmiotem się nie handluje… handluje się z kimś, nie z czymś… co zakłada już podmiotowe traktowanie owej osoby, przynajmniej częściowo…

          • No więc przyjmijmy może takie rozróżnienie: jeżeli mamy do czynienia z traktowaniem siły nadprzyrodzonej przedmiotowo (nie chodzi tu o to, czy uznajemy ją za osobę, tylko czy faktycznie traktujemy ją jak osobę, a nie jak np. zwierzę, które trzeba ujarzmić czy wytresować), to nazwiemy taki zabieg magią, a jeżeli mamy do czynienia z traktowaniem podmiotowo, to nie nazwiemy tego magią, ale np. modlitwą (choć modlitwa będzie wtedy zapewne tylko jednym z rodzajów takich działań).
            Myślę, że takie rozróżnienie jest sensowne, bowiem to, czy traktujemy siłę/osobę nadprzyrodzoną przedmiotowo czy podmiotowo jest bardzo istotne, istotne na tyle, że wręcz konieczna jest tu osobna nazwa i chyba czymś niewłaściwym byłoby nazywanie tym samym słowem działań, które zakładają traktowanie przedmiotowe i takich, które zakładają traktowanie podmiotowe.

          • ma nieco inne zdanie… to znaczy można sobie wyróżnić pewną technikę magii i nazwać ją osobnym słowem, ale tak, czy inaczej cała rzecz w tym, że ma miejsce jakaś interakcja, z której ma wynikać pożądany skutek… czy to jest interakcja z kimś traktowanym jak coś, czy z czymś, traktowanym jak ktoś /bo tak też można/, nie ma to absolutnie znaczenia…

          • Czy w ogóle „interakcja” to jest wątpliwe, najczęściej jednak nie jest to interakcja sensu stricto…To po pierwsze.
            Po drugie – w katolicyzmie, a przynajmniej takim, jak ja go rozumiem, modlitwa jest częścią etyki. Modlitwa jest nakazem, przykazaniem. Modlę się przede wszystkim nie po to, aby otrzymać rzecz, o którą się modlę, ale dlatego, że takie jest przykazanie. Oczywiście – przestrzeganie Prawa Bożego również ma swój sens, cel, którym jest życie wieczne po śmierci, jednak cała etyka ma ten cel, a, jak już wspomniałem, trudno nazwać całą etykę magią.
            Po drugie – kwestia tego, że modlitwa to nie tylko modlitwa prośby, o czym już wspomniałem. Magia jest zawsze nakierowana na otrzymanie czegoś konkretnego, czegoś „tu i teraz”, w tym życiu, za pomocą jakichś zabiegów. Magia zatem skupia się na świecie i życiu doczesnym. Modlitwa zaś jest zawsze nakierowana bardziej na życie wieczne, na życie po śmierci. Nawet modlitwa prośby, bo, jak wspomniałem wyżej, ma ona głównie na celu wypełnienie Przykazania. Tym bardziej zaś widać to w modlitwie dziękczynienia, przebłagania czy uwielbienia. Nie słyszałem nigdy o magii dziękczynnej, przebłagalnej czy uwielbiającej.
            Poza tym zasadniczą różnicą między magią a modlitwą, o czym już wspomniałem, jest pewne podejście do świata duchowego, nadprzyrodzonego. Magia jest powiązana z myśleniem, które chce podporządkować sobie różne siły nadprzyrodzone, aby wykorzystać je do celów przyrodzonych. Chce wykorzystać nadzwyczajne środki (różne techniki, zaklęcia, tajemne obrzędy) do osiągnięcia celów zazwyczaj całkiem zwyczajnych i prozaicznych (zdrowie, powodzenie, bogactwo, urodzaj etc.). Chrześcijaństwo zaś, a na pewno katolicyzm, charakteryzuje się myśleniem odwrotnym: wykorzystujemy środki zwyczajne (etyka, proste czynności, bez wchodzenia (najczęściej) w jakiś kontakt z siłami nadprzyrodzonymi, bez stanów utraty kontroli nad sobą – wszystko jest rozumowe, materialne, zwyczajne dość z pozoru) do osiągnięcia celów nadprzyrodzonych, niezwyczajnych, czyli życia wiecznego po śmierci.
            Religia ma sens tylko w perspektywie eschatologicznej. Magia przeciwnie: jest pewną techniką w perspektywie doczesnej. Jest to kolejna kolosalna różnica, której nie można lekceważyć…
            Oczywiście powtarzam: nazwać sobie wszystko możemy jak chcemy. Jednak jeżeli między dwoma zjawiskami występują tak wielkie różnice, to racjonalnym jest nie nazywać ich tym samym słowem…

          • to chyba ja pierwszy wspomniałem o rozległości znaczenia pojęcia modlitwy po to, by zbyt daleko nie odbiegać od meritum…
            tak, interakcja zachodzi w umyśle wierzącego w istnienie osoby, z którą się komunikuje… i zdarza się nawet, że percepuje jej odpowiedź, czasem nie tylko on sam…
            no nie… celem magii niekoniecznie musi być coś związane z doczesnością… sporo rzecz jasna zależy od wierzeń natury echatologicznej danego systemu, ale zabiegi mające na celu wywołanie jakiś efekt „tam”, do tego niekoniecznie teraz miewały i mają jak najbardziej miejsce…
            okay, ale zasadniczo to konfliktu między nami w tej dyskusji terminologicznej nie ma, zaś consensus ująłbym tak: yorki są yorkami, nie koliduje to jednak z faktem, że są psami…

          • Mnie się wydaje, że ja pierwszy (nie w tym komentarzu, ale we wcześniejszym), ale właściwie jakie to ma znaczenie…
            Nie wiem, czy zachodzi interakcja. Zapewne w niektórych przypadkach tak, ale wcale nie musi. Modlę się od wielu lat, ale tak naprawdę nigdy nie postrzegałem tego jako „rozmowy z Bogiem”, jak to głosi popularna definicja. Traktowałem raczej zawsze modlitwę jako jeden z obowiązków etycznych, moralnych.
            I właśnie tu tkwi ta różnica. W modlitwie nie ma nic niezwykłego, a przynajmniej nie musi być. W magii co do zasady raczej tak. Magia jest związana z jakąś nadprzyrodzonością, z niezwykłymi zjawiskami albo przynajmniej z niezwykłymi uczuciami, przeżyciami u jakiejś osoby. Modlitwa nie musi się z tym wiązać. Może, ale nie musi i najczęściej wcale się nie wiąże. Natomiast magia raczej tak. Gdy słyszysz słowo „magia” kojarzysz to z czymś niezwykłym, z jakimś niezwykłym zjawiskiem, które ma być skutkiem magii albo przynajmniej z jakimś niezwykłym przeżyciem wewnętrznym, które ma magii towarzyszyć. Natomiast „modlitwa” to zwyczajna praktyka pobożnościowa, moralna, taka jak post czy jałmużna. Czy nazwiesz post magią? Czy nazwiesz moralność magią?
            Owszem, możesz sobie powiedzieć, że modlitwa jest rodzajem magii, ale to niezbyt koresponduje z powszechnymi skojarzeniami ludzi. Poza tym, jak to już pisałem, różnice są zbyt duże. Wrzucając modlitwę do jednego worka z praktykami magicznymi i nazywając to wszystko „magią”, i tak musiałbyś potem jakoś odróżnić modlitwę od innych praktyk.
            Poza tym: jakie są cechy wspólne modlitwy i praktyk magicznych? Wydaje się, że jest ich mniej niż różnic, więc wrzucanie tego do jednego worka nie ma zbytniego sensu…Oczywiście językowo można połączyć wszystko ze sobą i znaleźć cechy wspólne właściwie każdej rzeczy czy zjawiska z inną rzeczą czy zjawiskiem i zaliczyć je do jednej, nowej kategorii. Pytanie jednak o cel i sens takiego zabiegu…

          • cytuję:
            „Gdy słyszysz słowo „magia” kojarzysz to z czymś niezwykłym, z jakimś niezwykłym zjawiskiem, które ma być skutkiem magii albo przynajmniej z jakimś niezwykłym przeżyciem wewnętrznym, które ma magii towarzyszyć”
            odpowiadam:
            ?????… to tak w pierwszym odruchu… wcale tak nie kojarzę i mnóstwo ludzi tak nie kojarzy /tak przynajmniej wynika z moich obserwacji/… owszem, istnieją praktyki magiczne, z którymi mogą się wiązać jakieś niezwykłe zjawiska i przeżycia… ale jest cała fura zabiegów, które trudno nazwać niezwykłymi, choćby /dla przykładu/ różne amulety i talizmany, zaś spodziewany efekt może być bardzo prozaiczny, niewygórowany jeśli chodzi o spodziewane efekty… choćby spokojne, bez wypadków i awarii dojechanie autem z jednej miejscowości do drugiej… zaś spokój umysłu spowodowany wiarą w spełnienie takiego oczekiwania również nie jest żadnym niezwykłym stanem tegoż umysłu…
            cecha wspólna modlitwy „o coś” /bo o takim rodzaju modlitwy jest mowa, przypominam/ i innych praktyk magicznych /wg. omawianej definicji magii/ jest jedna i podstawowa: chęć pewnej zmiany /lub utrzymanie/ istniejącego stanu rzeczy wyrażona zwróceniem się do istot/y/ nadprzyrodzonej, aby na to wpłynęła, pomogła lub przynajmniej nie przeszkadzała… zaś kwestia, jak tą chęć wyrazimy słowem lub czynem /żądanie, oferta „handlowa”, prowokacja czy uniżona prośba/ nie ma znaczenia – york jest psem, jamnik jest psem, husky jest psem, itd…

            przypomina mi się stary, reportażowy film „Mondo cane”… jest tam fragment pokazujący praktyki pewnego plemienia z płn. Afryki, żyjącego w bardzo suchej okolicy…
            film jest stary i zapewne wszystko na nim pokazane już dawno nie istnieje, jest nieaktualne, ale dla uproszczenia umówmy się, że będę pisał w czasie teraźniejszym/…
            w ich religii, bardzo zresztą prostej, nie obudowanej zbyt wyszukaną doktryną, teologią i rytuałami, istnieje bóg deszczu… gdy susza daje się zbyt we znaki, ludzie modlą się do niego prosząc, błagając o deszcz… w skrajnych przypadkach, gdy są bardzo zdesperowani uciekają się do prowokacji… na wysokim słupie przywiązują psa, czasem nawet człowieka wystawiając go na promienie Słońca… czyli obok prośby uciekają się do prowokacji, licząc na to, że ich bóg deszczu zlituje się nad cierpiącym stworzeniem…
            aha… obowiązek brania udziału w modlitwie wynika z przykazania moralnego,choć zapewne nie jest ono formalnie zapisane w żadnym ich kodeksie etycznym, gdyż ci ludzie mają je już wdrukowane od wczesnego dzieciństwa…
            co teraz?… mamy modlitwę „o coś”, czyli wg. Ciebie „nie magię”… czy magia zacznie się dopiero od chwili, gdy powieszą psa na słupie?…
            sorry, ale takie rozróżnienie wydaje się mocno niespójne…
            c.d.n…

          • Fakt, źle napisałem. Niezwykłe zjawisko nie ma być skutkiem magii, tylko magia polega na niezwykłym zjawisku…
            Czy magia jest „zwróceniem się”? Jeżeli się zwracamy do istot/y nadprzyrodzonej/ych, to znaczy, że uznajemy je/ją za podmioty. Czyli – wg wcześniejszej mojej definicji – byłaby to modlitwa, niezależnie od tego, czy byłaby to uniżona prośba, żądanie, transakcja handlowa etc. Więc jeżeli mówię DO istoty, to zawsze będzie modlitwa. Jeżeli tylko mówię. To raz.
            A po drugie – niepewność efektu. To plemię nie jest pewne, czy wywieszenie psa na słupie zapewni deszcz. Czyli również to wywieszenie jest elementem modlitwy.
            W magii nie mówimy DO kogoś. Czasem w ogóle nie mówimy. Magia to są techniki. Wg myślenia magicznego, jeżeli magia nie przynosi rezultatu, to jest to wina stosującego praktyki magiczne – może czegoś nie dopełnił. A może przekazana mu formuła magiczna jest niewłaściwa. Ale na pewno nie dzieje się tak ze względu na wolę bóstwa/demona/Boga/innej istoty nadprzyrodzonej.
            Magia więc, wg tej definicji, byłaby czystą techniką, sztuczką, czynnością, której moc leży w samej czynności, nie zależy zaś od czyjejkolwiek woli.
            Modlitwa zaś jest zwróceniem się do podmiotu. I wcale nie zawsze musi być to pokorna prośba. W Piśmie Św., jak i w historii chrześcijaństwa, znane są przypadki, kiedy do Boga wcale nie zwracano się z całą pokorą. Często wołanie do Boga jest prawie żądaniem, często jest też pewnym szantażem, prowokacją, czy jak byś chciał to nazwać. „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, „Pospiesz mi z pomocą, o Panie, jak długo będziesz zwlekał?”, „Dlaczego mają mówić między narodami: gdzie jest ich Bóg?” (cytaty z pamięci). Nie zawsze jest to więc pokorna prośba, czasem może być to wręcz żądanie pomocy. Pozostaje to jednak modlitwa, ponieważ to, że ktoś żąda pomocy, nie znaczy jeszcze, że ją otrzyma.
            Modlitwa jest zwróceniem się do podmiotu, którego nie da się ujarzmić. Jest mówieniem do istoty nadprzyrodzonej, ale to, czy ona modlitwy wysłucha, zależy już od jej woli. Moc modlitwy nie tkwi w samej czynności modlitwy, dlatego modlitwa nie jest techniką uzyskiwania pożądanego stanu rzeczy. W modlitwie nie ma nic niezwykłego.
            Natomiast magia jest techniką, jest praktyką o zazwyczaj bardzo skomplikowanym przebiegu. Znajomość tego przebiegu jest często wiedza tajemną, przekazywaną wybranym osobom z pokolenia na pokolenie. Nie każdy zna zaklęcia, nie każdy zna recepty na jakieś wywary etc. Magia jest zatem czynnością w tym sensie „niezwykłą”. Jej moc tkwi w niej samej. Ma ona na celu uzyskanie danego efektu w sposób czysto techniczny, automatyczny. Kiedy czarownik rusza ręką albo różdżką i rzuca drugiego człowieka o ścianę, to nie ma to nic wspólnego z tym, jeżeli składa ręce do modlitwy i prosi: „Boże, błagam, rzuć go o ścianę” i Bóg wysłuchuje jego prośby.

            Może teraz to rozróżnienie jest bardziej jasne, również dla mnie samego, bo ja przecież na bieżąco dopracowuje te definicje. Nigdy wcześniej nad tym się nie zastanawiałem, nie robiłem na ten temat wpisu, więc nie mam tego zagadnienia tak dokładnie opracowanego, jak mogłoby się zdawać…

          • proponuję tzw. „protokół rozbieżności”:
            w katolickim kręgu pojęciowym i języku z nim związanym modlitwa „o coś” nie jest magią…
            w pojęciu ogólniejszym jest…
            okay?…

            ma pytanie dodatkowe, już nie na ten temat:
            czym jest praktyka okadzania ołtarza przed rytuałem mszy?… o ile mi wiadomo, chodzi o niedopuszczanie „złych duchów” i innych sił mogących zaburzać przebieg obrzędu… czyli magia… co na to biblijny zakaz praktyk magicznych?…
            być może źle mi wiadomo i jest to kompletnie pusta czynność bez znaczenia, jedynie rytuał wykonywany na pamiątkę czasów, gdy miał znaczenie magiczne…
            nie chcę o tym dyskutować, chcę jedynie zaspokoić naukową ciekawość i dowiedzieć się, co na ten temat wiesz/sądzisz Ty i co mówią Twoje autorytety…
            pozdrawiać jzns :)…

          • Dym kadzidła jest symbolem modlitw, które są zanoszone przed Tron Boży. Okadzanie jest więc symbolem chwały, jaką oddajemy Bogu.
            Na pewno nie jest to praktyka magiczna, gdyż sam dym z kadzidła niczego nie zapewnia, nie ma żadnej mocy. Podobnie mocy nie ma np. noszony medalik czy krzyżyk. Są to raczej pewne symbole. Krzyżyk czy medalik ma być raczej znakiem dla innych, świadectwem wiary. Niestety, często wśród katolików spotyka się myślenie magiczne, przypisujące jakąś moc dewocjonaliom, relikwiom etc. i to jest fakt. Natomiast nie ma to nic wspólnego z doktryną.

      • c.d., czyli o części głównej Twojej odpowiedzi…
        odpowiedziałeś mi wyczerpująco /dziękować/ i szczerze mówiąc, takiej odpowiedzi /z grubsza/ się spodziewałem… taka jest niestety natura wielu religii /ich podstaw filozoficznych/, że z założenia negują one istnienie innych percepcji świata, a raczej nie tyle negują, co nie uznają ich za równouprawnione… ma to oczywiście pewne logiczne uzasadnienie, brak miejsca /a raczej czasu/ nie pozwala tego rozwijać, jednak prowadzi to do różnych dziwacznych paradoksów, a czasem nawet konfliktów…
        ale cała sprawa jest ciekawa na niższym, prostszym poziomie, abstrahując od religii i ideologii w nich umocowanych… bo w Twojej odpowiedzi, jakkolwiek dość wyczerpującej, zabrakło mi w niej odpowiedzi na kluczowe pytanie: „Komu życzący komuś dobrze życzy dobrze? Temu komuś, czy sobie?”… to pytanie jest spokrewnione z takimi sytuacjami, gdy ktoś komuś robi prezent, ale nie do końca jest jasne, kogo tym prezentem uszczęśliwił…
        kiedyś byłem świadkiem sytuacji, gdy podczas ślubu, gdy ustawiła się kolejka składających życzenia młodej parze, do panny młodej podeszła jej znajoma /krewna?/ i życzyła jej gromadki dzieci… na co panna młoda zrobiła zdziwioną minę i odparła: „ale my nie chcemy mieć gromadki dzieci, co najwyżej jedno”… potem ta sytuacja była omawiana, w dość żartobliwym klimacie zresztą, i owa znajoma /krewna/ się „wygadała”, że to byłby fajny widok, gdyby spotkała ową pannę młodą otoczoną rozwrzeszczaną gromadką bobasów… na co ktoś zapytał: „to komu ty życzysz tych dzieci? jej, czy sobie?”…

        Stanisław Lem opisał kiedyś sytuację, gdy mieszkańcy jednej planety chcieli uszczęśliwić mieszkańców innej planety zrzucając im spełniarki życzeń, po jednej dla każdego, równo i sprawiedliwie… nie zdążyli zbyt daleko potem odlecieć, gdy planeta wybuchła niczym supernowa…

        pozdrawiać jzns i życzę Ci…
        na przykład spełnienia Twoich życzeń, ale nie wszystkich :)…

        • Myślę, że jest to natura nie tylko religii. Wydaje mi się raczej, że każdy normalny człowiek uznaje swoje poglądy, jakiekolwiek by one nie były, za jedynie słuszne i prawdziwe. Nie znaczy to oczywiście, że musi być zamknięty na dyskusję, na wymianę poglądów, na argumenty innej strony. Wręcz przeciwnie – człowiek, który ma jakieś poglądy i umie je uzasadnić, zawsze z chęcią będzie przystępował do wszelkich dyskusji, bowiem jest to dobry sposób na poznanie innych poglądów i znalezienia argumentów przeciw nim, a przez to argumentów przemawiających za jego poglądami, przez co jeszcze bardziej umacnia się on w swoich poglądach.
          Również to, że każdy człowiek uznaje swoje poglądy za jedynie słuszne i lepsze od innych nie znaczy, że ma on samego siebie uznawać za lepszego od innych, wywyższać się, gardzić innymi albo też rzucać się z wrzaskiem na każdego, kto ma inne (fałszywe) poglądy. Ale to cały czas nie znaczy, że uznaje on inne poglądy za równouprawnione. Nie można uznać za równouprawnione twierdzenia p i twierdzenia ~p, bo to jest sprzeczność logiczna. Albo prawdziwe jest p, albo prawdziwe jest ~p. Jeżeli więc twierdzę, że prawdziwe jest p, to automatycznie uznaję, że fałszem jest ~p.

          Co do życzeń, to myślę, że każdy życzy innym mniej więcej tego samego, co sobie. Wynika to z tego, co napisałem wyżej: człowiek ma tendencję do uogólniania i twierdzenia, że jeżeli coś jest dobre, to jest dobre w ogóle, a nie dobre dla niego albo dla drugiego. Więc życząc czegoś innym, życzymy też czegoś sobie – jest to zazwyczaj jednoczesne, przynajmniej w kwestiach ogólnych. Bo oczywiście inaczej jest jeżeli np. niepracujący życzy pracującemu powodzenia w pracy albo ktoś, kto nie może mieć dzieci, życzy innemu, żeby je miał. Ale wtedy też najczęściej jest tak, że życzymy drugiemu tego, co sami chcielibyśmy mieć albo co oczekujemy, że on będzie miał. Może to też wynikać z tego, że często nie wiemy, czego tak naprawdę ten drugi chce. Ale przecież może i zdarzyć się tak, że wiemy, co ten drugi zamierza i życzymy mu powodzenia w tym zamiarze, choć sami wcale tego tak nie pragniemy. Jeżeli wiemy, że ktoś np. bardzo chce znaleźć pracę albo zbudować dom, bo cały czas o tym mówi, fascynuje się tym etc., to zapewne będziemy mu życzyć powodzenia w tym zamiarze, choćbyśmy sami mieli już pracę i dom i wcale nie przywiązywali do nich jakiejś szczególnej wagi. Stanie się tak, bo ten, komu będziemy życzyć, niejako narzuci nam te życzenia poprzez swoją pasję, fascynację etc.

          A tak w ogóle to składanie życzeń uważam za troszkę bezsensowny i męczący zwyczaj. No bo co to znaczy, że ja komuś „życzę” z jakiejś okazji? Co ten ktoś z tego ma? Co ja z tego mam? „Życzenie” komuś czegoś jest raczej pewnym stałym nastawieniem woli. Ja np. generalnie wszystkim dobrze życzę, wszystkim życzę zbawienia wiecznego, a poza tym również szczęścia doczesnego, w miarę możliwości. No i co? Po co mam to właściwie powtarzać za każdym razem? Dlaczego mam to powtarzać komuś akurat w dniu jego urodzin, imienin albo Świąt?
          Większy sens mają życzenia okolicznościowe: z okazji Świąt życzymy szczęśliwego przeżycia Świąt, z okazji początku nowego roku, życzymy szczęśliwego nowego roku. Ale to i tak jest trochę powtarzanie, bo jeżeli stale życzymy komuś dobrze, to wiadomo, że życzymy mu dobrze też na Święta i na każdy nowy rok…
          No ale cóż: zwyczaj to zwyczaj i trzeba mamrotać te formułki :)

          • ależ oczywiście… naszą dyskusję o życzeniach można i nawet trzeba traktować z pewnym dystansem, bo de facto za życzeniami nie musi stać żadne konkretne pragnienie… najczęściej bowiem jest to przekaz jakiejś nieokreślonej pozytywnej energii adresatowi, albo po prostu odbębnienie rytualnej czynności, wywiązanie się z wymogów pewnej konwencji, zwyczaju i nic więcej…
            w opisanym przypadku donatorka życzeń ślubnych zrobiła to pierwsze i drugie naraz… zaś sam tekst o dzieciach miał także charakter żartu, gdyż akurat /jak wspomniała później/ dobrze wiedziała, że świeżo upieczeni małżonkowie nie są zbyt „prorodzinni” /tak to nazwę zgodnie z oficjalną, politpoprawną interpretacją znaczenia tego słowa/…

  2. „Wiara bowiem na samym poczatku jest bardziej decyzja woli i jakbysmy tego nie nazwali,pewnym krokiem w ciemno.Dopiero wejscie w kontakt z Bogiem,ktorego zaczynamy doswiadczac w swoim zyciu,daje nam osobiste doswiadczenie,ktore rozwiewa watpliwosci,” Mozna wybierac demony(=magia) czy Bog.

    • Czy tak naprawdę jest decyzją woli i krokiem w ciemno to miałbym wątpliwości…
      Dla mnie jest raczej czymś, w czym mnie wychowano, poglądem na świat, który mi wpojono, wdrukowano dosyć głęboko, przede wszystkim zaś wdrukowano mi Schemat działania według wiary…Wiara jest raczej pewną Tradycją, czymś, w czym się żyje. Pisałem już kiedyś o tym tu.
      Nie sądzę też, żeby jakieś osobiste doświadczenia Boga w naszym życiu (raczej dosyć ograniczone, a w ogóle to wątpliwe) mogły rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. Wiara zawsze pozostanie wiarą, przemieni się w wiedzę dopiero po śmierci. Dopóki jest wiara, dotąd nie ma pewności. Zresztą co to jest pewność…Nawet co do tego, co poznajemy zmysłowo nie możemy być pewni, nie możemy być pewni, że nie żyjemy np. w Matrixie…A co dopiero mówić o tym, czego nie poznajemy zmysłowo.

    • Raczej ewentualnie podejmuję decyzję, że to nie jest moja droga i wybieram inną. Jeżeli to dalej jest moja droga, to nie muszę jej wybierać. To tak jak z włosami – nie wybieram koloru włosów, mogę najwyżej je przefarbować. Nie wybieram, że mam rękę, mogę ją najwyżej uciąć, ale po co miałbym to robić, skoro wiąże się to z bólem. Musiałbym znaleźć jakiś dobry powód, żeby uciąć sobie rękę albo przefarbować włosy…Może to są trochę nie do końca dobre przykłady, bo przefarbowanie włosów nie boli, a zmiana wpojonych od dzieciństwa poglądów często boli…Z drugiej strony nie musi, jeżeli się przestanie je posiadać, straci się przekonanie etc. Ucięcie ręki też nie do końca jest dobrym porównaniem…
      Ale chodzi o to, że nie wybieram tego, co mi wpojono, ewentualnie wybieram zmianę tej formy, w której wyrosłem. Natomiast jej samej nie muszę wybierać. Nie wymaga ode mnie żadnej ingerencji, zmiany, wysiłku pozostawanie w Schemacie, w którym tkwię od początku mojego życia. Nie wymaga zaangażowania. Jest to raczej dryfowanie na morzu Schematu i Tradycji.

  3. Jak nie wkladasz wysilku tylko dryfujesz to wczesniej czy pozniej odpadniesz od wpojonych zasad.Trwanie przy nich to jednak wymaga wysilku zwlaszcza gdy ich utrzymanie jest” pod prad” sytuacjom czy ludziom. Dryfujacy „statek” laduje najczesciej na mieliznie ,daleko od trasy ,ktora plynal.

    • Tak, to prawda, że czasem to może wymagać wysiłku. Podobnie pozostanie przy swoim kolorze włosów może wymagać wysiłku, gdy ktoś będzie chciał mi je na siłę zafarbować albo pozostawanie przy posiadaniu ręki może wymagać wysiłku, gdy ktoś będzie mi chciał ją uciąć.
      Nie oznacza to jednak, żebyśmy wybierali ten kolor włosów, który mamy pierwotnie ani żebyśmy mieli jakoś szczególnie wybierać, że mamy dwie ręce, a nie jedną. Jest to dryfowanie w stanie pierwotnym, w tym, co dostaliśmy, w tym, z czego się składamy. Zazwyczaj takie dryfowanie w Schemacie nie wymaga wysiłku, natomiast faktycznie może wymagać, kiedy inni będą chcieli nas z tego dryfu, z tego Schematu wyrwać i „wpleść” nas w nowy dryf, w nowy Schemat – inny, nowy, ichniejszy. Jest to jednak obrona status quo, jest to pewna automatyczna obrona dryfu, która zawiera się w samym dryfie, automatyczna obrona Schematu zawarta w samym Schemacie.
      Dryfowanie w Schemacie oznacza przy tym to, że daję się ponosić przez jego fale – ale nie daję się ponosić przez fale innych Schematów, gdyż płynę po morzu jednego Schematu. I wierzę, że Schemat ten doprowadzi mnie na ląd, a nie na rafy czy niebezpieczne mielizny, więc nie muszę sam wyznaczać za każdym razem trasy, a pozwalam, aby unosiły mnie fale – fale Schematu, Tradycji etc.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>