4 myśli nt. „Kodeks Karny.

  1. ciekawy pomysł, jednak z przyczyn czasowych odniosę się /być może na razie/ do Art.21.par.5… od dawna uważam, że w polskim prawie brakuje prawnej definicji przestrzeni publicznej… funkcjonuje jedynie „droga publiczna”… wykorzystał to niedawno pewien gość, którego przyłapano na piciu piwa na bulwarze nadrzecznym… obronił się skutecznie przed sądem grodzkim stwierdzając, że bulwar nie jest drogą publiczną, więc wykroczenia nie było… trik przeszedł, bo sąd nie dysponował inną definicją „przestrzeni publicznej”…
    czytając o tym nie ukrywałem zadowolenia, bo sam zakaz jest głupi, wylewający dziecko z kąpielą…
    ale nie o tym chciałem, wrócę do tematu… w polskim prawie nie ma definicji przestrzeni publicznej albo przez przeoczenie, albo może dlatego, że ustawodawca założył definicję intuicyjną na zasadzie „wiemy o co chodzi”… co prawda ten brak próbuje nadrobić Ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym wprowadzając termin „obszar przestrzeni publicznej”, nie jest to jednak do końca jasne i nie wszystko rozwiązuje… istnieją pewne próby zdefiniowania owej przestrzeni… na przykład definicja „własnościowa” /publiczne = państwowe, niepubliczne = prywatne/, jednak potyka się ona czasem o kwestie własności danego obszaru /np. prywatna knajpa zbudowana na wynajętym od państwa gruncie/… inny przykład to definicja „dostępowa”, wg. której np. owa prywatna knajpa jest przestrzenią publiczną, gdyż /prawie/ każdy ma do niej wstęp…
    definicja podana w Art.21 par.5 omawianego projektu wydaje się być prosta, elegancko sformułowana, ale…
    byłbym wdzięczny za podanie kilka przykładów przestrzeni publicznej i niepublicznej w rozumieniu tego kodeksu…

    aha… dodatkowe pytanie na inny temat:
    czy mam rozumieć, że obywatela innego państwa polskie prawo nie obowiązuje, gdy przebywa na polskim terenie?…

    na inne tematy na razie nic nie wspomnę z chwilowego braku czasu właśnie…
    pozdrawiać jzns :)…

    • Przestrzenią publiczną w moim rozumieniu są np. ulice, place, chodniki – to na pewno. Chyba, że ktoś sobie zrobi specjalną, zamkniętą ulicę, z ostrzeżeniem przy wjeździe, że są tam np. banery czy plakaty zawierające to, czego pokazywanie jest zakazane w przestrzeni publicznej. Przestrzenią publiczną jest też jednak np. mój całkowicie prywatny ogródek – o ile nie zasłonię go dookoła wysokim murem, gęstymi krzewami lub tym podobne. Przestrzenią publiczną może być też balkon, ba!, może być nawet kawałek mieszkania przy oknie, jeżeli nie zasłonię tego okna czymś, a na przykład wystawię w oknie jakąś pornografię.
      Natomiast przestrzenią niepubliczną są wszelkie obiekty zamknięte. Tak jak było wspomniane – mogę sobie zamknąć ulicę, obudować ją murem, na wjeździe dać ostrzeżenie – i wtedy mogę sobie tam pokazywać, co chcę. Podobnie w mojej restauracji, w moim jakimkolwiek obiekcie zamkniętym.
      Generalnie celem normy określającej przestrzeń publiczną, a później tej zakazującej pokazywania w niej pewnych obrazów czy podejmowania tam pewnych działań jest ochrona wolności – tak jak zresztą całego prawa. Chodzi tu o to, aby człowiek niechcący widzieć pewnych treści uznanych za ofensywne, nie był na to narażony wbrew swej woli. Oczywiście określenie tych treści ofensywnych jest w pewnym stopniu arbitralne, wynikające z pewnej „powszechnej” czy tradycyjnej wrażliwości, jednak musi tak być, ponieważ jest to „przestrzeń publiczna” właśnie. I przez pryzmat tego celu, o którym mowa wyżej, winno się rozstrzygać wszelkie wątpliwości dotyczące tego, czy dany obszar jest czy nie jest strefą publiczną – a takie na pewno zawsze się znajdą, bo niestety nie jesteśmy w stanie prawem objąć całej bogatej rzeczywistości…

      Co do obywatela innego państwa, to ta specyficzna regulacja, która budzi Twoje zdziwienie, wynika z mojego specyficznego rozumienia obywatelstwa, z którego wynika, że obywatel obcego państwa…właściwie nie może przebywać na terytorium Polski! Więcej o tym pisałem m.in. tu, choć może trochę krótko. Chodzi jednak generalnie o to, że jeżeli obywatelstwo rozumiemy jako więź prawną z państwem – to właśnie oznacza ona właściwie tylko zobowiązanie do przestrzegania prawa danego państwa – a więc również prawa karnego, czy do płacenia podatków. Nie może więc człowiek niebędący obywatelem państwa polskiego przebywać na jego terytorium – bo to oznacza nijako wyjęcie go spod władzy tego państwa, a więc państwo zaczyna być organizacją personalną, a nie terytorialną. Niedopuszczalne jest też łączenie obywatelstw – bo jest to podleganie dwóm porządkom prawnym, które rzadko bywają identyczne. Człowiek podlega władzy tego państwa, na którego terenie się znajduje – i żadnego innego. Nie może więc pozostawać w więzi prawnej z innym państwem, które potem może się upominać o jakieś jego „prawa”, które daje mu prawo tamtego państwa. Jest to niedopuszczalne, jest to naruszenie suwerenności państw, naruszenie zasady terytorialności prawa, a więc powrót do prawa plemiennego.
      Dlatego też, jeżeli ktoś chce wjechać na terytorium Polski, powinien wcześniej nabyć obywatelstwo polskie (właściwie państwa polskiego). Procedura nabycia tego obywatelstwa powinna być prosta i szybka, a jedynym warunkiem powinno być nieposiadanie żadnego innego obywatelstwa (zrzeczenie się posiadanych).
      Pewnym wyjątkiem są tu przywódcy i urzędnicy reprezentujący państwo i przyjeżdżający z wizytą – oni mogą wjechać bez zmiany obywatelstwa, ale tylko dlatego, że reprezentują PAŃSTWO, są więc PAŃSTWEM, a nie jego obywatelami. Państwo zaś oczywiście nie może być sądzone przez inne państwo ani podlegać jego prawu czy jego urzędnikom. Jeżeli król przyjeżdża do króla z wizytą, to nie może być sądzony, ponieważ król w ogóle nie może być sądzony nawet we własnym państwie (on sądzi), a co dopiero w obcym. Podobnie z prezydentem, premierem etc., choć ci oczywiście we własnym państwie mogą być sądzeni, ze względu na trójpodział. Jednak tenże trójpodział jest wewnętrzną sprawą państwa – na zewnątrz zaś występuje ono zawsze jako monolit.
      Nie jest to raczej problem, gdyż zakładamy, że gdy prezydent przyjedzie z wizytą, to raczej nie popełni przestępstwa. Gdyby jednak nawet się tak zdarzyło, to i tak nie mamy prawa go sądzić – można albo „odpuścić”, albo wypowiedzieć wojnę czy zerwać stosunki dyplomatyczne. Nie wolno jednak na pewno sądzić innego państwa – bo to byłoby oczywiste naruszenie jego suwerenności.

      • no tak, zapomniałem o tym, że mowa jest o monarchii…
        nasuwa się jednak pewne pytanie… kto decyduje o tym, jakie treści prezentowane publicznie są ofensywne, a jakie nie…
        właściwie to na nie odpowiedziałeś: określane jest to arbitralnie, przez pewną „powszechną” lub tradycyjną wrażliwość…
        to zaś rodzi pytanie, a dlaczego król miałby tego nie określać?… okay, ale królowi może się po prostu nie chcieć i pozostawić tą kwestię obywatelom… to rodzi kolejne pytanie, jaką metodą obywatele mają to zrobić?… jakoś demokratycznie, czy wybrać sobie jakiegoś „wicekróla” do spraw „treści ofensywnych”?… a może jednak to król ma wybrać swojego namiestnika od tych spraw?… tak można długo i nieodparcie kojarzy mi się to z problemem zaistniałym w komedii „Rejs”, czyli „jaką metodą wybrać metodę głosowania?”…
        zostawmy jednak na boku to /o/błędne koło, bo jakkolwiek by to rozstrzygnąć, to sama arbitralność definicji „treści ofensywnej” mocno mi zajeżdża socjalizmem, czyli z wolnością nie ma to nic wspólnego… wolność będzie wtedy, gdy obywatel sam będzie decydował, co jest dla niego ofensywne, co nie i kierował swój wzrok według swojego uznania…
        niemniej jednak powtórzę, że plusem Twojego projektu jest zaistnienie w ogóle jakiejś prawnej definicji „przestrzeni publicznej”, jakakolwiek by ona nie była, choć uważam, że powinna ona istnieć na nadrzędnym szczeblu prawnym, w obecnych polskich warunkach np. w Konstytucji, a jeśli takowej ma np. nie by, to określona w osobnym akcie prawnym… pamiętajmy bowiem, że kodeks karny to nie jest jedyny kodeks w systemie prawa, że prawo to także inne regulacje i procedury…
        inna sprawa, że nieraz zauważam takie zjawisko, że słowo „prawo” wywołuje jako pierwsze skojarzenie z prawem karnym…

        obywatelstwo – uwaga techniczna:
        co z kontaktami handlowymi?… czy mamy założyć, że postęp w technologii komunikacji i łączności jest już tak zaawansowany, że spotkania bezpośrednie są zbędne?…
        bo jeśli nie, to już widzę sytuację, gdy powstaje instytucja czegoś w rodzaju „obywatelstwa tymczasowego”, by usprawnić procedurę w przypadku regularnych wizyt w sprawach handlowych…
        p.jzns :)…

        • Mowa jest o monarchii, owszem, ale właściwie nie ma to tutaj akurat za wielkiego znaczenia…
          Oczywiście „treści ofensywne” definiuje ten, kto stanowi prawo, czyli w monarchii król. Chociaż muszę przyznać, że akurat ta kwestia jest bodaj jedyną, której d***kratyczne rozstrzyganie ma dla mnie jakiś sens – wszak chodzi tu właśnie o to, co gorszy większość, co gorszy publikę, więc od biedy można by to nawet rozstrzygać w referendum.
          „Treści ofensywne” muszą być określone arbitralnie, to znaczy – przez prawo. Pojęcie „treści ofensywnej” jest ściśle powiązane z pojęciem „przestrzeni publicznej”. Oczywiście można sobie wyobrazić, że rezygnujemy z obu pojęć, jednak wtedy musielibyśmy na przykład zezwolić na publiczne obnażanie się, co jest zakazane nawet w najbardziej prymitywnych kulturach i wydaje się, że społeczeństwo nie wytrzymałoby takiego eksperymentu, zresztą myślę, że większość by nie wytrzymała, poza może ekshibicjonistami, którzy byliby w siódmym niebie.
          Oczywiście ideałem liberalnym byłby kraj złożony z samych zamkniętych obiektów prywatnych – wtedy faktycznie każdy decydowałby co zobaczy (w pewnym sensie). Jest to jednak utopia – dopóki istnieją ulice, place, parki, okna, balkony, ogródki etc., to musimy przyznać, że istnieje też coś takiego jak „strefa publiczna”, „przestrzeń publiczna” – przestrzeń, którą każdy może zobaczyć bez swojej zgody, bez swojego życzenia, bez ostrzeżenia. Podchodzę do okna i nie wiem, co przez nie zobaczę. Wychodzę na ulicę i nie wiem, co zobaczę nie tylko na niej, ale na ulicy sąsiedniej.
          Oczywiście nie jest możliwe, abym decydował, co tam zobaczę. Nie jest możliwe, bo taka właśnie jest natura „przestrzeni publicznej”. U siebie, w swoim zamkniętym obiekcie mogę robić co chcę – o ile właśnie robię to W OBIEKCIE. Jeżeli zaś obraz, dźwięk (cisza nocna), zapach, ale też różne substancje wydostają się poza obiekt, to ja już tego nie robię do końca „w swoim” obiekcie. Inaczej można by powiedzieć, że ja mogę u siebie wysadzić bombę – i co komu do tego. Jednak przecież tam bomba zniszczy budynki dookoła – więc chociaż wysadziłem ją „u siebie”, to jednak nie tylko i nie do końca „u siebie”. Podobnie jest z dźwiękami i obrazami. Wiadomo, że nie sposób zakazywać w ogóle tego, aby dźwięki wydostawały się poza obiekt. Zakazujemy tego jedynie w pewnych tradycyjnych godzinach, zwanych „ciszą nocną”. Godziny te też muszą być „arbitralnie” ustalone. Podobnie z obrazami – zakazujemy tylko tych zawierających ustalone „treści ofensywne”. Jest to konieczne, dopóki nie będziemy żyli w świecie zamkniętych budynków ze ścianami dźwiękoszczelnymi.
          Ja też uważam, że definicja „przestrzeni publicznej” powinna się znaleźć w akcie wyższego rzędu, najlepiej w Konstytucji. Przekopiowałem ją nawet z mojego niedokończonego i nieopublikowanego projektu Konstytucji, zrobiłem to zaś po to, aby niniejszy Kodeks był pewną całością, jak również dlatego, że nie publikowałem wcześniej tej definicji, więc mogłyby się pojawić wątpliwości, co oznacza „strefa publiczna”, ponieważ pojęcie to można interpretować na wiele sposobów…

          Obywatelstwo w ogóle winno być „tymczasowe”. Jeżeli nabycie obywatelstwa na granicy trwałoby 5-10 minut, to myślę, że nie byłoby problemu. Tym bardziej, że raz nabyte obywatelstwo nie unieważnia się z chwilą wyjazdu za granicę. Owszem, ulega „zawieszeniu”, jednak nie ma problemu, aby „człowiek pozostał w systemie” (komputerowym chociażby) w ten sposób, że przekraczając granicę ponownie, nie musiałby nabywać obywatelstwa, a jedynie by je „odwieszał”. Zakładając, że inne państwa nie wprowadziłyby podobnych regulacji, wystarczyłoby zrzec się dotychczasowego obywatelstwa, nabyć obywatelstwo polskie, a potem już żadnego innego nie nabywać i jeździć po całym świecie. Jeżeli zaś inne państwa wprowadziłby podobne regulacje, to może nawet nie trzeba by było tak z tym obywatelstwem kombinować. Mam na myśli to, że jeżeli inne państwa zrozumiałyby i zaakceptowały to, że państwo to organizacja terytorialna i uznałyby za oczywistość to, że człowiek podlega prawu państwa, na którego terenie się znajduje i TYLKO temu prawu, to nie trzeba już by wprowadzać takich środków ostrożności i konieczności nabywania i zrzekania się obywatelstwa, można by było dogadać się w inny sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>